Dom niczym prawo moralne jest obecny nade mną i we mnie. Dom – przestrzeń pojedynczego człowieka i przestrzeń określonego zbiorowiska, której bezkarnie pozbyć się nie mogę.

Różne miejsca, różni ludzie, różne techniki wyrazu – od ołówka, pędzla do suchej igły. Jednak zawsze ta sama idea zamknięta w eksterytorialnym prostokącie, dźwigającym trapez dachu z kominem oraz przyglądającymi się nam oczyma okien z obowiązkowym krzyżem między framugami, lub – jeśli rysownik został osmalony przez wojnę – ziejącą pustką oczodołów. Czasami tak prosto wyrażonej idei domu udaje się uciec z deski kreślarskiej w rzeczywistość i wtedy… Poddajmy się tu przez chwilę czarującej acz złośliwej frazie młodego Jerzego Stempowskiego, opisującego w liście do matki z 26 maja 1924 r. – czyli w imieniny Dziadka – dworek Piłsudskiego w Sulejówku: „Z osobliwości, jakie widziałem w Warszawie, najwybitniejsze miejsce zajmują imieniny Dziadka w Sulejówku, dokąd jeździliśmy składać mu życzenia w takiej kompanii: p. Henryk, Bromirski, Topór i ja. Domek Dziadka, w kształcie bardzo skromnego dworku z gankiem o dwu kolumienkach, wznosi się w żałościwie rzadkiej sośninie, bez parkanu, niby na samym środku pastwiska wszechpolskiego, na którym opodal wznoszą się cytrynowe wille paskarskie w stylu Alhambry zmieszanej z Jałtuszkowem”.

Narodowe tabernakulum zbudowane w żałościwie rzadkiej sośninie przechowywało skarb największy: „Dziadek siedział w niskim pokoju, równie pustym, i przyjmował życzenia. Siedział na krześle w wytartym mundurze marszałka, z dobrą miną, ale jak gdyby trochę zmęczoną i spieszącą się do pomyślnego zakończenia obrządków”. Można powiedzieć z emfazą, że dopiero obecność osoby symbolizującej tradycję, czyli „czas przemieniony w zawsze obecną przestrzeń”, czyni z takiego drewnianego sześcianu z kolumienkami prawdziwy dom.

Dom, który niczym prawo moralne jest obecny nade mną i we mnie. Dom – przestrzeń pojedynczego człowieka i przestrzeń określonego zbiorowiska, której bezkarnie pozbyć się nie mogę. Po prostu nasz wspólny dom. Zygmunt Kubiak z uporem twierdził, że jest on śródziemnomorski, co przyjmowałem w czasach młodości – stojąc pod zardzewiałą wiatą przystanku autobusowego w podszytej lodowatym wiatrem kurtce – z głębokim zdziwieniem i niedowierzaniem. Ale jemu chodziło o spojrzenie na otaczającą mnie rzeczywistość. Wmawiał nam – wiernym czytelnikom krakowskiego „Filomaty” – że za ideą domu kryje się śródziemnomorskie poczucie osobności, które nie jest tylko prawem do samotności w napierającym na mnie bezmyślnym tłumie, prawem nietykalności istnienia, ale prawem do gospodarzenia na swoim według moich upodobań, gustów i smaków.

Profesor, jak prawdziwy inteligent, żył nie tylko w pewnym poczuciu winy wobec polskiego chłopa, który stosunkowo niedawno wyszedł z okrutnego poddaństwa, ale i ogromnego wobec niego podziwu. Polski chłop, mimo tylu upokorzeń i zadawanych przez wieki ran, nie poparł przecież w 1920 r. bolszewików, czego tak bardzo obawiali się politycy. Jak komentował to Miłosz w „Osobnym zeszycie”: „Uczeń galicyjskiego gimnazjum, wyrobnik, panicz i gospodarski syn leżeli pod darnią, zostawiając ojczyznę sprawom Króla Ducha”. Leżeli zgodnie, polegli w obronie śródziemnomorskiej osobności, którą mistrz Czesław tak we wspomnianym „Osobnym zeszycie” przedstawiał: „Topolowa i polna kraina uboga uchroniła skrzydła nad chatą bocianie i swój chleb znaczony znakiem krzyża. Nikt nie miał wycinać lipowych alei ani osaczać wiosek nad ranem i wysyłać ludzi transportami na wschód”.

Na nasz dom składa się również trzeźwość spojrzenia i brak złudzeń. Ciekawa to cecha naszej śródziemnomorskiej tradycji, ale zapytać można, co nam po niej, skoro zawsze jesteśmy mądrzy po szkodzie, a nie przed nią. Przywołany tu już wcześniej „Esej dla Kasandry” Stempowskiego budzi – mimo upływu lat – trwogę nie tyle cytatami z przerażających proroctw takich ludzi jak Szymon Askenazy, Robert Dell czy Georges Ribemont-Dessaignes, spełnionych co do joty we wrześniu 1939 r. i chwilę później, ile wspomnieniem o niezwykłej presji, jakiej podlegli ludzie widzący ciemno przyszłość Europy. Nazywani byli czarnowidzami i raczej nie uznawano ich za ludzi dobrze wychowanych, bo ci drudzy unikali wszelkich wynurzeń na te tematy. Stempowski twierdził, że w latach poprzedzających wybuch II wojny światowej nawet niewielki wysiłek ludzi dobrej woli mógł odwrócić grożącą naszemu kontynentowi katastrofę.

Fragment tekstu, który ukazał się w kwartalniku „Więź”, jesień 2018.

KUP „WIĘŹ” w wersji papierowej lub elektronicznej!

„Więź”, jesień 2018