To pewien paradoks historii, że w kraju o wielkiej, romantycznej tradycji powstańczej – kultywowanej przez kolejne władze polityczne – do głębokiej pozytywnej zmiany społecznej doprowadził ruch, który był rodzimą interpretacją metody walki bez przemocy.

Sobota, trzeci dzień sierpniowego strajku w Stoczni Gdańskiej. Zmęczeni ludzie zastanawiają się nad rezultatem rozmów komitetu strajkowego z kierownictwem zakładu, wielu z niepokojem wspomina strajk sprzed dziesięciu lat, zakończony krwawą masakrą. Wreszcie ok. godz. 15.00 z radiowęzła płynie komunikat o spełnieniu postulatów strajkujących, a wraz z nim apel o jak najszybsze opuszczenie zakładu pracy.

Ludzie czują ulgę na myśl o wolnej niedzieli i perspektywie spędzenia czasu z rodzinami, zaczynają wychodzić. Tadeusz Pabijan, stoczniowiec z wieloletnim doświadczeniem, zbliża się już do bramy wyjściowej. Nie słyszy rozpaczliwych kobiecych krzyków za swymi plecami, apelujących o pozostanie na terenie zakładu i kontynuację strajku: „A co z tamtymi ludźmi? Jak my spojrzymy w oczy wszystkim, którzy nas poparli w mieście?!”. Nagle podbiega do niego kolega i łapie go za ramię: „Dokąd idziesz? Twoja córka mówi, że musimy zostać!!!”.

Alinie Pienkowskiej – wraz z koleżankami i kolegami z komitetu strajkowego, przede wszystkim z Anną Walentynowicz i Ewą Ossowską – udaje się w ten sposób powstrzymać odpływ gdańskich stoczniowców. To był przełomowy moment w historii Europy XX wieku. Narodził się z niego strajk solidarnościowy, od którego nazwę wziął później jeden z największych ruchów społecznych w dziejach, głoszący walkę o prawa człowieka bez użycia przemocy.

Pokojowo i skutecznie

W książce „Etyka solidarności” ks. Józef Tischner pisał: „solidarności nie potrzeba narzucać człowiekowi z zewnątrz, przy użyciu przemocy. […] Ona jest jak ciepły promień słońca: gdziekolwiek się zatrzyma, pozostawia ciepło, które promieniuje dalej, bez przemocy. Jej chodzi tylko o jedno: aby nie stawiano jej przeszkód – głupich, bezsensownych przeszkód”[1].

Te słowa pochodzą z kazania, które filozof z Podhala wygłosił na Wawelu w październiku 1980 r. w obecności liderów „Solidarności”. Choć wypowiedziane w gorączce przełomowych wydarzeń, okazały się trafne przez długie lata – rodzący się wtedy ruch w walce o prawa pracowników, prawa człowieka i o naprawę państwa nie posunął się do użycia przemocy.

To pewien paradoks historii, że w kraju o wielkiej, romantycznej tradycji powstańczej – kultywowanej przez kolejne władze polityczne – do głębokiej pozytywnej zmiany społecznej doprowadził ruch, który był rodzimą interpretacją metody walki bez przemocy (non violence).

Jako metodę walki na rzecz pozytywnej zmiany społecznej odrzucenie przemocy (czyli ahimsę) rozpropagował Mahatma Gandhi, którego wielką zasługą było „przeniesienie moralnej zasady – praktykowanej w relacjach międzyosobowych, najczęściej rodzinnych i sąsiedzkich – w sferę etyki społecznej”[2]. Gandhi stał się moralnym autorytetem rozpoznawalnym na całym świecie, a wyznawana przez niego filozofia paradoksalnie obnażała bezbronność brytyjskich władz kolonialnych w obliczu opartego na moralności, a nie sile fizycznej, oporu wyzyskiwanego społeczeństwa. Brytyjczycy – przyzwyczajeni do tłumienia powstań na peryferiach swojego imperium za pomocą interwencji zbrojnych – nie potrafili znaleźć odpowiedzi na walkę bez przemocy.

Metodę tę wypróbowano później w wielu krajach i regionach świata, często z bardzo pozytywnym skutkiem. W niektórych państwach – jak Mozambik, Filipiny, Republika Środkowoafrykańska – organizacje odrzucające przemoc doprowadziły do zakończenia bądź zawieszenia długoletnich konfliktów zbrojnych. Warto przy tym pamiętać, że pozytywne zmiany społeczne wprowadzone tą metodą często miały niestety swoją wielką cenę – tak było na przykład w przypadku ruchu na rzecz praw obywatelskich w USA, którego twórcę i lidera Martina Luthera Kinga zamordował rasistowski ekstremista. Walka Kinga o zniesienie dyskryminacji rasowej była o tyle ważna, że połączyła istotę non violence z chrześcijaństwem – moralność Ewangelii znajdywała spełnienie w strategii działania bez przemocy.

„Solidarności nie potrzeba narzucać człowiekowi z zewnątrz, przy użyciu przemocy. […] Ona jest jak ciepły promień słońca: gdziekolwiek się zatrzyma, pozostawia ciepło, które promieniuje dalej, bez przemocy” – pisał ks. Tischner

Podobne podejście odnajdziemy w dorobku najważniejszych polskich myślicieli i aktywistów non violence. Najbardziej charyzmatycznym i konsekwentnym głosicielem odrzucenia przemocy w XX w. był w Polsce ks. Jan Zieja. Kapelan wojny polsko-bolszewickiej i polskiego podziemia II wojny światowej – w tym powstańców warszawskich – z jednej strony towarzyszył żołnierzom w najtrudniejszych chwilach, a z drugiej nieustannie napominał ich: „nie zabijaj nigdy, nikogo!”. W trakcie i po zakończeniu wojny przypominał o godności każdego człowieka, także Niemców, wobec których dopuszczano się – w imię zemsty – licznych zbrodni. Kapłan, który nauczył „się patrzeć na wojnę jako na coś niemoralnego, nie do pogodzenia z chrześcijaństwem” – jak opowiadał o sobie Jackowi Moskwie[3] – odcisnął wyraźne piętno także na ludziach i liderach „Solidarności”, nie tylko związanych z Kościołem.

W PRL do odrzucenia przemocy w imię Ewangelii zachęcało wielu innych duchownych: Ludwik Wiśniewski OP, ks. Stanisław Bogdanowicz, a także Jacek Salij OP. Opracowana przez tego ostatniego antologia „Miłujcie nieprzyjacioły wasze” – zbierająca świadectwa miłości wroga i odrzucenia nienawiści w polskiej literaturze na przestrzeni wieków – odegrała ważną rolę formacyjną w stanie wojennym. Salij przekonywał: „Społeczeństwo, w którym żyje prawda, iż człowiek jest kimś tak wielkim, że nawet nieprzyjaciela nie wolno nienawidzić, będzie ceniło raczej odwagę cywilną i męczeństwo niż pochopne albo w rozpaczy podejmowane rozruchy”[4]. Za męczennika polskiego oporu bez przemocy można uznać ks. Jerzego Popiełuszkę z Pawłowym zawołaniem „Nie daj się zwyciężyć złu, ale zło dobrem zwyciężaj” (Rz 12,21) na ustach. Jego ostatnie wypowiedziane publicznie słowa można traktować jako duchowy testament: „Módlmy się, byśmy byli wolni od lęku, zastraszenia, ale przede wszystkim od żądzy odwetu i przemocy”.

[1] J. Tischner, „Etyka solidarności oraz Homo sovieticus”, Kraków 2005, s. 13.
[2] A. M. Wierzbicki, „Marzenie nadal inspiruje. Walka bez przemocy w XXI wieku”, „Więź” 2016, nr 4, s. 12.
[3] Cyt. za: M. Grochowska, „Zieja. Stoję na rynku nieugięty”, „Gazeta Wyborcza”, 12.09.2011 r.
[4] „Miłujcie nieprzyjacioły wasze. Miłość nieprzyjaciół w Polsce”, opr. J. Salij OP, Paris 1983, s. NN.  

Fragment tekstu, który ukazał się w kwartalniku „Więź”, jesień 2018.

KUP „WIĘŹ” w wersji papierowej lub elektronicznej!

„Więź”, jesień 2018