Demaskując zło instytucji Kościoła i poszczególnych jej przedstawicieli, Wojciech Smarzowski pokazuje jednocześnie wewnętrzną walkę niektórych jednostek o to, by ocalić w sobie i wokół siebie choćby resztki dobra. W „Klerze” pełen win i wad ksiądz wciąż ma szansę na odkupienie.

Nie jestem fanem kina Smarzowskiego. Dla mnie to brutalista, który lubuje się niemal wyłącznie w demaskowaniu zła otaczającej nas rzeczywistości. Jego przejaskrawiona estetyka wyczerpała się według mnie po „Róży” – ile razy można oglądać to samo, tyle że w zmienionej scenografii? A jednak po seansie „Kleru” wyszedłem z kina zaskoczony. Ale po kolei.

Po słynnym już zwiastunie spodziewałem się, że najnowszy obraz twórcy „Wesela” będzie dziełem złożonym jedynie ze stereotypów, które po chwili nudzą. „Kler” faktycznie zawiera w sobie całą masę uproszczeń i przerysowań, zwłaszcza w pierwszych kilkunastu minutach projekcji. Choć ma świetną intrygę i wielkie momenty, zbyt wiele w nim wątków, co odbija się na płynności narracji i wiarygodności opowiadanych historii. Za dużo tu niepotrzebnych scen, które w dodatku wydają się nieprawdopodobne (na czele z sekwencją finałową); scen, które są tak natarczywe w swoim przesłaniu, że aż śmieszą naiwnością. Smarzowski nie byłby sobą, gdyby momentami nie starał się nieco na siłę wywołać silnych emocji u widza.

„Kler” jest oczywiście antyklerykalny, momentami skrajnie. Pokazuje chyba wszelkie możliwe patologie duchowieństwa: od pijaństwa i łamania celibatu, poprzez bogoojczyźniane frazesy, związki z polityką, karykaturalne wręcz chciwość i pychę, aż po wykorzystywanie seksualne nieletnich. Wszystko to zaś okraszone ciężkim dowcipem (choć momentami autentycznie zabawnym). Na ekranie oglądamy wizję kościelnej instytucji, która działa w najlepszym wypadku jak bezduszna korporacja, a w najgorszym – jak mafia. To może oburzyć osoby wierzące, które na przykład potraktują filmową fikcję jak dokument (inna sprawa, że dość łatwo można odnaleźć odpowiedniki wielu ekranowych zdarzeń w rzeczywistości pozafilmowej i gdyby nie autentyczne grzechy przedstawicieliKościoła, taki film by nie powstał). Rozumiem też tych, którzy uznają, że film jest stworzony zbyt grubą kreską, a przez to zupełnie nieautentyczny.

A jednak mimo to uważam najnowsze dokonanie Smarzowskiego za obraz przejmujący, trafnie dotykający niezwykle istotnych problemów wewnątrzkościelnych i przy tym obraz – co najbardziej paradoksalne – o głęboko chrześcijańskim przesłaniu. Demaskując zło instytucji i poszczególnych jej przedstawicieli, reżyser pokazuje bowiem jednocześnie wewnętrzną walkę niektórych jednostek o to, by ocalić w sobie i wokół siebie choćby odrobinę dobra. Smarzowski idzie tropem Abla Ferrary i przedstawia – podobnie jak twórca „Złego porucznika” – że w moralnie zdegradowanym świecie pełen win i wad bohater wciąż ma szansę na odkupienie. A to przecież istota Ewangelii. Satyra zbliża się do moralitetu.

Najpierw ekranowe postacie zostają obrzydzone, później z kolei okazuje się, że każdy ma swoje powody

Reżyser niemal całkowicie zrezygnował z dosłownych, brutalnych scen czynów pedofilskich, co uważam za słuszne. Dla mnie w „Klerze” są dwa druzgocące momenty, które bezbłędnie demaskują działanie struktur zła, zresztą nie tylko w Kościele. Pierwszy to ten, w którym dorosła ofiara pedofilii siedzi przed biskupem oraz kurialistami, musi wysłuchiwać ich frazesów i gróźb o tym, że swoim zgłoszeniem „szkodzi Kościołowi” i „bierze na siebie odpowiedzialność za życie księdza, którego oskarża” (gorycz pogłębia fakt, że niemal wszystkie słowa umniejszające skalę przestępstw seksualnych w Kościele, które padają w filmie, słyszeliśmy już w rzeczywistej przestrzeni publicznej). Druga scena przedstawia mechanizm tuszowania pedofilskiego skandalu. Nie potrzeba wcale epatować fizycznym okrucieństwem. Wszystko odbywa się po cichu, tak, by krzyku ofiar nikt nie usłyszał.

„Kler” to aktorski koncert. Arkadiusz Jakubik, Robert Więckiewicz i Jacek Braciak jako księża tworzą na ekranie jedne z najlepszych ról w swoich karierach. Błyszczy Janusz Gajos w roli arcybiskupa. Smarzowski prowadzi zresztą swoich bohaterów z premedytacją, po drodze dokonując kilku efektownych wolt. Najpierw ekranowe postacie zostają obrzydzone (film otwiera scena libacji na plebanii), później z kolei okazuje się, że każdy ma swoje powody. Nawet największy zbrodniarz ma ludzkie rysy, widzimy źródła jego bólu i krzywdy, której kiedyś doznał.

Choć Smarzowski powtarzał, że tworzy film jedynie o instytucji, nie dotykając kwestii wiary (a bez niej przecież sam Kościół nie ma większego sensu i trudno go zrozumieć), jego zapowiedzi na szczęście nie okazały się w pełni prawdziwe. Na ekranie widzimy odblaski metafizyki, które przebijają przez mroki upadków i zła. Dwóch z czterech wiodących bohaterów w sytuacji granicznej próbuje się modlić. Filmowi duchowni mimo wszystko potrafią jeszcze powiedzieć mądre kazanie (w którym co prawda usprawiedliwiają samych siebie). Trochę jak w poemacie Miłosza – wiedzą, że muszą wierzyć i nie umieją wierzyć. Ale chociaż próbują (oczywiście nie wszyscy, niektórzy są jednoznacznie pochłonięci przez zło). „Dopóki będziesz służył ludziom, będziesz dobrym księdzem” – rzuca jeden z nich do młodego wikarego. To być może najważniejszy cytat z filmu.

„Obrońcy Kościoła” będą mówić o „szatańskiej piątej kolumnie w Kościele”. Z kolei druga strona odpowie, że „ten, kto będzie przeciw temu filmowi gardłował – ten nie jest chrześcijaninem”

„Chciałbym, żeby ludzie zaczęli samodzielnie myśleć. Żeby traktowali księży jak ludzi, a nie jak świętych” – mówi Wojciech Smarzowski, pytany o intencję nakręcenia „Kleru”. Też bym tego chciał. Czy jednak najnowsze dzieło twórcy „Róży” wywoła w Polsce szeroką dyskusję o Kościele i przyczyni się do katharsis? Podzielam zdanie ks. Andrzeja Lutra, że tak się raczej nie stanie, i to nie tylko ze względu na zastosowane w filmie wspomniane już uproszczenia. „Obrońcy Kościoła” najprawdopodobniej „Kleru” nie obejrzą, będą mówić o „szatańskiej piątej kolumnie w Kościele”. Będą tworzyć memy o świętych Kościoła na bazie kinowego plakatu, a nawet zakazywać pokazów filmu – jak w Ostrołęce. Z kolei druga strona odpowie, że „ten, kto będzie przeciw temu filmowi gardłował – ten nie jest chrześcijaninem, nawet jeśli jest księdzem czy biskupem” (Krzysztof Varga w „Dużym Formacie”). Sam zresztą Smarzowski zaszkodził sobie, odrzucając próby dialogu o filmie z chętnymi do tego księżmi i sarkastycznie odsyłając ich na łamach „Gazety Wyborczej” do rozmów z ofiarami kościelnej pedofilii. Z pewnością rzeczowej rozmowie o „Klerze” i Kościele nie pomogła również atmosfera skandalu budowana przez producentów filmu, a także eksponowana obecność osób takich jak Jerzy Urban na uroczystej premierze w Warszawie.

„Kler” wchodzi na ekrany w specyficznym momencie. Stoimy u bram jednego z największych kryzysów Kościoła w Polsce. Pedofilskie zbrodnie zrujnowały już wizerunek Kościoła w Irlandii, Australii, Stanach Zjednoczonych czy Chile, podkopały jego wiarygodność i spowodowały drastyczny odpływ wiernych. Trudno zakładać, że w Polsce będzie inaczej. Pytanie tylko, czy na kryzys i debatę o nim jesteśmy – jako katolicy, ale nie tylko – gotowi. Pierwsze głosy przed premierą każą spodziewać się, niestety, negatywnej odpowiedzi.

Kino nie może chyba wywołać zmian ani w Kościele, ani w społeczeństwie – to ostatecznie przecież tylko kino. Niezależnie od filmu Smarzowskiego Kościół w Polsce czekają jednak wstrząsy związane z pedofilią i jej tuszowaniem (zapewne bardziej w przeszłości niż obecnie), które mogą zachwiać podstawami polskiego tradycyjnego katolicyzmu. Klerykalny balon urósł tak mocno, że już trzeszczy w szwach…