Festiwal w Gdyni zakończony. Oto „moje” filmy festiwalowe.

Na początek kwestia, która w pierwszych sprawozdaniach zajmuje najwięcej miejsca: w retransmitowanej przez TVP gali finałowej (15-minutowy poślizg) wycięto żart Wojciecha Smarzowskiego o prezesie Kurskim. No, cóż Bareja wiecznie żywy. Lizusostwo, serwilizm i czujność. Miałby Bareja co robić dzisiaj.

A teraz do rzeczy. Filmy wymieniam według alfabetu:

Bajon

„Kamerdyner” Filipa Bajona to historia Kaszubów na przestrzeni pół wieku. Wielki epicki film, jakiego od dawna nie widzieliśmy w polskim kinie. Niejednoznaczny, nie wpisujący się w uniesienia „narodowo-ojczyźniane”. Dramat ludzi żyjących na pograniczu kultur, narodów i tradycji. Bajon w najlepszej formie, tej od „Arii dla atlety”, „Wizji lokalnej 1901” czy „Magnata”.

Poza treścią „Kamerdyner” zachwyca pięknem wizualnym, zdjęcia wykonał Łukasz Gutt, operator niezwykle wszechstronny (niedawno pokazał swoje możliwości w niszowym „Sercu miłości” Łukasza Rondudy). W filmie widać, że Bajon kocha Viscontiego („Śmierć w Wenecji, „Zmierzch bogów”). „Kamerdyner” opowiada o tragicznych wydarzeniach, ale bez epatowania okrucieństwem. Okazuje się, że taka narracja robi większe wrażenie niż rozbryzgiwana na ekranie krew.

„Kamerdyner” Filipa Bajona to wielki epicki film, jakiego od dawna nie widzieliśmy w polskim kinie

I jeszcze jedno: „Kamerdyner” to kolejne ostrzeżenie – żyjemy obok siebie, ale za chwilę możemy stać się śmiertelnymi wrogami, twój nauczyciel muzyki, którego lubisz, w zmienionych warunkach stanie się twoim prześladowcą, granica między złem i dobrem jest bardzo cienka. Znakomici aktorzy: Adam Woronowicz (został nagrodzony w Gdyni), Anna Radwan, Janusz Gajos, Łukasz Simlat, Marcel Sabat, Sebastian Fabjański, Marianna Zydek, Borys Szyc, Diana Zamojska, Sławomir Orzechowski.

Kolski

„Ułaskawienie” Jana Jakuba Kolskiego. Zawsze kochałem jego filmy, z wyjątkiem może dwu ostatnich, więc tym bardziej cieszę się, że powrócił do wielkiej formy. Specyficzny rytm, narracja i poezja tych dzieł pozwalają głębiej wejść w tajemnicę egzystencji człowieka.

Piotr Kletowski, dla którego film Kolskiego to numer jeden tegorocznego festiwalu napisał, że „Ułaskawienie” to nie tylko „film o wojnie po wojnie”, ale to także „głęboka opowieść o przepracowaniu traumy po śmierci najbliższej osoby (i kwestia ta wychodzi rzecz jasna poza ekranową rzeczywistość w przypadku Kolskich). (…) Ma też swój wymiar mitologiczny nadający historii uniwersalne znaczenie”. W rolach głównych wystąpili Grażyna Błęcka-Kolska, która została nagrodzona za najlepszą pierwszoplanową kreację kobiecą i dawno niewidziany na ekranach Jan Jankowski. Sam Kolski dostał także nagrodę za najlepszy scenariusz.

Kondratiuk

„Jak pies z kotem” Janusza Kondratiuka to film o miłości braterskiej, o uczuciach rudymentarnych, zapomnianych we współczesnym świecie. Kondratiuk opowiada o umieraniu swojego brata Andrzeja, także słynnego reżysera. To dzieło tragiczne i śmieszne, ciepłe, pozbawione łatwego sentymentalizmu. Ciągle śmiejemy się, a po pokazie w Teatrze Muzycznym wiele osób wychodziło z oczami pełnymi łez.

Na spotkaniu po projekcji wielu widzów nie potrafiło zadać pytania, bo zaczynali od razu płakać. Kondratiuk mówił potem, trochę żartując, że się przestraszył, bo zrozumiał, że nie do końca wie, jaki film zrobił. No i aktorzy: nagrodzeni w Gdyni Olgierd Łukaszewicz w roli Andrzeja Kondratiuka i Aleksandra Konieczna jako Iga Cembrzyńska; świetni także Robert Więckiewicz grający samego Janusza Kondratiuka i Bożena Stachura w roli jego żony, Beaty. Najdłużej oklaskiwany film na festiwalu.

Koterski

„7 uczuć” Marka Koterskiego. Adaś Miauczyński postarzał się. Film mnie zachwycił, rozbawił i wzruszył. Majstersztyk, cudo! Ryzykowny pomysł (dorośli aktorzy grają dzieci) sprawdził się; feeria pomysłów; dowcip i ironia na poziomie „Dnia świra”. Śmieszny, mądry i refleksyjny film. A przede wszystkim z ważnym przesłaniem humanistycznym, wcale nie deklaratywnym, jako niektórzy piszą.

Nowy film Marka Koterskiego zachwycił mnie, rozbawił i wzruszył

Aktorstwo wspaniałe, należałoby wszystkich wymienić, byłaby to bardzo długa lista. Ograniczę się tylko do Gabrieli Muskały. Sposób w jaki gra prymuskę klasową, każdy gest, spojrzenie, przerażenie w oczach, to wszystko wskazuje, że w istocie jest to postać tragiczna, budzi na początku lekki uśmiech, a potem jakiś ścisk w gardle, żal, sympatię.

Panek

„Wilkołak” Adriana Panka. Zachwyciłem się kiedyś jego niedocenionym debiutem „Daas” o sekcie Jakuba Franka. Olga Tokarczuk dopiero zaczynała wtedy pisać swoje „Księgi Jakubowe”. Najnowszy film Panka to horror „postholokaustowy” – jak napisał Michał Oleszczyk – „ze świetnie budowaną atmosferą, dotykalnym światem, fantastyczną dziecięcą obsadą i z mocnym pytaniem o zwierzęcość ludzkiej natury w konfrontacji z głodem, strachem i instynktem dominacji”.

Film opowiada o dzieciach – więźniach obozu koncentracyjnego w Gross-Rosen, które znalazły się w opuszczonym pałacu, i muszą zmierzyć się z psami esesmanów, strażników obozu. Psy uciekły do lasu. Brzmi to mocno, ja wiem. Ale naprawdę to jest film grozy, Adrian Panek (nagroda za reżyserię) potrafi budować napięcie. A poza tym „Wilkołak” to mądry film.

Pawlikowski

„Zimna wojna” Pawła Pawlikowskiego, tegoroczny zwycięzca festiwalu. O tym filmie napisano już wszystko. A zatem teraz krótko: piękna, zimna opowieść o miłości w „czasach zarazy”, o niemożności jej spełnienia. Teraz należy życzyć reżyserowi Oskara, choć konkurencja ogromna , na przykład Sorrentino pokaże film o Berlusconim.

Smoczyńska

„Fuga” Agnieszki Smoczyńskiej. Drugi film autorki „Córek dancingu”. Dramat psychologiczny o kobiecie chorej na fugę dysocjacyjną. Wyczytałem, że osoby w stanie fugi mają całkowitą amnezję wsteczną (sprawiają wrażenie nieświadomych własnej przeszłości), a po powrocie do „poprzedniej tożsamości” nie potrafią przypomnieć sobie okresu fugi.

Film robi wrażenie realistycznego, aż nagle widz wprowadzany zostaje w wizje surrealistyczne czy somnambuliczne. Gabriela Muskała zagrała bohaterkę ekstremalnie, „fizycznie”, odważnie. Co ciekawe, aktorka jest także autorką scenariusza. Jak zawsze znakomity Łukasz Simlat, tym razem w roli męża. Z bohaterką filmu łączy nas „normalnych”, przynajmniej na razie „normalnych” (a może lepiej powiedzieć: łączy mnie, nie lubię bowiem kwantyfikatorów) to, co nazywamy człowieczeństwem, a więc prawo do spełnienia w różnych jego postaciach, i prawo… do niespełnienia, do bólu, do buntu.

Zanussi

„Eter” Krzysztofa Zanussiego to powrót wielkiego reżysera do dobrej formy. Twórca „Barw ochronnych” zmierza się z mitem Fausta. Film o diabelskim kuszeniu. Dobro – zło; wiara – niewiara. Eter – jak mówił reżyser w jednym z wywiadów – jest dla bohatera filmu „pierwszym krokiem na drodze pozbawienia człowieka wolnej woli, a hipoteza o tym, że wypełnia przestrzeń kosmiczną, daje bohaterowi płonną nadzieję na władzę nad całym światem”.

W rozmowie z Małgorzatą Bilską dla portalu „Aleteia” reżyser powiedział: „ Ja wierzę, że (prawda) istnieje, choć żaden człowiek nie dysponuje całą prawdą. Musimy jej szukać, zabiegać o nią, bo ona ma ogromne konsekwencje dla naszego bytowania. Kłamstwo prowadzi do samozagłady. Mamy rodzaj imperatywu, jesteśmy zobowiązani do prawdy. To nie jest opcjonalne. Jeżeli nie żyjemy w prawdzie, skazujemy się na klęskę (…) Zabrnęliśmy dziś w relatywizm, przed czym zresztą Einstein gorąco przestrzegał. Bał się, że jego teoria (nie najszczęśliwiej nazwana, bo on wcale nie chciał nazwy ‘teoria względności’) zostanie przez laików potraktowana jako „hulaj dusza, piekła nie ma”. Boga nie ma, wszystko wolno. Czyli, że wszystko jest względne. Einstein jest myślicielem godnym wielkiego szacunku”.

„Eter” Krzysztofa Zanussiego to powrót wielkiego reżysera do dobrej formy

Zanussi wciąż próbuje się zmierzyć z problemem duchowości w rozumieniu chrześcijańskim, to powoduje swego rodzaju ostracyzm wobec jego twórczości. Wiadomo, „katecheta polskiego kina”, usłyszałem w Gdyni, i była to raczej złośliwa uwaga. Jacek Poniedziałek nie schodzi z ekranu, zagrał postać właściwie odpychającą, której nie da się polubić, ale która fascynuje, przyciąga do siebie.

Co jeszcze?

To tyle. Jak pójdziecie na nowy film Kingi Dębskiej „Zabawa, zabawa”, też nie pożałujecie. Bartek Konopka ujawnił w „Krwi Boga” zainteresowania teologiczne, czekam na jego kolejny film. Ciekawią mnie także nowe pomysły Piotra Subbotki, jego debiut „Dziura w głowie” budzi sprzeczne opinie, ale na pewno widać już, że może to być ważna osobowość w polskim kinie. Na festiwalu nie zauważono Alka Pietrzaka, ten 26 letni reżyser zadebiutował bardzo dobrą komedią „Juliusz”, zrealizowaną w kontrze do glamourowych, polskich komedii romantycznych.

Aha, zapytacie o „Kler” Smarzowskiego. Napisałem już dłuższy tekst o tym filmie, i o Kościele, i o paru innych sprawach. Można przeczytać, nie mam nic więcej na ten temat do dodania.

***

A czy kino polskie ma się dobrze? Po tegorocznej Gdyni mogę powiedzieć, że nie ma jednoznacznej odpowiedzi na to pytanie.