„Nawet w koszmarnym śnie nie chciałbym wystawić w Muzeum Archidiecezji” – pisał Zdzisław Beksiński. Znany był z inteligentnego poczucia humoru, ciekawe więc, jak skomentowałby wystawę swoich prac trwającą do końca września w tym właśnie miejscu.

 Cytowane zdanie artysty to niejedyny powód, dla którego Muzeum Archidiecezji Warszawskiej jest miejscem wysoce nieoczywistym, jeśli chodzi o prezentację obrazów Beksińskiego. Perwersja, nihilizm, satanizm to tylko niektóre z etykietek, jakie przypięto jego niepokojącemu malarstwu. I choć dwa obrazy Beksińskiego stanowią od lat część stałej ekspozycji MAW, wystawa „In hoc signo vinces” wywołała w katolickich kręgach wrzenie już przed swoim otwarciem. Nic dziwnego zatem, że w wypowiedziach dla mediów i podczas wernisażu dyrektor muzeum ks. Mirosław Nowak wiele uwagi poświęcił wyjaśnieniu, czemu zdecydował się na jej zorganizowanie.

Przyjęty sposób argumentacji daje – na marginesie mówiąc – pewną nadzieję na mądre, wolne od dydaktyzmu i wyniosłości ułożenie relacji między Kościołem a światem sztuki. Odnosząc się do sformułowania Jana Pawła II „człowiek jest drogą Kościoła”, pochodzącego z encykliki „Redemptor hominis”, ks. Nowak stwierdził: „Robimy tę wystawę ze względu na ludzi, którzy w malarstwie Beksińskiego odczytują swoje niepokoje. Nikt mnie nie przekona, że ta twórczość nie jest związana z poszukiwaniami i dylematami współczesnego człowieka”.

Bez tytułu, 1984

Bez tytułu, 1984, olej na płycie pilśniowej, 73 × 87 cm

Tytuł wystawy zaczerpnięty został z obrazu Beksińskiego z 1974 r., na którym kojarzony z Konstantynem Wielkim napis „In hoc signo vinces” („W tym znaku zwyciężysz”) pojawia się na ścianie. Całe otoczenie zdaje się jednak dawać mu ironiczny nawias. Nad kołyską pochyla się przygarbiona, wychudzona postać w niebieskim „maryjnym” płaszczu. Na ziemi widać dziwne stworzenia – włochate szkielety, na murze zaś – ciało w pozie ukrzyżowanego, do którego zlatują się czarne ptaki. W tej apokaliptycznej scenie ks. Nowak dostrzegł jednak przebłysk nadziei. „Nie wchodząc głębiej w interpretację symboliczną, a tym bardziej religijną – chcąc uszanować przekonania Artysty – nie sposób jednak […] oprzeć się pytaniu o to, co znajduje się po drugiej stronie muru z napisem «In hoc signo vinces». Ten mur wyznacza ciasną, zamkniętą przestrzeń doczesności dla nowego życia położonego w kołysce, ale górny róg obrazu odsłania blask nieba i zaprasza do rzeczywistości «po drugiej stronie»” – napisał dyrektor muzeum w katalogu wystawy.

Taki sposób odczytania, choć pociągający, wydaje się jednak niezgodny z intencją artysty. Nie dlatego, że jest to ujęcie zanadto optymistyczne czy zbyt mocno naznaczone myślą chrześcijańską. Rzecz w tym, że Beksiński protestował przeciwko nadawaniu jego obrazom jakiegokolwiek przesłania. Mówił: „Nie interpretujcie ich, gdyż są do kontemplowania, tak jak muzyka jest do słuchania, a czekolada do jedzenia”.

Trzeba przy tym powiedzieć, że nie tylko interpretacje obrazów Beksińskiego, ale także ich odbiór na poziomie emocji i intuicji jest skrajnie różny. Miałam okazję rozmawiać o jego twórczości z bp. Michałem Janochą, profesorem historii sztuki, i Teresą Reklewską, wybitną witrażystką. Już te dwa głosy wystarczą, by pokazać rozpiętość możliwych reakcji. „To był bardzo zdolny artysta, od strony warsztatowej naprawdę świetny. Jest jednak w jego sztuce apoteoza śmierci, to jest świat, w którym absolutnie nie ma nadziei” – powiedział mi bp Janocha w wywiadzie rzece opublikowanym pt. „A piękno świeci w ciemności”. Sama postrzegałam tę sztukę podobnie, zaskoczyła mnie więc opinia Teresy Reklewskiej z wywiadu udzielonego dla kwartalnika „Więź” (nr 1/2018). Beksińskiego wskazała ona jako jednego z nielicznych artystów współczesnych, którzy starali się pokazać to, czego „nie widzimy ziemskimi oczami”, a swoją wizytę w Galerii Zdzisława Beksińskiego w Sanoku określiła jako olśnienie. „[To przedstawienia] bardzo mroczne, ale w tym widać poszukiwanie czegoś, co jest poza mrokiem. […] Zostało mi na przykład silne wspomnienie ciemnych szpalerów idących ku światłości”. Wypowiedź co najmniej intrygująca – w dużym stopniu to ona właśnie zmobilizowała mnie do wybrania się na wystawę „In hoc signo vinces”.

PN, 1987

PN, 1987, olej na płycie pilśniowej, 92 × 88 cm

Wyraz „olśnienie”, użyty przez Reklewską, podejrzewany o emfazę i patos, dobrze przylega także do mojego wędrowania po salach MAW. Odbiło się w tym słowie światło, a to właśnie ono jest w obrazach Beksińskiego tak oszałamiające. Stwierdzenie, że reprodukcja nie oddaje jakości oryginału to truizm. W przypadku Beksińskiego nabiera ono jednak szczególnego znaczenia. Jest sytuacją zupełnie normalną, że zobaczenie oryginału zwielokrotnia wrażenia wywołane przez reprodukcję. Z Beksińskim jednak sprawa jest specyficzna – obrazy zobaczone w muzeum i reprodukcje obudziły we mnie odczucia o takim samym natężeniu, ale… o przeciwnym wektorze.

Tyczy się to przede wszystkim prac z okresu fantastycznego. Oglądane w albumach i na ekranie monitora przywodziły mi na myśl kiczowate w swej wymuszonej grozie okładki płyt z muzyką heavymetalową. Zgodziłabym się tu z samym artystą, który kiedyś po obejrzeniu wielkiej ilości reprodukcji swoich prac stwierdził: „Byłem załamany, że naknociłem taką ilość obrazów, których w ogóle nie powinienem był namalować”. Te same obrazy jednak zobaczone w muzeum, z bliska stają się czymś na kształt kompozycji abstrakcyjnych, przykuwających grą kolorów i kształtów, niezależnych od treści. Mają w sobie wzniosłość i nadzwyczajną świetlistość, która staje się znacznie ważniejsza od tematu przedstawień i nawet w najbardziej rozpaczliwych, apokaliptycznych wizjach stanowi dominantę. To jednak coś nie do opowiadania, tylko do oglądania i kontemplowania. „Tak jak muzyka jest do słuchania, a czekolada do jedzenia”. Trzeba zastrzec, że w tym wypadku bezwzględnie musi to być muzyka grana na żywo.

 „In hoc signo vinces”, Muzeum Archidiecezji Warszawskiej, 20 maja – 30 września 2018 r.