Pomysł przyznania Orderu Orła Białego 25 osobom, które zmarły ponad pół wieku temu, wydaje mi się dziwaczny, ale akceptowalny. Na liście odznaczonych widać ślady pewnej wizji dwudziestowiecznej historii Polski, nie domyślanej jednak do końca i bałaganiarskiej.

Wróciłem właśnie ze sklepu spożywczego pewnej znanej sieci, gdzie podczas zakupów towarzyszyła mi puszczana co chwila reklama: „Co łączy pilot schowany za telewizorem i poduszkę, pod którą leży armata? Oprócz nieograniczonej wyobraźni twojego dziecka, także to, że wszystkie te produkty dostaniesz w sieci sklepów (tu nazwa)”. Pozwolę sobie strawestować to zdanie następująco: Co łączy Stefana Banacha, arcybiskupa Antoniego Baraniaka, biskupa Juliusza Burschego, Ignacego Daszyńskiego, Romana Dmowskiego, księdza Szymona Fedorońkę, Halinę Konopacką, Hilarego Koprowskiego, Janusza Korczaka, Wojciecha Kossaka, Zofię Kossak-Szczucką, Leona Kryczyńskiego, Kornela Makuszyńskiego, Olgę i Andrzeja Małkowskich, Stanisława Mierzwę, Jędrzeja Moraczewskiego, Leona Petrażyckiego, Macieja Rataja, Władysława Reymonta, Marię Curie-Skłodowską, Stanisława Sosabowskiego, Barucha Steinberga, Karola Szymanowskiego i Stefana Żeromskiego? Co ich łączy poza nieograniczoną wyobraźnią prezydenta Andrzeja Dudy, który postanowił odznaczyć ich wszystkich pośmiertnie Orderem Orła Białego?

Można się żachnąć, że zgryźliwość jest nie na miejscu, bo zestawiam najstarsze i bodaj najpoważniejsze odznaczenie w naszej ojczyźnie ze zwyczajami, panującymi w supermarkecie. Ale to nie ja traktuję historię Polski jako supermarket, ale człowiek, który sprawuje funkcję prezydenta Rzeczypospolitej.

Prezydent ów oświadczył w ostatnią środę, że świadomie odstępuje na zasadzie jednorazowego wyjątku od reguły mówiącej, że „ordery, przede wszystkim Order Orła Białego mogą być nadane pośmiertnie, ale tuż po śmierci danej, wybitnej osoby, natomiast nie są przyznawane wstecz”. Wyjątek ów ma dobre uzasadnienie, a mianowicie stulecie odzyskania niepodległości przez Polskę w roku 1918. Przy całym moim krytycyzmie wobec obecnych władz gotów jestem przyznać, że taki nieco ekstrawagancki pomysł mieści się od biedy w tym, co akceptowalne. Diabeł śpi, jak zwykle, w szczegółach. Czyli – ponownie – co łączy ze sobą wyróżnione w ten sposób postaci?

Pośmiertna obecność Dmowskiego wśród odznaczonych, sama w sobie, nie wydaje mi się problemem

W komentarzach, które do tej pory przeczytałem, publicyści skupiają się na postaci Romana Dmowskiego. Zwracają uwagę, że w ten sposób dowartościowuje się polityka, który wprawdzie odegrał niebagatelną rolę w walce dyplomatycznej o granice Polski po pierwszej wojnie światowej, ale wkrótce zniechęcił partnerów negocjacji swoim nieposkromionym antysemityzmem, który zresztą potem jeszcze się wzmógł. Co do mnie, szczerze nie znoszę tradycji endeckiej, którą Dmowskiemu zawdzięczamy, a antysemityzm budzi moje obrzydzenie; z drugiej jednak strony zasługi tego polityka podczas konferencji w Wersalu wydają mi się oczywiste i jego pośmiertna obecność wśród odznaczonych, sama w sobie, nie wydaje mi się problemem. Tak, w naszej historii, a może w historii w ogóle, mnóstwo jest postaci, które pod jednym względem są godne upamiętnienia, a pod innym – nie. Co prawda ta ambiwalencja, oczywista, póki pozostajemy w obszarze historiografii, zaczyna uwierać, gdy mamy przyznawać nieboszczykom ordery. Ale skoro już zgodziliśmy się (z wysiłkiem, ale jednak) na ekstrawagancję Pałacu Prezydenckiego, pozostaje obecność Dmowskiego wśród odznaczonych skwitować mało entuzjastycznym: „Aha”.

Problematyczne wydaje mi się co innego. Muszę wrócić do swoich zakupów: mianowicie lista przypomina zestaw towarów, które ktoś nabrał do koszyka, spiesząc się bardzo i nie zastanawiając się, co mu tak naprawdę potrzebne. Z pisarzy mamy Zofię Kossak-Szczucką, Kornela Makuszyńskiego, Władysława Reymonta i Stefana Żeromskiego – jakie kryteria stworzyły ten dziwaczny zestaw? Nie literackie, bo, najmocniej przepraszam, w tej konkurencji nie sposób wymieniać na jednym oddechu dwoje pierwszych i pozostałych dwóch, to inna liga. Z Żeromskim i Reymontem można by zestawić Brunona Schulza, może Zofię Nałkowską, może Stanisława Ignacego Witkiewicza, z pewnością Witolda Gombrowicza (ten pewnie za późno umarł, dodam naiwnie), ale przecież nie autora, z całą sympatią, „Bezgrzesznych lat” i „Koziołka Matołka”. Nie społeczne, bo liczne i wieloletnie zasługi Żeromskiego przykrywają nawet działalność Szczuckiej w Żegocie, nie mówiąc o Makuszyńskim i Reymoncie. Dopiero gdybyśmy zastosowali kryterium polityczne, jakaś logika zaczyna się – niewykluczone, że przypadkiem – rysować. Wśród pisarzy jest mianowicie 3:1 dla ludzi o poglądach zbliżonych do endecji i, nawiasem mówiąc, mniej więcej tę samą proporcję odnajdziemy wśród odznaczonych polityków. 

Z pisarzy mamy Zofię Kossak-Szczucką, Kornela Makuszyńskiego, Władysława Reymonta i Stefana Żeromskiego – jakie kryteria stworzyły ten dziwaczny zestaw?

Z kolei wśród reprezentantów nauki jest Stefan Banach i Maria Curie-Skłodowska, a nie ma na przykład Stefana Pieńkowskiego ani Czesława Białobrzeskiego (nie zestawiam ich dorobku z pracami noblistki, ze znakomitymi pracami matematyka – tak). Wśród sportowców jest Halina Konopacka, nie ma Janusza Kusocińskiego ani Stanisławy Walasiewiczówny. Wśród malarzy ostał się Wojciech Kossak – cóż, władza tego typu, jaką mamy dziś w Polsce, uwielbia akademickie malarstwo historyczne i batalistyczne, więc się nie dziwię, choć pominięcie Tadeusza Makowskiego czy Władysława Strzemińskiego (przy okazji Dmowskiego ustaliliśmy już, że w ocenach postaci kierujemy się zasługami, a nie przewinami) trochę boli. Jest arcybiskup Antoni Baraniak, nie ma – jednej z najpiękniejszych postaci przedwojennego katolicyzmu w Polsce, księdza Władysława Korniłowicza. Cieszy obecność Janusza Korczaka i zamordowanego w Katyniu naczelnego rabina Wojska Polskiego, Barucha Steinberga, jak też zamordowanego tamże prawosławnego księdza Szymona Fedorońki, przedstawiciela Tatarów w Polsce Leona Kryczyńskiego i biskupa luterańskiego Juliusza Bursche. Jakkolwiek wyobrażanie sobie reakcji zmarłych na bieżące wydarzenia jest obarczone sporym ryzykiem błędu, spodziewam się, że miny mieliby nietęgie, gdyby, wskrzeszeni, mieli stanąć w jednym rzędzie z Romanem Dmowskim, wrogim mniejszościom narodowym. Leon Petrażycki, krytyczny wobec dyskryminacji Żydów przy obsadzie stanowisk akademickich w II RP też czułby się obok niego nieswojo. I tak dalej…

Krótko mówiąc: pomysł przyznania Orderu Orła Białego osobom, które zmarły ponad pół wieku temu, wydaje mi się dziwaczny, ale akceptowalny, choć siłą rzeczy zaostrza problem, że ludzi pod jakimkolwiek względem kryształowych nie jest w historii wielu. Byłaby to jednak okazja zaproponowania przez Pałac Prezydencki pewnej wizji dwudziestowiecznej historii Polski. Na liście odznaczonych widać ślady takiej wizji, nie domyślanej jednak do końca i bałaganiarskiej. Wizja ta, wbrew pozorom, wychyla się poza linię polityki historycznej Prawa i Sprawiedliwości – w sposób powierzchowny i nieznaczny. Ale może to akurat należy docenić. Jesteśmy w tak ciężkich terminach, że nawet drobne naruszenie propagandowej tezy, że wszystko, co nieprawicowe, jest niepolskie, ma jakąś wartość.