Tworzył swoje życie według święta i do świętowania skłaniał tych, którzy chcieli pójść za nim. Wszystko było wspaniałe, cudowne, nawet zwykła popijawa nazywana była wykwintnym balem. To pozwalało mu żyć w świecie, jaki sam sobie stworzył i wobec którego w każdej chwili mógł się zdystansować.

Fragment książki „Skrzynecki. Demiurg i wizjoner”, Wydawnictwo Mando, Kraków 2018

W 1996 roku odbyły się obchody czterdziestolecia Piwnicy pod Baranami. Piotr Skrzynecki już był wtedy bardzo chory. Najpierw 25 maja zgotowano mu hołd na Rynku. W południe odebrał z rąk odjeżdżającego do Warszawy króla Zygmunta III złote berło królewskie, symbol przejęcia artystycznej władzy nad Krakowem. Piotr złożył wówczas deklarację mieszkańcom Krakowa: „Nie dopuszczę do afer gospodarczych i politycznych ani do wojny. Będę się starał, aby Kraków był nadal miastem pięknym i wesołym, bo śmiech i zabawa są najważniejsze. Jeżeli nie uda mi się spełnić tych przyrzeczeń, postawcie mnie pod pręgierz i zabijcie”.

Przed trybuną honorową przypominającą pochody pierwszomajowe, na której zasiadł Piotr Skrzynecki, ale też Hanna Suchocka, Tadeusz Mazowiecki, Czesław Miłosz, Jerzy Turowicz, przewinął się pochód przyjaciół i wielbicieli Piwnicy pod Baranami. Na czele szło czterdzieści baranów prowadzonych przez juhasów z Białki Tatrzańskiej, za nimi tłum najdziwniejszych postaci: ptaki, zwierzęta, smoki, ludzie – lampy i cała masa przebierańców. Na wielkich platformach rodem z karnawałowego Rio zaprojektowanych przez Krzysztofa Tyszkiewicza sunęły fantastyczne rzeźby: ogromny sfinks, wilczyca kapitolińska, trzech Stańczyków – wszyscy o twarzy Piotra Skrzyneckiego. Konno jechał książę Józef Poniatowski – Daniel Olbrychski, przybyła królowa Bona – Anna Dymna, która wręczyła Piotrowi wielkiego kalafiora jako berło. Pojawiła się cesarska para z Wiednia. Za nimi strażacy, chiromanci, kuglarze, cyrkowcy, artyści Piwnicy pod Baranami. Cały świat wykreowany w Krakowie w ciągu ostatnich czterdziestu lat przez Wielkiego Maga składał mu hołd. „W tym pochodzie nie ma być żadnej syntezy – tłumaczył Skrzynecki Barbarze Natkaniec – raczej rozłożenie na elementy pierwsze, jakie nas inspirowały, jakie na nas wpływały, czyli po prostu Kraków, barwa ludzi, ulicy…”.

Andrzej Wajda obecny na trybunach prawie popłakał się ze śmiechu i skomentował: „Takiego pochodu pozazdrościłby nam sam Fellini”. Po pochodzie piwniczanie uklękli przez Piotrem, zaśpiewali „Sto lat!” i porwali wspaniałych gości z trybuny na Błonia, gdzie już czekała gotowa do odsłonięcia makieta pomnika Baranów autorstwa piwniczanina Bolesława Chromego. „Chciałem przypomnieć, że Piotr jest królem w Krakowie” – oznajmił prezydent miasta Józef Lassota, a Skrzynecki przytaknął ze śmiechem: „Tak! To prawda”. „A wcześniej na Rynku przekazałem Piotrowi klucze do miasta” – wspomina Józef Lassota. „Dziękujemy ci, Piwnico, za to, że zawsze byłaś wolna” – powiedział prezydent, a Piotr Skrzynecki odpowiedział: „Pan zawsze pozostanie naszym przyjacielem, a my będziemy robić wszystko, żeby było panu przyjemnie i żeby nikt pana stąd nie ruszył”. Dzień zakończył się szaloną zabawą na Plantach.

Pojawiła się cesarska para z Wiednia. Za nimi strażacy, chiromanci, kuglarze, cyrkowcy, artyści Piwnicy pod Baranami. Cały świat wykreowany w Krakowie w ciągu ostatnich czterdziestu lat przez Wielkiego Maga składał mu hołd

„Pamiętam – opowiada Stanisław Eckhardt de Eckenfeld – ten pochód. To były czasy, kiedy pojawiły się telefony komórkowe i mikrofony bezprzewodowe, i Pan Piotr w pewnym momencie z mikrofonem poszedł do Wierzynka i poszło na cały Rynek: «Setkę! Nie. Dwie setki proszę!»”.

22 czerwca w Teatrze im. J. Słowackiego odbył się wielki koncert. Widownia była wypełniona po brzegi, wśród gości m.in. Juliette Binoche i Czesław Miłosz. Oglądając zapis tego wydarzenia, można zauważyć ogromne wzruszenie na twarzy mistrza ceremonii, kiedy Zbigniew Preisner z artystami Piwnicy śpiewa napisaną dla Piotra piosenkę własnego autorstwa:

„Bądź, trwaj – tego nam trzeba.
Baw nas w przedsionku do nieba.
Spójrz, Piotr, w tę drogę przed nami
Noc w noc usłaną gwiazdami.
A to wszystko przecież miało trwać
Najwyżej pięć lat – a może mniej
Piotrze…
A to wszystko przecież miało trwać
Najwyżej pięć lat.
Choć się zmienił cały świat – Jesteśmy!
Zawiruje jeszcze raz – będziemy – Będziemy”.

„Przed koncertem czterdziestolecia wróciłem z Paryża, gdzie dużo wówczas pracowałem – opowiada Preisner. – Piotr mnie namawiał, żebym wystąpił w Teatrze im. J. Słowackiego. Ale co ja tam mogłem zaśpiewać? Koniewa? Wtedy to już nie miało sensu. Dwa albo trzy dni przed koncertem byłem na jakimś bankiecie u Ruth Buczyńskiej. Był Piotr i pełno znajomych. Pomyślałem wtedy – a jakby tak opisać Piwnicę? Tak powstała piosenka «Piotr». Zrobiłem wcześniej próbę w Piwnicy, ale tekst dałem artystom dopiero w teatrze. Piotr wiedział, że coś przygotowałem, ale nie domyślał się za wiele. Jak śpiewaliśmy w refrenie: «A to wszystko miało trwać najwyżej pięć lat», po Piotrze widać było ogromne wzruszenie. Nawiasem mówiąc, wziąłem ten cytat z wywiadu z nim”.

Na koncercie Skrzynecki czuł się już bardzo źle. Ale kiedy wychodził na scenę, odzyskiwał siły. „Zaprosił mnie do loży w Teatrze Słowackiego – wspomina Halina Wójtowicz – powiedział, że w ogóle sobie nie wyobraża, żeby mnie tam nie było. To wszystko ładnie wyglądało, ale był już wtedy bardzo chory i widziałam, ile go to kosztowało, aby uważnie oglądać program i z wdziękiem rozmawiać z artystami i gośćmi, którzy tam często wpadali”.

„Tak to jest z artystami – dodaje profesor Jacek Musiał, który wraz z profesorem Andrzejem Szczeklikiem opiekował się Skrzyneckim w ostatnich latach jego życia. – Piotr o tym nie mówił, ale ja miałem okazję rozmawiać z osobami występującymi na scenie, które miały różne dolegliwości, i zawsze słyszałem, że poza sceną człowiek jest zupełnie do niczego, ale w momencie kiedy staje przed widownią, to wszystko odpływa i mija. Oczywiście, kiedy się schodzi ze sceny, płaci się za to”.

Ten koncert to była ostatnia wielka impreza poprowadzona przez Piotra. Ostatni jego dar dla piwniczan i krakowian. Ale nie ostatnie jego marzenie.

„Wymyśliliśmy z Piotrem zjazd królów i będziemy do tego dążyć – opowiadał w audycji radiowej w 1993 roku Krzysztof Tyszkiewicz. – To bardzo skomplikowane zadanie, bo ranga tego wydarzenia jest taka, że ludzie, którzy odpowiadają za politykę, natychmiast chcą się do tego przykleić i szukają tam zysków”. „Zjazd królów długo mu chodził po głowie – opowiada Ferster – chciał tutaj ściągnąć prawdziwe głowy koronowane. I odtworzyć ucztę u Wierzynka z 1364 roku, na którą zjechali europejscy monarchowie i książęta. Mam jeszcze w domu projekty Krzysia Tyszkiewicza”.

„A teraz, zdaje się, całą Europę chcesz postawić na nogi? – Piotr odpowiadał na pytanie Zbigniewa Benedyktowicza, opowiadając o swoim pomyśle. – Właściwie to odwrotnie, nie zamierzam «przeżyć fikcji», tylko przeżyć rzeczywistość, jeszcze istniejącą, ze strzępów… Ja bym chciał, to jest w tej chwili taka fiksacja moja, żeby przyjechały te domy królewskie panujące do teraz, które są związane z Jagiellończykami, czyli właściwie historycznie jest wszystko w porządku. Wzięły się do tego bardzo kompetentne osoby, historycy, heraldykowie, genealogowie itd., itd. Trzeba spróbować zrobić takie fantastyczne spotkanie. Bo mnie osobiście fascynuje to miasto, autentycznie fascynuje, że to jest królewskie miasto (a dlaczego ja tu przyjechałem, że tu jest zamek, i ta tradycja o świętym kamieniu na Wawelu, to wszystko takie piękne). Mam taką, wiesz, patriotyczną cześć dla tych tradycji, czuje się tu, że to jest królewskie miasto. Tu naprawdę byli królowie w tym mieście i leżą na Wawelu, nie jak we Francji, tam nikt nie leży, bo wszystkich wyrzucili z trumien. Królowa Elżbieta miała rację, że nie przyjechała na to dwusetlecie rewolucji. Byłoby cudownie, gdyby przyjechała do Krakowa, bo Kraków polega także na obecności królów i królowych. I ja marzyłbym, żeby zadzwonić do królów i powiedzieć: «Słuchajcie, przyjeżdżajcie tutaj»… Więc chciałbym, żeby to było spotkanie panujących ludzi teraz, pod hasłem, co dwory, królewskie rody ofiarowały w planie kultury Europie. Czyli właściwie to będzie odwrócenie, nie fikcja, to będzie raczej zanurzenie się w jakiejś rzeczywistości. Prawda? Która jednak teraz jeszcze jest”.

Szkic scenariusza obejmował m.in.: przejazd Drogą Królewską powozów i karet na Wawel, mszę świętą w katedrze, naukową konferencję, turniej rycerski, widowisko „Pochód królów na Wawel” w reżyserii Andrzeja Wajdy, wystawy i wreszcie uroczystą ucztę u Wierzynka dla przedstawicieli domów panujących oraz odtworzenie przez aktorów historycznej uczty z okazji ślubu Karola IV z wnuczką Kazimierza Wielkiego. Niestety, wszystko zostało tylko na papierze. „Piotr był instytucją – mówi Zbigniew Preisner. – Dzisiaj, żeby robić to, co on wówczas, trzeba by zatrudnić parę osób. On był jednocześnie reżyserem, scenarzystą, producentem, scenografem, wszystkim naraz. Miał wizję i ją realizował”.

Pan Piotr lubił powtarzać za Montaigne’em: „Jeżeli potrafisz rozbawić człowieka tak, żeby zapomniał, że jest smutny i źle mu na świecie, będziesz zbawiony”. Lubił też dodawać, również cytując francuskiego myśliciela, że jeżeli sami się nie zabawimy, to nikt nas nie zabawi. Tworzył swoje życie według święta i do świętowania skłaniał wszystkich, którzy chcieli pójść za nim. Może dlatego rzucali wszystko i poświęcali Piotrowi dnie i noce, pracując nad kolejnym balem czy jubileuszem. Otwierał przed nimi zaczarowane ogrody i przez chwilę pozwalał doświadczać życia, w którym praca jest tylko pretekstem do zabawy i świętowania, a to z kolei jest formą modlitwy i kontaktu z Bogiem czy absolutem. Tylko on potrafił tak żyć na co dzień, miał dar, którego zwykli śmiertelnicy nie mają. Nawet słowa, których używał, znaczenia, jakimi się posługiwał, kreowały rzeczywistość wyjątkową, wolną od nudy i szarości. Wszystko było wspaniałe, cudowne, nawet zwykła popijawa nazywana była wykwintnym balem. To pozwalało mu żyć w świecie, jaki sam sobie stworzył i wobec którego w każdej chwili mógł się zdystansować.

Piotr Skrzynecki poświęcił swoje życie, aby inni ludzie mogli dzięki niemu doświadczać święta

„Sprawa święta, to jest sprawa wszystkiego – tłumaczył Piotr w rozmowie ze Zbigniewem Fijakiem, Czesławem Robotyckim i Anną Szałapak. – To coś jak religia, jak rytuały. Ale to jest taka harówka, żeby zrobić bal, święto (…). Święto to jest bunt wobec rzeczywistości absurdalnej, która jest abstrakcyjna, której się nie da rozumieć, z jej systemem władzy, społeczeństwem, którego się nie rozumie, z jej tytułomanią, której nie rozumiem, święto jest tym cudownym momentem, w którym wszyscy się z tego wyłączają. Nie będę się powoływał na żadne źródła, na to, co ktoś powiedział czy napisał… to mnie nie obchodzi, ja sam to odczuwam… w Wigilię jest tak samo, to jest fantastyczna historia. Ja sobie chodzę po mieście i widzę tych biednych, zabieganych ludzi i wiem, że za chwilę oni poczują się wolni, swobodni, radośni. Jak to widzę, jestem przejęty tym za każdym razem… że spotkają się ze sobą na Wigilii, podzielą opłatkiem, potem parę dni później lecą i tańczą sobie na balu… fantastyczne, bo święto jest tym cudownym okresem, gdy wszyscy się wyłączają. Boże Narodzenie… Wigilia, ja naprawdę jestem tym przejęty za każdym razem. Ludzie muszą być razem przez chwilę, muszą być razem, muszą się dotknąć… w rodzinie nie zawsze to jest możliwe, nie zawsze tak jest… są jeszcze i tacy, co nie mają rodziny – to jest trochę inaczej… A dlaczego robię te bale, nie bale, facecje, zabawy, wystawy… Po to, żeby się spotkać, bo ja się przyglądam wtedy ich radości… Wolę widzieć, jak ludzie są szczęśliwi, jak się cieszą, jak się radują, niż patrzeć, jak się mordują (…). Wolę wjazd księcia Poniatowskiego niż dwie godziny w Vis-a-vis… i to jest możliwe tylko w święcie, że ja potrafi ę wejść do obcego domu w Limanowej, i ja to zrobiłem… bo święto to jest coś niezwykłego… i ci przerażeni ludzie mówią: «Wejdź Pan!» – i to jest cudowne! To jest święto… ja tak zrobiłem w 1959 roku, nie pojechałem do Łodzi na Wigilię do mamy, do brata… chciałem być sam… wsiadłem w ostatni autobus i pojechałem… nie to, żebym znał tych ludzi wcześniej, nie… i mówię: chciałbym być z Wami. Ja do nich zachodzę, a oni przerażeni mówią: «Wejdź Pan…» i to jest święto (…).

Skrzynecki. Demiurg i wizjoner

Monika Wąs, „Skrzynecki. Demiurg i wizjoner”, Wydawnictwo Mando, Kraków 2018

To w Piwnicy niczym się nie różni… to jest to samo… ja o tym pamiętam. Bo jeżeli do mnie przychodzi facet, jakieś pół roku temu, i mówi, że on już od dawna nie mieszka w Krakowie, że się wyniósł z Krakowa, ale ilekroć tu przyjeżdża, musi być w Piwnicy, bo traktuje to jako mszę świętą, bo po prostu źle się czuje bez tego… i że jak raz na tydzień musi iść do kościoła, to tak samo ilekroć tu jest, w Krakowie, to musi tu przyjść, bo on inaczej po tym oddycha, i on może spokojnie wracać tam, gdzie jest teraz… to przecież jest w tym coś ważnego (…). I ja wiem, że to też jest potrzebne. Bo jeżeli tak przyjrzeć się w ogóle, to współcześnie ludzie tak mają mało czasu na to, są pogrążeni w codzienności, a na święto mają tak mało czasu… Bo jeżeli wziąć czterdzieści lat życia człowieka, robota nie robota, to… tamto, to na święta wypada tego ile? Trzy, pięć lat z całego życia… Mnie się wydaje, że to trzeba jakoś odwrócić. Trzeba odwrócić porządek, bo święta – czyli to, co jest istotą życia – ludzie robią od czasu do czasu. A święto powinno trwać cały tydzień. Nie wiem, może ja to mówię, bo nie potrafi ę nic innego, nic «ludzkiego» robić… (…). Być może przetańczyłem swoje życie niepotrzebnie, bo proponowałem ludziom tylko zabawę… Może trzeba było robić co innego. Sam nie wiem co. (…) Dla mnie i ten kabaret, i bal, i to, co robię, to tajemnica. Dlatego nie chciałem na nikogo się powoływać, na żadnych uczonych. (…) Święto jest tajemnicą. Proszę zauważyć, że Mojżesz z Bogiem rozmawiali przez 40 dni i nocy i nikt nic o tym nie wie”.

Można zaryzykować tezę, że Piotr poświęcił swoje życie, aby inni ludzie mogli dzięki niemu doświadczać święta. „Uroczystość tworzona przez niego nie była wynaturzona – opowiada Alosza Awdiejew. – On był mistrzem uroczystego działania «tu i teraz». Każdą chwilę potrafił zamienić w święto. Piotr był ukrytym symbolistą w najczystszym znaczeniu tego słowa. Entuzjastycznie reagował na wszystko, co miało dla niego wartość. Nauczył mnie symbolicznego patrzenia: rzeczywistość jako taka nie jest może wspaniała, ale potrafi my z niej tworzyć chwile symboliczne i uroczyste, które można obchodzić w tym dobrym znaczeniu jak święto. To głębsza mądrość, niż nam się wydaje. Każdy człowiek przeżywa momenty wzniosłości i upokorzenia. I zasługuje na to, żeby każda chwila, w której istnieje, była pełna wiary i nadziei. To była Piotrowa filozofia symbolicznego optymizmu”.

Anna Szałapak odwiedziła Piotra niedługo przed jego śmiercią w klinice profesora Szczeklika na Skawińskiej, która pod koniec życia stała się drugim domem Skrzyneckiego. Zastała Piotra leżącego w łóżku z zamkniętymi oczami. – Śpisz, Piotrze? – zapytała. – Nie chcę ci przeszkadzać. – Nie śpię – fuknął Piotr. – Obmyślam zjazd królów w Wierzynku.

Fragment książki „Skrzynecki. Demiurg i wizjoner”, Wydawnictwo Mando, Kraków 2018. Tytuł pochodzi od redakcji.