Siła i wyjątkowość jego kina polegają na konstruowaniu niezwykle intensywnych postaci i przez to na aranżowaniu bardzo intensywnych spotkań widza z nimi – mówi Katarzyna Jabłońska w cyklu „Ksiądz z kobietą w kinie”. – Co najmniej kilka z jego filmów już ma swoje miejsce w historii kina – dodaje ks. Andrzej Luter.

Ksiądz: Paul Thomas Anderson to fascynujący artysta. Co najmniej kilka z jego filmów już ma swoje miejsce w historii kina. Pełne metafor, wycyzelowane, erudycyjne – niektórzy uważają, że są przeintelektualizowane. To zarzut absurdalny, może przejaw jakichś kompleksów. Ja kocham takie kino: wystudiowane, pozornie powolne, gdzie ważny jest każdy kadr, gest i spojrzenie.

Kobieta: Anderson to twórca dojrzały, znakomicie władający filmowym warsztatem. A przecież jest samoukiem – nie ukończył żadnej szkoły artystycznej. Sztuki reżyserskiej uczył się od mistrzów kina, po prostu oglądając filmy – Stanleya Kubricka, Orsona Wellesa, Martina Scorsesego, Jonathana Demme’a czy Roberta Altmana.

Ksiądz: Altmanowska w stylu jest wielowątkowa „Magnolia”. Ten film uważam za arcydzieło.

Kobieta: Cenię „Magnolię”. Mam jednak z tym filmem pewien problem. Nagromadzenie wątków, postaci oraz ich przeróżnych traum sprawia, że czuję się tą wielością wręcz znokautowana. Nie mogę zbliżyć się do żadnego z bohaterów „Magnolii”. Mam wrażenie, że tę trudność miał również sam reżyser. A siła i wyjątkowość jego kina polegają na konstruowaniu niezwykle intensywnych postaci i przez to na aranżowaniu bardzo intensywnych spotkań widza z nimi.

Ksiądz: Intensywność, o której mówisz, Kasiu, mocno obecna jest w ostatnim filmie Andersona „Nić widmo” i dotyczy nie tylko bohaterów, ale całego wykreowanego świata. Wiosną można było to dzieło obejrzeć na ekranach naszych kin, a teraz właśnie wydane zostało na DVD. Dla mnie to film numer jeden w tym roku. Można ten obraz smakować, bez końca delektować się jego perfekcyjnymi kadrami, grą aktorską. Śledzić różnorakie pojawiające się w nim tropy.

Kobieta: „Nić widmo” to rzeczywiście dzieło wirtuozerskie, wszystko jest tu doskonałe – obraz, muzyka (Jonny’ego Greenwooda), gra aktorska, no i oczywiście kostiumy, które są pełnoprawnymi bohaterami. Nic dziwnego, najnowszy film Andersona opowiada przecież o genialnym londyńskim krawcu Reynoldsie Woodcocku, ubierającym nie tylko wyższe sfery Londynu lat pięćdziesiątych, ale także królewskie rodziny z całej Europy. Sam reżyser wskazuje, że wzorem przy tworzeniu tej postaci był legendarny hiszpański kreator mody – Cristóbal Balenciaga. Uwielbiany nie tylko przez swoje klientki, pośród których były m.in.: Marlena Dietrich i Grace Kelly, zachwycał również takie sławy świata haute couture, jak Coco Chanel czy Christian Dior.

Anderson to twórca dojrzały, znakomicie władający filmowym warsztatem. A przecież jest samoukiem

Ksiądz: Woodcocka zagrał genialny Daniel Day-Lewis, aktor wybitny, mało kto potrafi w tak perfekcyjny sposób „wygrać” do końca spojrzenia, westchnienie, grymas twarzy, ciszę. Niewielu aktorów potrafi tak przekonująco wcielić się w mroczną postać, która przyciąga i fascynuje…

Kobieta: …a także odpycha. Postać Woodcocka konstruowali wspólnie przez wiele miesięcy Anderson i Day-Lewis. To bohater skrojony na miarę tego aktora – niezwykle utalentowanego totalnego perfekcjonisty. „Nić widmo” opowiada zresztą również o cenie, jaką trzeba zapłacić za dar talentu czy przywilej tworzenia.

Ksiądz: Woodcock Day-Lewisa jest charyzmatyczny i oschły. Obsesyjny, nieufny, władczy, właściwie dyktatorski, a jednocześnie wewnętrznie przełamany, niby snob, ale marzy, żeby wyrwać się na prowincję do zwykłej knajpy, gdzie nikt go nie zna i gdzie będzie mógł zamówić u zachwycającej młodej kelnerki gigantyczne śniadanie.

Kobieta: Owo śniadanie to bardzo ważna scena nie tylko dlatego, że w uporządkowane życie Woodcocka wkracza Alma – młoda kobieta, która odtąd stanie się jego modelką i chyba też kochanką. „Wyuzdane” zamówienie odsłania inny rys osobowości bohatera Day-Lewisa – jego tłumiony wielki apetyt na życie, i na miłość. Możliwe, że oba te głody wyzwala właśnie Alma.

Ksiądz: Można odnieść wrażenie, że „totalitarność” Woodcocka w uprawianiu swego zawodu to maska założona przez człowieka bezradnego, zabijającego w sobie uczucia, a raczej niepotrafiącego ich okazywać. Mającego problem także ze swoją seksualnością. Być może zaważyła nad tym jego zbyt silna relacja z matką. Ubóstwiał ją. Jej włosy zaszywa w zakładkach swych ubrań. Opowiada często o snach, w których ona się pojawia: „Przychodzi do mnie, czuję jej zapach, jest obok, wyciąga dłonie, myślę, że widziała tę ostatnią suknię, którą zaprojektowałem”.

Kobieta: Wydaje się, że matka i projektowanie strojów to dwie największe miłości Woodcocka. Kiedy skupiony jest na swoim dziele, wszystko musi być mu podporządkowane i toczyć się według ustalonych przez niego reguł. Suknia, nad którą w danym momencie pracuje, ważniejsza jest od wszystkiego, także od drugiego człowieka. Modelka, nawet jeśli jest nią kobieta, którą jest zafascynowany, staje się żywym manekinem, jako osoba przestaje istnieć. Jedna z najtrudniejszych dla mnie scen w tym filmie to ta, kiedy niezbyt urodziwa właścicielka sukni zaprojektowanej przez Woodcocka ubrana w nią, upija się i zasypia, a Alma jest tym do głębi oburzona, traktuje to wręcz jako profanację. Razem z Woodcockiem dostają się do sypialni kobiety i bezceremonialnie ściągają suknię ze śpiącej. Woodcocka ta reakcja Almy nie tylko wyraźnie uszczęśliwia, ale również powoduje w nim nowy przypływ uczuć do niej.

Rozmawiali Katarzyna Jabłońska i ks. Andrzej Luter.

Fragment felietonu „Ksiądz z kobietą w kinie”, który ukazał się w kwartalniku „Więź”, jesień 2018.

KUP „WIĘŹ” w wersji papierowej lub elektronicznej!

„Więź”, jesień 2018