Na szczęście jest w Kościele Ktoś, kto niekoniecznie prowadzi nas wybranymi przez nas, czy nawet przez Kościół, drogami. Marna to pociecha? Niekoniecznie.

Ojciec Wacław Oszajca odpowiada na tekst „Perła wytrącona z rąk” Damiana Jankowskiego, którym zaczynamy dyskusję o miejscu osób z niepełnosprawnościami w Kościele. Więcej tekstów w dziale „Niepełno(s)prawni w Kościele” na Więź.pl oraz w kwartalniku „Więź”, jesień 2018.

Cofnijmy się w czasie o pięćdziesiąt lat. Z seminaryjnych wykładów (1965-1971) pamiętam, że uczono nas na prawie kanonicznym o przeszkodach do święceń, czyli o tym, co uniemożliwia dopuszczenie do przyjęcia święceń kapłańskich przez kleryka. Nie jestem specjalistą od prawa kanonicznego, swoją wypowiedź ograniczę do opisania atmosfery, jaka towarzyszyła temu zagadnieniu. Spróbuję pokazać, jak kandydaci z niepełnosprawnością byli widziani przez przełożonych i kleryków.

Na przykład problemem był brak dwu palców u prawej ręki, nie pamiętam, jak ten brak postrzegano u lewej dłoni. Brak kciuka i palca wskazującego stanowił nie lada przeszkodę, choć można było pewnie otrzymać w tym przypadku dyspensę. Ten brak dlatego był tak ważny, ponieważ uniemożliwiał rozdawanie komunii. Następnie dlatego, gdyż od momentu opisu ustanowienia Eucharystii aż do komunii celebrans powinien był trzymać owe dwa palce złączone, by nie uronić najmniejszej partykuły, czyli cząsteczki konsekrowanego chleba.

Za obecny stan Kościoła ponosi odpowiedzialność również prawo kanoniczne

Dzisiaj wydaje się to dziwne, ale w tamtych czasach nikomu do głowy nie przychodziło, by ten zakaz kwestionować. Tym bardziej za herezję uznano by rozdzielanie chleba konsekrowanego przez świeckich. Nawiasem mówiąc, w tamtych czasach puryfikacja kielicha i pateny trwała dłużej niż konsekracja, co i dzisiaj się zdarza. Czekaliśmy też na wystrzyżone tonsury, bo to był awans – proszę wybaczyć – w hierarchii kościelnej. Tak wówczas myśleliśmy.

Przeszkodą, i to niezawinioną przez kandydata do stanu duchownego, było też pochodzenie z nieprawego łoża, wykonywanie zawodu kata, jak też sędziego, jeśli wydał wyrok śmierci. Niedopuszczony do święceń był też każdy, kto z własnej woli pomagał przy wykonywaniu tego wyroku (warto by o tym przypomnieć tym, którzy potępiają papieża Franciszka za zmianę w nauczaniu o karze śmierci). Do przeszkód zaliczano też pochodzenie od niekatolickich rodziców, dopóki nie nawrócili się na katolicyzm. I – co nie powinno dziwić –  święceń nie mógł przyjąć niewolnik, dopóki nie został wyzwolony.

Piszę o tym, gdyż takie prawo kształtowało w tamtych czasach kulturę prawną katolików. Tłumaczono nam, że dziecko poczęte w tak grzesznych, naznaczonych nieopanowaną namiętnością okolicznościach, tę namiętność dziedziczy, a to nie ułatwia, albo wprost uniemożliwia, zachowanie celibatu. Nie zastanawialiśmy się nad niewolnikami, jako że w polskim Kościele z tym zjawiskiem nie mieliśmy do czynienia, a inne Kościoły nas nie obchodziły.

Kiedy więc czytam kanony Kodeksu Prawa Kanonicznego z roku 1917, odnoszące się do przyjmowania i dopuszczania do święceń, odnoszę nieodparte wrażenie, że w jakimś stopniu, wcale niemałym, za obecny stan Kościoła ponosi odpowiedzialność również prawo kanoniczne.

Tłumaczono nam, że dziecko poczęte w  naznaczonych nieopanowaną namiętnością okolicznościach, tę namiętność dziedziczy, a to nie ułatwia, albo wprost uniemożliwia, zachowanie celibatu

Wyobraźmy sobie, że w tamtych czasach jesteśmy rektorem seminarium duchownego, przychodzi kandydat i okazuje się, że szwankuje mu zdrowie, a prawo mówi przecież, że przeszkodę stanowi też „ułomność cielesna polegająca na słabym zdrowiu, uniemożliwiającym wykonywanie posługi sakramentalnej w sposób bezpieczny (secure), lub na fizycznym oszpeceniu, uniemożliwiającym jej wykonywanie w sposób stosowny (decenter – przyzwoicie, przystojnie, pięknie)”. No i teraz rektor ma decydować, czy ten brak u kandydata mieści się w „secure” i „decenter”, czy też nie. Owszem, rektor będzie decydował według własnego sumienia, ale też na podstawie tego, co o danym przypadku myśli Kościół. A Kościół myśli to, co myślą duchowni i odwrotnie. Powstaje błędne koło, prawo miesza się ze zwyczajem, zwyczaj z prawem i w ten sposób nabiera niepodważalnego znaczenia.

Na szczęście jest w Kościele Ktoś, kto niekoniecznie prowadzi nas wybranymi przez nas, czy nawet przez Kościół, drogami. Marna to pociecha? Niekoniecznie. Z historii mojego zakonu: w dość dalekiej przeszłości obecnie święty brat Adam Chmielowski dostał dymisję i to chyba już z nowicjatu, a ks. Jan Kaczkowski w ogóle nie został przyjęty.

Z tego nie wynika, że można lekką ręką wyrzucać i nie przyjmować (jak też przyjmować) kandydatów do posługi prezbitera, mówiąc, że Pan Bóg jakoś sobie z ich ewentualną krzywdą poradzi. Jak widać na wspomnianych wyżej przypadkach, jest to prawda. Nie można jednak wystawiać Boga na pokuszenie, skoro sami prosimy, żeby nas Bóg na pokuszenie nie wodził.