W podejściu do osób z niepełnosprawnością kościelna instytucja wciąż pozostaje daleko w tyle za mentalnością świecką. Otwarte odrzucenie osoby tylko ze względu na fizyczną niepełnosprawność (co na całym świecie nazywamy przejawem dyskryminacji) w Kościele nazywa się „wolą Bożą”.

– Czy nie będziesz miał problemu ze wstąpieniem do zakonu? Wiesz, komuś może przeszkadzać twoja niepełnosprawność – usłyszałem od cioci, której zwierzyłem się ze swoich planów. – To niemożliwe! – odpowiedziałem z pełnym przekonaniem. Miałem osiemnaście lat i nieco naiwnie wierzyłem, że „dla mnie co dzień wschodzi słońce”, że świat stoi przede mną otworem, a ja właśnie znalazłem swoją drogę życiową. Świat może i stał otworem. Kościół – czego przyszło mi doświadczać przez następnych kilka lata – już nie.

Pierwsze schody

Moja decyzja o wstąpieniu do zakonu była czymś zupełnie innym niż po prostu wyborem kierunku studiów czy sposobu na łatwe życie. Pisanie o odkrywaniu swojego powołania do życia zakonnego jest o tyle trudne, że przedstawienie w pełni racjonalnej argumentacji jest tu właściwie niemożliwe. Bo czy da się wyjaśnić miłość? Wydawało mi się, że znalazłem drogocenną perłę.

Okazało się jednak, że istnieje przeszkoda, której zupełnie nie brałem pod uwagę. W wyniku komplikacji przy porodzie urodziłem się z dziecięcym porażeniem mózgowym. Dzięki podejściu moich bliskich był to dla mnie temat oswojony. Nie traktowałem więc i nie traktuję siebie jako osoby z niepełnosprawnością. Choroba nie uniemożliwia mi funkcjonowania, ma charakter wyłącznie estetyczny – poruszam się trochę… oryginalnie. Ale przypominam sobie o tym tylko wtedy, gdy patrzę na własny cień rzucany na chodnik podczas marszu. Uczęszczałem do zwyczajnych szkół, gdzie na szczęście nie spotykałem się nigdy ze złośliwością rówieśników. Słowem – nie czułem się odtrącony.

Pełen duchowego zapału, będąc jeszcze w klasie maturalnej, zgłosiłem się do dominikanów. Wybrałem ten zakon ze względu na jego kaznodziejski charyzmat i dewizę: „Głosić wszystkim, wszędzie i na wszelkie możliwe sposoby”. Zostałem przyjęty do tak zwanego prenowicjatu. Przez rok – jako kandydaci na zakonników – nie mieszkaliśmy jeszcze w klasztorze, tylko kontynuowaliśmy nasze wcześniejsze zajęcia, spotykaliśmy się natomiast na rekolekcjach. Każdy z nas odbył także kilka osobistych rozmów z jednym z ojców, duszpasterzem powołań.

Powołanie kapłańskie to wielki dar. Czy jednak oznacza to, że Bóg obdarza nim wyłącznie osoby w pełni sprawne?

Pierwsze schody – czyli pytania o stan zdrowia – zaczęły się dość szybko. Przełożony nie ukrywał, że ma co do mnie poważne wątpliwości. Otwarcie zaznaczał, że dotyczą one jedynie „braku wystarczającej sprawności fizycznej” (wtedy, paradoksalnie, odbierałem to wręcz jako stwierdzenie nobilitujące – nie podważono strony intelektualno-duchowej, która była dla mnie najważniejsza). Ostatecznie, przed ostatnią sesją prenowicjatu, przekazano mi w krótkiej rozmowie przez telefon, że nie jestem przyjęty „ze względu na niepewny stan zdrowia”. Był początek czerwca, dwa tygodnie wcześniej zdałem maturę.

Dziwiła mnie przyczyna odmowy. Z jednej strony tłumaczyłem sobie, że po prostu miałem pecha i trafiłem na osoby niemające pojęcia, na czym polega moja niepełnosprawność, które pewnie dlatego bały się mnie „na wszelki wypadek”. Pomyślałem, że wystarczy, jeśli znajdę takie zgromadzenie, w którym mój stan zdrowia nie będzie problemem. Pozostało zacisnąć zęby.

Z drugiej jednak strony – co tu ukrywać – odrzucenie przez dominikanów było dla mnie wstrząsem, który przyniósł ostudzenie zakonnego zapału. Postanowiłem dać sobie czas. Zacząłem świeckie studia.

„Świetnie sobie radzisz, ale…”

Po trzech barwnych latach na warszawskiej polonistyce, uwieńczonych obroną licencjatu, stwierdziłem, że wracam do realizacji mojego pragnienia, które wciąż nie dawało mi spokoju. Przeświadczony, że „nie wchodzi się dwa razy do tej samej rzeki”, postanowiłem próbować szczęścia tym razem u redemptorystów, których znałem z rekolekcji prowadzonych w mojej rodzinnej parafii. Na studiach czytywałem książki o. Witolda Kaweckiego, który zajmuje się teologią kultury. Bardzo mi to wówczas imponowało. Podobał mi się zresztą charyzmat redemptorystów: „głosić Ewangelię ubogim i duchowo opuszczonym”. Wciąż uważam, że jest on bliski stylowi papieża Franciszka.

Na początek kandydata czekała rozmowa z prowincjałem (u dominikanów było inaczej – tam nie miałem okazji spotkać się bezpośrednio z przełożonym prowincji, chociaż o to zabiegałem). Zapewnił mnie, że mój „stan zdrowia nie będzie żadnym problemem”. A więc zostałem przyjęty. Przywitano mnie wręcz z otwartymi ramionami.

Pierwszy rok – zwany postulatem – spędzaliśmy w domu zakonnym w malowniczym Bardzie na Dolnym Śląsku. Byłem szczęśliwy – wreszcie dano mi szansę i mogłem wykazać, że moja niepełnosprawność nie stanowi dla mnie żadnej przeszkody. Odpowiadało mi klasztorne życie, nie liczyłem dni dzielących mnie od spotkania z rodziną (do domu wyjeżdżało się trzy razy w roku – na święta i wakacje). Angażowałem się we wszystkie aktywności, włącznie ze wspólnymi zajęciami sportowymi. Choć nie miewałem zasadniczych wątpliwości co do obranej drogi, wewnętrzną pewność zdobywałem stopniowo – do dziś uważam za nieco podejrzane, gdy ktoś od samego początku jest absolutnie pewny, że zostanie księdzem. Po prostu lepiej mieć świadomość, że seminarium to dopiero początek trudnej, ale i pasjonującej drogi. „Jesteśmy do ciebie przekonani” – zapewniał mnie prefekt podczas rozmowy na półrocze postulatu.

Na koniec pierwszego etapu formacji zakonnej każdy musiał złożyć pisemną prośbę o przyjęcie do nowicjatu. Przełożony wezwał mnie potem do siebie i oznajmił, że… moje podanie zostało odrzucone. „Świetnie sobie radzisz, ale nasze życie zakonne jest bardzo trudne, wymaga ogromnej mobilności” – tłumaczył. Na nic zdały się moje zapewnienia, że przecież od kilku lat – jako student w Warszawie, z dala od rodzinnych stron – nie prowadzę osiadłego trybu życia i nigdy nie stanowiło to dla mnie problemu.

Dwa dni później wróciłem do domu. Z przełożonymi zakonnymi rozstałem się w zgodzie. Ostatecznie był to przecież piękny rok mojego życia i do dziś wspominam go z nostalgią. Nikomu w duchu nie wygrażałem, nie protestowałem, nie zrobiłem awantury. Uznałem, że przyjęcie takiej postawy byłoby bezskuteczne. I niechrześcijańskie.

Wilczy bilet

Dominikanów i redemptorystów dzieli wiele w podejściu do świata, spraw wewnątrzkościelnych i formacji. Przekonałem się jednak, że zdecydowanie łączy ich jedno – lęk przed innością. Niestety, dotyczy to nie tylko tych dwóch zakonów.

W tym miejscu muszę zrobić istotne dopowiedzenie. Otóż między prenowicjatem u dominikanów a postulatem u redemptorystów próbowałem także badać grunt gdzie indziej: podczas studenckich lat kilka razy brałem udział w rekolekcjach powołaniowych innych zgromadzeń.

Okazało się, że odrzucenie przez dominikanów w moim wypadku równało się z otrzymaniem „wilczego biletu”. Później w każdym kolejnym zakonie, gdy mówiłem o tym, że byłem w prenowicjacie w Zakonie Kaznodziejskim, niemal od razu słyszałem, że będzie problem z przyjęciem.

Nie zawsze obawy wobec mojej niepełnosprawności komunikowano mi otwarcie. Na przykład od prowincjała pallotynów w poufnej rozmowie usłyszałem zachętę, żebym najpierw skończył świecki licencjat. Gdy to zrobiłem, przekonywał mnie, abym jeszcze napisał magisterkę. U franciszkanów konwentualnych mowa była krótka: „Nie ma takiej możliwości” – ci przynajmniej oszczędzili mi płonnych nadziei.

Poza ks. Kaczkowskim nie spotkałem kapłana, który byłby niepełnosprawny jeszcze przed seminarium

Z kolei dość dziwny przebieg miała moja rozmowa z rektorem olsztyńskiego seminarium diecezjalnego. Spotkaliśmy się przy okazji jakiejś uroczystości w rodzinnych stronach, krótko po maturze i zakończeniu prenowicjatu u dominikanów. Czuł się w obowiązku wyjaśnić mi, że formacja przyszłych księży jest bardzo wymagająca. Na koniec, dostrzegając widocznie moją pobożność, zapytał mnie, czy nie myślę o wstąpieniu do diecezjalnego seminarium. Odpowiedziałem, że wolę zakon. „To dobrze, bo u nas niestety i tak byś się nie dostał” – usłyszałem.

Jak to się więc stało, że mimo niepowodzenia u dominikanów zostałem bezproblemowo przyjęty do redemptorystów? Po prostu zachowałem się racjonalnie i nie mówiłem od progu o odrzuceniu przez Zakon Kaznodziejski. Wspomniałem o tym przełożonemu dopiero po pewnym czasie – wspólnie zgodziliśmy się, że nie zataiłem niczego poważnego, tamten prenowicjat miał bowiem charakter nieformalny. Niestety, ten przezorny krok na niewiele się zdał.

W sumie zderzyłem się z informacją „nie chcemy cię tu” co najmniej pięciokrotnie, średnio – raz na rok, co nie było niczym przyjemnym. Nie jestem masochistą. Każda próba kosztowała mnie coraz więcej. Postulat w Bardzie był zwieńczeniem kilkuletnich starań. Gdy i on zakończył się porażką, uznałem – za Czesławem Miłoszem – że natknąłem się na „kamienny mur”, i zrozumiałem, że mur ten nie ustąpi żadnym moim błaganiom. Poczułem się niepotrzebny.

Drogocenna perła została wytrącona z moich rąk. Podniosłem ją i schowałem, tym razem znacznie głębiej. Wiary – Bogu dzięki! – nie straciłem, ale na Kościół instytucjonalny patrzę już inaczej. Uświadomiłem sobie też, że lepiej poszukać miejsca w świecie, gdzie będę akceptowany. Zrezygnowałem ze starań o włączenie do kościelnych struktur. Na marginesie dodam, że nie chciałem szukać zakonu gdzieś poza krajem, choć słyszałem i takie rady. Być może dlatego, że zależy mi na zmianie mentalności polskiego Kościoła? A może po prostu zabrakło mi już sił, energii i wiary.

Wola Boża?

Moje doświadczenia uświadomiły mi, że poza ks. Janem Kaczkowskim nie spotkałem w Polsce niepełnosprawnego kapłana, który byłby chory jeszcze przed wstąpieniem do seminarium czy zakonu. Trudno mi uwierzyć, że osoby z niepełnosprawnością się tam nie zgłaszają. Zapewne przychodzą, ale ostatecznie – jak ja – zostają najprawdopodobniej odesłane z kwitkiem.

Nieodżałowany ksiądz Jan Kaczkowski ze swoją wadą wzroku i problemami ruchowymi był dla mnie wspaniałym wyjątkiem od reguły. Na studiach czytałem wywiady, w których wyliczał, jak wiele nieprzyjemności spotkało go ze strony Kościoła tylko ze względu na jego inność. Cóż, przekonałem się, że to, o czym opowiada, nie należy do przeszłości.

Zdaję sobie sprawę, że powołanie kapłańskie to wielki dar. Czy jednak oznaczałoby to, że Bóg obdarza nim wyłącznie osoby w pełni sprawne? To oczywiste, że w formacji zakonnej dokonuje się selekcji. Zastanawiam się jednak, dlaczego z taką samą skutecznością jak w przypadku osób z niepełnosprawnościami nie eliminuje się kandydatów z brakami w otwartości serca czy mentalności, pozbawionych zwykłej ludzkiej życzliwości albo kultury osobistej.

Gorzkim paradoksem pozostanie to, że moja niepełnosprawność okazała się problemem tylko w kontaktach z przedstawicielami Kościoła

Tak szczegółowo opowiadam swoją historię, wciąż zastanawia mnie bowiem pewna delikatna kwestia. Księdzu Kaczkowskiemu udało się wytrwać wewnątrz kościelnych struktur, ja odnalazłem się poza nimi. Ilu jest natomiast takich, którym przedstawiciele Kościoła po cichu zagrodzili drogę do realizacji autentycznego powołania tylko ze względu na „niepewny stan zdrowia”? Może już czas, by ktoś w Kościele przyjrzał się temu zagadnieniu. Nie sądzę, by mój los był wyjątkowy.

Gorzkim paradoksem pozostanie to, że moja niepełnosprawność okazała się problemem tylko w kontaktach z przedstawicielami Kościoła. Właściwie do dzisiaj nie potrafię tego zrozumieć. Przecież Kościół jest wspólnotą (i instytucją), która głosi, że „moc w słabości się doskonali”, a cierpienie może mieć sens. Jego Założyciel wyraźnie powtarzał, że „cokolwiek uczyniliście jednemu z tych braci moich najmniejszych, mnieście uczynili”.

Kardynał Carlo Maria Martini na krótko przed śmiercią udzielił głośnego wywiadu, w którym przyznawał, że „Kościół jest spóźniony o dwieście lat” i kieruje nim lęk zamiast odwagi. Boleśnie przekonałem się, że w podejściu do osób z niepełnosprawnościami kościelna instytucja niewątpliwie pozostaje w tyle za mentalnością świecką. Otwarte odrzucenie osoby tylko ze względu na fizyczną niepełnosprawność (co na całym świecie nazywamy przejawem dyskryminacji) w Kościele nazywa się „wolą Bożą”. Tak właśnie, jak pamiętam, przełożony określił mój koniec dominikańskiego prenowicjatu.

Również z ust znajomych duchownych i ultrakatolickich świeckich kilkakrotnie słyszałem, że decyzja zakonnych władz była na pewno „przemodlona”, że „Bóg tak chce”, zaś mi pozostaje się z tym pogodzić. A jeśli tego nie chcę zrobić – widocznie przeszkadza mi moja pycha. Do dziś czuję niesmak, gdy ktoś próbuje wyjaśniać trudne sytuacje za pomocą kategorii woli Bożej. Czasem bywa ona bowiem wytrychem stosowanym w momentach, których nie umiemy wytłumaczyć. Przede wszystkim zaś nie potrafiłem i nie potrafię odnaleźć w postępowaniu zakonnych przełożonych wysiłku poszukiwania woli Najwyższego.

Być może faktycznie brakowało mi pokory, ale nie chciałem się zgodzić, gdy przebąkiwano, bym został bratem zakonnym (zakonnikiem bez święceń kapłańskich). Często miałem wrażenie, że swoim zdecydowanym pragnieniem bycia księdzem naruszam kościelne tabu. Kiedy odrzucono mnie u dominikanów, duszpasterz powołań sugerował, że wpiszą mi w papierach: „odszedł sam”, zamiast podawania faktycznej przyczyny. To z pewnością będzie lepiej wyglądało po latach. „Nie mówimy «nie», wróć jeszcze kiedyś” – przekonywał mnie na pożegnanie.

„A co, jeśli choroba się rozwinie?”

Kiedy dziś wspominam moje rozmowy z kościelnymi przełożonymi, wyraźnie widzę, że zabrakło im zwyczajnej ludzkiej empatii i wiedzy na temat niepełnosprawności. Przykre było dla mnie to, że – zwłaszcza u dominikanów – wyraźnie koncentrowaliśmy się na moich usterkach fizycznych, które uważam za błahostkę. Ewentualne duchowe rozterki i to, co najważniejsze – pasjonujące wewnętrzne rozeznawanie – pozostawały na dalszym planie. „Chcę być zakonnikiem, bo szukam Boga. Nie uciekam od trudów życia” – musiałem stale powtarzać.

Właściwie za każdym razem, ilekroć temat schodził na moją niepełnosprawność, padało pytanie: „A jak ty sobie radzisz intelektualnie? Czy dajesz radę?”. Odpowiadałem z uśmiechem, że przecież mam ze sobą legitymację studenta Uniwersytetu Warszawskiego.

Musiałem też wielokrotnie odpowiadać na pytania w stylu: „A co, jeśli twoja choroba się rozwinie?”. Na nic były moje zapewnienia, że porażenie mózgowe w takim przypadku jak mój w żadnym razie nie wiąże się z możliwością pogorszenia stanu zdrowia. Zdecydowanie większe jest ryzyko, że ktoś ze zdrowych zakonników za kilka lat zachoruje i utraci pełną sprawność. Nigdy nie zostałem w zakonie wysłany do lekarza, by zdiagnozował moją kondycję fizyczną. Przełożonym wystarczyło to, co widzieli: jak się poruszam.

Krzyż staje się wyjątkowo niewygodny, gdy jest nim sam Kościół, wspólnota wierzących

Przedstawiciele Kościoła, z którymi rozmawiałem o mojej przyszłości w zakonie, pełniący przecież odpowiedzialne funkcje, chyba nie zdawali sobie sprawy, że przeprowadzają „zabieg na otwartym sercu”. Nikt z nas nie jest maskotką, nie można igrać z cudzą nadzieją. Powiedzenie komuś bez ważnego powodu: „nie dasz rady być jednym z nas” może na długie lata zburzyć jego poczucie własnej wartości. Mnie przed załamaniem uratował wrodzony dystans do samego siebie i silne poczucie przekraczania granic absurdu. Czy mogłem na serio odpowiadać na zapewnienia, że rozwiązaniem dla mnie będzie… modlitwa o uzdrowienie? (słyszałem to u dominikanów). Wcale nie potrzebowałem takiego rozwiązania! Akceptuję siebie takiego, jaki jestem. Wciąż ufam, że Bóg podziela właśnie takie podejście.

Możliwa jest jeszcze jedna interpretacja moich kościelnych trudności. Powtarzają ją przyjaciele będący raczej z dala od Kościoła. Ich zdaniem kwestia zdrowia mogła być tylko pretekstem. Będąc u redemptorystów, nie brałem do ręki wyłożonej tam prawicowej prasy, czytałem „Więź” i „Tygodnik Powszechny”, zaś do Radia Maryja otwarcie miałem stosunek – łagodnie mówiąc – nieżyczliwy. Czy faktycznie posłużono się niepełnosprawnością, żeby pozbyć się niewygodnego postulanta? Wolę pozostać przy przeświadczeniu, że moimi zakonnymi przełożonymi kierowały nieznajomość tematu, jakim jest niepełnosprawność, i utrwalone stereotypy na jej temat.

 „W moich błądzeniach mieszkał od początku”

Kiedy zaczynałem prenowicjat u dominikanów, byłem zakochany w Kościele jako miejscu, które pomaga znaleźć w życiu sens, jest czymś stałym w płynnym świecie. Z czasem odkryłem jego drugie, mniej chwalebne oblicze – instytucji, która potrafi bez skrupułów ranić swoich członków. Czułem się jak młodzieniec z buddyjskiej opowieści, który wychodzi z pięknego pałacu na ulicę i odkrywa, że świat jest brutalny, niesprawiedliwy i okrutny.

Jak lekko jest wyobrażać sobie trudności przeżywane ze względu na chwalebną służbę katolickiej wspólnocie; jak ciężko znosić w milczeniu niesprawiedliwość ze strony przełożonych. Krzyż staje się wyjątkowo niewygodny, gdy jest nim sam Kościół, wspólnota wierzących.

Moje nieudane starania o przyjęcie do zakonu trwały w sumie pięć lat. Doświadczenie to było jednak w moim przypadku zbawienne. Wyzwoliło mnie z doktrynerstwa i wyleczyło z klerykalizmu (wcześniej myślałem, że chrześcijańskie powołanie najlepiej realizować w zakonie).

„A gdzie w tym wszystkim był Bóg?” – niejednokrotnie później zadawano mi to trudne pytanie. Nie wiem. Może – jak pisał przywołany już Miłosz – „w moich błądzeniach mieszkał od początku”? Może zamieszkał w moim bólu, osamotnieniu i bezsilności? A może po prostu był ze mną i szedł tuż obok? Tak blisko, że nie mogłem Go dostrzec…

Tekst ukazał się w kwartalniku „Więź”, jesień 2018.

KUP „WIĘŹ” w wersji papierowej lub elektronicznej!

„Więź”, jesień 2018