Zanim został żywą pochodnią, musiał długo o tym myśleć. W kwietniu, na pięć miesięcy przed samobójstwem, sporządza testament. Nocami pisze ulotki, które zamierza rozrzucić podczas samospalenia. Nie zdąży ich wyjąć z teczki. Biało-czerwonej flagi też.

Płomień musi być widoczny. Ryszard Siwiec zmienia miejsce z sektora 37 na Stadionie Dziesięciolecia na sektor 13. Przeszedł naprzeciwko przemawiającej władzy – I sekretarza KC PZPR Władysława Gomułki i premiera Józefa Cyrankiewicza – aby go dostrzegli. 8 września 1968 roku dokonuje samospalenia, a my, pół wieku później, stajemy przed niełatwymi pytaniami.

Pewnie nie byłoby społecznej pamięci o Ryszardzie Siwcu, gdyby nie film Macieja Drygasa „Usłyszcie mój krzyk” z 1991 roku. Reżyser, przeglądając archiwum Służby Bezpieczeństwa, odkrył kilkusekundowe nagranie płonącego Siwca. Był zaskoczony, ponieważ niczego o tak szokującym wydarzeniu w PRL nie wiedział. A przecież palącego się człowieka nie sposób zapomnieć. Zwłaszcza w miejscu publicznym, jak wypełniony stadion. Świadków musiało być, lekko licząc, setki. Jak to możliwe, by takie wydarzenie zostało wyparte z oficjalnej pamięci? „Usłyszcie mój krzyk” jest niejednoznacznym portretem człowieka opisywanego przez swoich najbliższych oraz świadków. Troskliwy ojciec, mąż, praktykujący katolik, który wybiera samobójstwo przeciwko panującej władzy. Śmierć szokującą podwójnie: raz, że odebranie sobie życia stoi w sprzeczności z chrześcijaństwem Siwca, dwa, że samospalenie jest obce w kręgu cywilizacji judeo-chrześcijańskiej.

Rekonstrukcja

Trudno wyśledzić iskrę, która rozpoczyna płomień. 59 lat, pięcioro dzieci. Księgowy z duszą filozofa. W czasie wojny należał do AK. Zawsze była w nim witalność życia, żyłka sportowca: hokej, narty, dużo pływał. Zanim został żywą pochodnią, musiał długo o tym myśleć. W kwietniu, a więc na pięć miesięcy przed samobójstwem, sporządza testament. Nocami pisze ulotki, które zamierza rozrzucić podczas samospalenia. Nie zdąży ich wyjąć z teczki. Biało-czerwonej flagi też.

Przygotowania są staranne, precyzyjne. Przed śmiercią idzie do fotografa i zamawia zdjęcie portretowe. Dokładnie oblicza czas wywołania i dostarczenia zdjęć rodzinie. Będą to pierwsze dni po jego śmierci. Tak jakby chciał, żeby najbliżsi zapamiętali go inaczej niż płonącego człowieka. Jadąc do Warszawy, jeszcze w pociągu pisze ostatni list do żony: „Kochana Marysiu! Nie płacz! Szkoda sił, a będą ci potrzebne, jestem pewny, że po to, dla tej chwili, żyłem 60 lat, wybacz, nie można było inaczej, po to, żeby nie zginęła prawda, człowieczeństwo, wolność – ginę. A to mniejsze zło – jak śmierć milionów, nie przyjeżdżaj do Warszawy, mnie już nikt, nic nie pomoże, dojeżdżamy do Warszawy, piszę w pociągu i dlatego krzywo. Jest mi tak dobrze, czuję taki spokój wewnętrzny – jak nigdy w życiu!”. List wręcza pasażerowi z prośbą o doręczenie pod wskazany adres. Słowa dotrzymano: list dotarł, ale Marii Siwiec akurat nie było w domu. Kopertę włożono w drzwi. Zabrała ją Służba Bezpieczeństwa. Ostatni list męża Maria Siwiec otrzyma dopiero dwadzieścia lat później.

Samospalenie Siwca zostało wymazane z pamięci. Stadion był pełen ludzi, trwały centralne dożynki, a jednak sprawa ucichła

Z pociągu Ryszard udaje się na stadion, gdzie kilka minut po dwunastej oblewa się rozpuszczalnikiem i podpala. Z płomieni wygłasza przemówienie. Na filmie słychać, jak jego głos jest pełen emocji, ale nie histeryczny; do końca pozostaje świadomy tego, co się dzieje. Odpycha próbujących go ratować. Ugaszony nie traci przytomności. Zostaje zaprowadzony pod ręce do samochodu osobowego, nie do karetki. Po drodze wciąż wykrzykuje hasła. Zabrano go do szpitala, gdzie jest wciąż nagrywany przez Służbę Bezpieczeństwa. Maria zostaje dopuszczona do męża po dwóch dniach. Ryszard Siwiec umiera 12 września 1968 roku.

Ktokolwiek widział, ktokolwiek pamięta

Samospalenie Siwca zostało wymazane z pamięci. Stadion był pełen ludzi, trwały centralne dożynki, a jednak sprawa ucichła. Służba Bezpieczeństwa skonfiskowała kilka aparatów, filmy prześwietlono. W „Usłyszcie mój krzyk” widać nielicznych fotoreporterów, którzy nie rejestrują zdarzenia. Są albo w szoku, albo wykazują się autocenzurą. Zaraz po szokującym samobójstwie SB informowała świadków zdarzenia, że podpalił się alkoholik, który wniósł ze sobą wódkę. Później będą rozpowszechniać plotkę, że Siwiec był chory psychicznie.

Żadne środki masowego przekazu w Polsce Rzeczpospolitej Ludowej nie przekazały informacji o samospaleniu. Dziś, w epoce mediów społecznościowych i wolności słowa, ta totalna cenzura wydaje się aż nieprawdopodobna. Pierwszym przekazem publicznym była dopiero audycja z kwietnia 1969 roku (czyli siedem miesięcy po wydarzeniu) w Radiu Wolna Europa.

Szokujący protest Siwca był zawsze kojarzony ze sprzeciwem wobec ataku Układu Warszawskiego na Czechosłowację. Jego przesłanie jest jednak znacznie szersze, a co za tym idzie – bardziej uniwersalne. Chociaż nie brakuje w nim solidarności ze społeczeństwem czechosłowackim, więcej miejsca zajęło dopominanie się o wartości uniwersalne, jak wolność, godność człowieka, prawda. W szpitalu poparzony powtarzał: „Ginę po to, żeby zwyciężyła prawda, żeby zwyciężyło człowieczeństwo i żeby zwyciężyła miłość. Ginę po to, aby żeby zginęło kłamstwo, zginęła nienawiść i zginął terror. Nie odczuwam żadnego bólu i nie odczuwałem żadnego bólu przez cały czas. Bolą mnie tylko dwie ręce, lewa od składania fałszywych przysiąg, a prawa od ściskania ręki tych, którym złożyło się fałszywą przysięgę”.

Pytania o bohatera

Po pół wieku od samospalenia i od niemal trzydziestu od przywrócenia powszechnej pamięci o Ryszardzie Siwcu za pomocą filmu Drygasa, wciąż szukamy dla polskiej żywej pochodni miejsca. To pytanie musi paść: czy jest bohaterem? Poszukiwanie odpowiedzi pozostaje zadaniem niełatwym.

Samospalenie polityczne (nie religijne) jest poświęceniem swojego życia w imię wyższych ideałów. Żywa pochodnia ofiaruje siebie za innych. Śmierć Siwca nie była więc egoistyczna, ale altruistyczna. Jednocześnie należy zauważyć, że gdy wskazujemy na czyny bohaterskie aprobujemy je, mało tego, zachęcamy do naśladownictwa. Jest oczywista różnica między wydaniem swojego życia na ofiarę za kogoś (przykład Maksymiliana Marii Kolbego), a postawą Siwca. W pierwszym przypadku mamy do czynienia ze śmiercią za konkretną osobę, w drugim za wartości uniwersalne. Nie sposób ocenić, który z motywów jest „lepszy”; na dobrą sprawę jeden zakłada drugi (bez wiary w wartości uniwersalne nie sposób bronić pojedynczego człowieka). Trudno jednak wskazywać śmierć samobójczą, a do tego tak drastyczną, jako przykład do naśladowania.

Ryszard Siwiec był przekonany, że jego czyn, dokonany na oczach setek ludzi, wstrząśnie nimi, zmieni ich sposób myślenia, dokona się duchowa rewolucja. Nic takiego się jednak nie wydarzyło.

Myślę, że nawet dzisiaj, w czasach wolności mediów, samobójstwo Siwca poruszyłoby społeczeństwo, ale nie zmieniło jego sposobu myślenia. Dla przykładu: 19 października 2017 roku przed Pałacem Kultury dokonał samospalenia Piotr Szczęsny. „Ja, zwykły, szary człowiek, wolność kocham ponad wszystko” – apelował. Choć byliśmy w szoku, jako społeczeństwo pozostaliśmy podzieleni w swoich wyborach politycznych i dalej wikłamy się w brutalizację życia politycznego.

Siwiec był przekonany, że jego czyn, dokonany na oczach setek ludzi, wstrząśnie nimi, zmieni ich sposób myślenia, dokona się duchowa rewolucja. Nic takiego się nie wydarzyło

Bohaterów nie mierzy się jednak odniesionym sukcesem; gdyby tak było mielibyśmy tylko szefów korporacji na piedestale. Postać Ryszarda Siwca nie zajęła miejsca obok nowych bohaterów, jak Witold Pilecki czy ksiądz Jerzy Popiełuszko (symbole walki z komunizmem). Samospalonego wspomina się jedynie przy kolejnych rocznicach inwazji Układu Warszawskiego na Czechosłowację. Jego postać nie zajmuje miejsca w podręcznikach historii ani wiedzy o społeczeństwie.

W 2008 roku Rzecznik Praw Obywatelskich Jan Kochanowski postulował, aby Stadionowi Dziesięciolecia, dzisiejszemu Stadionowi Narodowemu, nadać imię Ryszarda Siwca. Tak się nie stało i do dziś nie mamy ani żadnej ulicy, ani żadnego pomnika jemu poświęconych.

Dla Czechów Siwiec pozostaje bohaterem, który walczył o ich sprawę. W Pradze jest ulica jego imienia, a na niej znajduje się czeski odpowiednik IPN, czyli Instytut Badania Reżimów Totalitarnych. Jest też poświęcony Polakowi pomnik. Ryszard Siwiec został nawet pośmiertnie odznaczony przez Vaclava Havla w 2001 roku. W Polsce uhonorowano go przyznanym w roku 2003 Krzyżem Komandorskim Orderu Odrodzenia Polski, który rodzina zgodziła się przyjąć w roku 2007.

Jakkolwiek byśmy oceniali samobójstwo Ryszarda Siwca, trudno przejść obok tej postaci obojętnie. Stoimy wpatrzeni w jego płomień. Milczymy.