Trzeba było lat, by temat przemocy seksualnej wobec nieletnich przebił się do powszechnej świadomości. Jak widać, ciągle nie do końca.

Poddawanie w wątpliwość wykorzystywania seksualnego dzieci i jego skali ciągle jeszcze jest spotykanym zjawiskiem. Takie wypowiedzi są zauważalne, choć rzadko bywają oficjalne. Skąd się wzięły? Po wyjaśnienie trzeba sięgnąć do historii.

Nie jest tak, że wcześniej nic nie wiedziano o pedofilii. Niemniej aż do połowy lat 70. ubiegłego wieku było to zjawisko ignorowane, a publikacje na ten temat (Tardieu, 1857; Freud, 1896; Kinsley, 1953) spotykały się z krytyką lub były pomijane. Dopiero od lat 60. poważniej zaczęto mówić o krzywdzeniu dzieci. W 1974 r. w Stanach Zjednoczonych uchwalono prawo dotyczące ochrony nieletnich przed przemocą, obejmujące także przemoc seksualną, a w roku 1977 pediatra Henry Kempe wygłosił wykład na temat ukrytego problemu pediatrycznego, jakim było wykorzystywanie seksualne dzieci (praca została opublikowana rok później w medycznym piśmie naukowym).

Klimat kulturowy tym razem sprawił, że temat przebił się do publicznej świadomości. W pierwszych systematycznych badaniach Davida Filkelhora (1979) do bycia ofiarą wykorzystywania seksualnego w dzieciństwie przyznawało się 19 proc. kobiet i 9 proc. mężczyzn. Tak wyglądał początek.

W latach 1980-1986 w USA liczba zgłoszeń wzrosła trzykrotnie. Wydawało się, że to wręcz epidemia. Jednocześnie trzeba powiedzieć: ani służby ochrony dzieci, ani psychologowie, ani prawnicy nie byli na to przygotowani. Przede wszystkim nie było wówczas standardów postępowania. Osoby przesłuchujące dzieci zwyczajnie nie umiały tego robić, nie potrafiły też ocenić ich wiarygodności. Nie zdawano sobie przy tym sprawy ze specyfiki pamięci nieletnich: założono, że dziecko na temat wykorzystywania seksualnego zawsze podaje fakty. Nie było też publikacji dotyczących aspektów prawnych, a policja i prokuratura popełniały wiele błędów.

Nic zatem dziwnego, że pojawiły się sprawy, w których oskarżenia okazały się ostatecznie fałszywe. Powstały organizacje broniące praw rodziców, zaczęto mówić o błędach profesjonalistów, pojawiła się koncepcja fałszywych wspomnień (tu trzeba zaznaczyć, że nie ma ona jednoznacznego poparcia w badaniach). Jednocześnie doszło do zwrotu w mediach. O ile na początku lat 80. dominowały teksty dające wiarę profesjonalistom i ofiarom, o tyle od połowy lat 80. przez blisko dekadę w najbardziej poczytnych amerykańskich gazetach dominował przekaz przeciwny.

W odpowiedzi na falę krytyki od połowy lat 90. zaczęto tworzyć wytyczne i standardy, przy czym czasem trzeba było poczekać na odpowiednią liczbę badań. Przewodnik dla profesjonalistów został wydany w 1998 roku. Ostatecznie pod koniec stulecia wprowadzono restrykcyjne zasady badań, a wzbudzający kontrowersję praktycy zostali odsunięci. W tej chwili specjaliści mówią, że wprawdzie fałszywe oskarżenia się zdarzają, ale jest ich niewiele, a doświadczony profesjonalista jest w stanie to rozpoznać.

W Polsce pod koniec lat 70. mieliśmy inne problemy, a na początku lat 80. przepływ informacji był utrudniony. Ominęła nas zatem pierwsza fala mówienia o problemie. Szerzej natomiast miał szansę dotrzeć przekaz dominujący w amerykańskich mediach dekadę później.

Czy w tej chwili wszystko już wiemy o seksualnym wykorzystywaniu nieletnich? Z pewnością nie. Mamy jednak standardy i wytyczne, znacznie więcej wiemy o funkcjonowaniu poznawczym dzieci, specjalista potrafi ocenić wiarygodność zeznań

Wykorzystywanie seksualne dzieci jest zjawiskiem budzącym olbrzymie emocje, zwłaszcza że ominęła nas także rewolucja seksualna 1968 roku, która ułatwiła samo mówienie o seksualności. Z psychologicznego punktu widzenia jest zrozumiałe, że argumenty negujące zjawisko „w które nie sposób uwierzyć” były chętnie przyjmowane przez społeczeństwo. To jednak, że coś jest zrozumiałe, nie znaczy, że jest dobre. Trzeba było lat, by temat przebił się do powszechnej świadomości. Jak widać, ciągle nie do końca.

Czy w tej chwili mamy stan idealny, czy wszystko już wiemy? Z pewnością nie. Mamy jednak standardy i wytyczne, znacznie więcej wiemy o funkcjonowaniu poznawczym dzieci, specjalista potrafi ocenić wiarygodność zeznań. System ochrony dzieci w naszym kraju dalej jednak posiada luki: do ich usunięcia dążą organizacje zajmujące się ochroną dzieci przed przemocą. Uzasadniona krytyka może tu pomóc w rozwoju.

Jest jednak różnica między zwracaniem uwagi na błędy systemu a negowaniem problemu lub jego skali. To ostatnie nie ma uzasadnienia. Mam nadzieję, że odrobina historii pozwoli sobie to uświadomić.

Korzystałam z artykułu Joanny Włodarczyk: „Rola backlashu w instytucjonalizacji problemu wykorzystywania seksualnego dzieci. Analiza przypadku Stanów Zjednoczonych pod koniec XX w.” opublikowanego w „Dziecko krzywdzone. Teoria, badania, praktyka” Vol 13 Nr 1 (2014): 33-50.