„Lato” Kiriłła Sieriebriennikowa to film boleśnie aktualny, nie tylko w związku z losem jego prześladowanego reżysera. Gdy patrzymy na nasze „tu i teraz”, na Europę i świat, zastanawiamy się, czy tamta opresyjna rzeczywistość lat 80. nie może się powtórzyć.

Oczarowanie, poruszenie, zachwyt. Zakochałem się w tym filmie od pierwszego wejrzenia. Kiriłł Sieriebriennikow, fantastyczny rosyjski reżyser filmowy i teatralny, przetrzymywany przez reżim Putina kolejny rok w areszcie domowym, zrealizował „Lato” – film przejmujący, wzruszający, smutny, ale w niektórych scenach powodujący autentyczny, niewymuszony uśmiech; film bardzo rosyjski i jednocześnie absolutnie uniwersalny, prawdziwy obraz zgniłych lat w końcówce epoki Breżniewa; film o tęsknocie za pięknem, za autentyzmem, za wolnością, za innością. Oto wartości nie do zrealizowania w tamtym systemie. „Lato” to film o niespełnieniu, o zdruzgotanych marzeniach, o niezgodzie na zakłamaną rzeczywistość, wreszcie – o buncie bez nadziei. Nie był to jednak bunt dla samego buntu, ale próba życia z sensem w świecie absurdu i bezsensu.

Zapewne dla niejednego widza, szczególnie w Rosji, „Lato” będzie nostalgicznym wspomnieniem bezpowrotnie minionej młodości. Film Kiriłła Sieriebriennikowa zainspirowały autentyczne historie liderów leningradzkich grup punkowych, rockowych i bluesowych: Majka Naumienki (Zoopark) i Wiktora Coja (Kino). Majk (zagrał go w filmie Roman Bilyk) zmarł w Leningradzie 27 sierpnia 1991 roku, w wieku 36 lat, w wyniku zapaści alkoholowej. Wiktor Coj (zjawiskowy Teo Yoo) okrzyknięty legendą i najważniejszym symbolem radzieckiego undergroundu, zginął w wypadku samochodowym 15 sierpnia 1990 roku, miał wtedy zaledwie 28 lat. Wizerunek twarzy Wiktora pełni w Rosji rolę ikony popkultury. Po jego tragicznej śmierci „Komsomolskaja Prawda” pisała: „Dla młodych obywateli naszego kraju Coj znaczy więcej niż jakikolwiek polityk, osobistość, czy pisarz. Jest tak, ponieważ nigdy nie kłamał i nie interesowały go pieniądze. Był i pozostał sobą. Nie sposób mu nie wierzyć… Coj był jedynym rockmanem, który był taki sam na scenie i w prawdziwym życiu, żył tak, jak śpiewał… Coj to ostatni bohater rocka”.

Dodam jeszcze, że reżyser, przygotowując ze swoimi współpracownikami scenariusz, oparł się na wspomnieniach Natalii Naumienko, żony Majka. To ważna postać w filmie, fascynowała obydwu bohaterów filmu. Aktorka Irina Starszenbaum doskonale oddała rozdarcie Nataszy, a jednocześnie jej spokój i dystans do świata Majka i Wiktora, których kochała.

Leningrad, dziś ponownie Sankt Petersburg, był w czasach komuny uważany za miasto artystyczno-gitowskie, w przeciwieństwie do Moskwy, którą młodzi buntownicy uważali, nie bez słuszności, za symbol opresji, w którym trudno żyć, miasto państwowych gmachów, defilad, przemówień, kłamstwa i wszechogarniającej propagandy, a wokół wszędzie widoczni drużynnicy, czyli radzieccy ormowcy. Leningrad był inny. Nasi bohaterowie nie piją wódki ani koniaku, to dobre dla Moskwy, w ich mieście pije się wino („Wino dzieli się na dobre i bardzo dobre” – mówi jeden z muzyków, i nieważne czy burgundzkie, czy tylko kiszyniowskie) i piwo; można też zapalić, i to niekoniecznie papierosa.

„Lato” to film przejmujący, smutny, ale w niektórych scenach powodujący niewymuszony uśmiech, film bardzo rosyjski i jednocześnie absolutnie uniwersalny; film o tęsknocie za pięknem, za autentyzmem, za wolnością, za innością

Konstanty Usenko, rosyjski muzyk i pisarz, mówi w wywiadzie dla „Gazety Wyborczej”, że chociaż Naumienko i Coj byli „w swoim kraju, w swojej epoce i w swojej dziedzinie” postaciami kultowymi, najważniejszymi, to nie można ich uważać za radzieckich odpowiedników zachodnich czy polskich muzyków, którzy rozpoczęli swoją karierę w latach 80. A to dlatego, że po pierwsze – obaj mieli swój odrębny, niepodrabialny styl, a po drugie – nie da się porównać warunków w ZSRR z jakimkolwiek innym krajem.

Usłyszałem kilka krytycznych uwag od polskich podstarzałych punkowców, którzy zjawili się na premierze filmu Sieriebriennikowa. „To wszystko było nie tak” – mówili, jakby zapominając, że oni żyli w Polsce, w tym wesołym baraku demoludów, a nie w ZSRR. To jednak były inne światy, inne doświadczenia, inne pragnienia.

My w Polsce w tamtym czasie – a był to okres krótkiego karnawału solidarnościowego, a potem stanu wojennego i całej dekady lat osiemdziesiątych, czyli dłużącego się procesu gnilnego tej naszej, jednak naszej, rzeczywistości peerelowskiej – też mieliśmy swoich idoli. Jedni kochali opozycyjnych bardów. Był wśród nich Jacek Kaczmarski, intelektualista, poeta, heros. Jego buntownicze pieśni budowały sprzeciw wobec zła , niektóre z nich, np. „Epitafium dla Włodzimierza Wysockiego” nie zestarzeją się nigdy. Był też inny bard, brzdąkający na gitarze Jan Krzysztof Kelus, który wyśpiewywał swoje ballady i protest songi w rodzaju „Na przystanku PKS-u”, „Piosenka pasożyta społecznego”, czy „Balladę o szosie E7”, odtwarzane na prywatnych spotkaniach z marnych kaset magnetofonowych. Dziś już Kelusa nie za bardzo daje się słuchać, poza niezapomnianą balladą „Papierosy Biełomor–Kanał”, ale może to tylko moje odczucia. Pozostał Jacek Kleyff ze swoim wiecznie żywym „Źródłem”: „Nie fetysz granic mnie tu trzyma, lecz miejsca i w tych miejscach przyjaźń. I w Polsce z tym nie jestem sam”.

Inni żyli polskim undergroundem, podobno niezależnym, symbolizowanym przez festiwal w Jarocinie. Niektórzy uważali, że jarocińskie szaleństwo to był taki wentyl bezpieczeństwa wymyślony przez reżim: „niech się młodzi wyszaleją na polu rockowym, a nie na ulicy”. Był stan wojenny, żaden festiwal się nie odbył, tylko Jarocin! Należałem wtedy do jego przeciwników. Boże, co to były za czasy, chyba uważałem te zespoły za kolaborantów! Po latach mój radykalizm na szczęście stępiał. Dziś widzę, że Jarocin odegrał pozytywna rolę.

Rosyjskie „podziemie” muzyczne łączyło w sobie oba te „polskie nurty”. Majk Naumienko, anglista z wykształcenia, fascynował się Bobem Dylanem, Stonesami, Led Zeppelin, Jimem Morrisonem i Doorsami. Był uważany – opowiada cytowany wyżej Usenko – za leningradzkiego modsa, nie hipisa, bo w Leningradzie szybciej adoptowała się kultura brytyjska niż amerykańska. Zoopark Naumienki to połączenie bluesa i rocka.

Wiktor Coj, syn Koreańczyka i Rosjanki, stworzył zespół nowofalowy, punkowy o nazwie Kino. Fascynował go David Bowie, Blondie, Black Sabbath, T. Rex ( „Children of the revolution” to ważny manifest, szczególnie dla Wiktora).

Ciekawą postacią w filmie jest także Swin, czyli Andriej Panow, najbardziej zwariowany z wszystkich muzyków, z rozwichrzoną blond czupryną, luzak, ojciec punk rocka za naszą wschodnią granicą, lider zespołu AU, zafascynowany zespołem Sex Pistols. Zagrał go z wielką pasją Aleksandr Gorchilin. Scena koncertu w prywatnym leningradzkim mieszkaniu to istne szaleństwo Swina. Szczęście międzypokoleniowe, zatracenie się. Swin tańczy ze starszą damą: „Chcę żebyś była młoda, chcę objąć twoje ciało”. Właścicielka mieszkania, bo o nią tu chodzi, z radości wpada w jakąś młodzieńczą ekstazę.

Uroczą i bardzo prawdziwą postacią jest Tania, szefowa literacka Leningradzkiego Rock Klubu, w którym wolno był występować zespołom Majka i Wiktora. Przekonywała ona cenzorów i przedstawicieli bezpieki, że utwory tych młodych to nowa twórczość „satyryczna”, którą partia i państwo radzieckie powinny popierać.

„Lato” to nie tylko nostalgiczne wspomnienie, to film boleśnie aktualny, także w związku z losem jego prześladowanego reżysera. Przecież gdy patrzymy na nasze „tu i teraz”, na Europę i świat, zastanawiamy się, czy tamta opresyjna rzeczywistość nie może się powtórzyć.

W scenie w pociągu podmiejskim starszy podpity mężczyzna, proletariacki emeryt, wykrzykuje na muzyków: „Śpiewacie piosenki naszego ideologicznego wroga. Państwo radzieckie dało wam wykształcenie, żebyście dom wybudowali, rodzinę założyli. Zasadzili drzewo”. Na nic zdają się tłumaczenia: „Dziadku, Sex Pistols to byli zwykli robotnicy. Tak jak Beatlesi”. Po słowach „To degeneraci. Banda nierobów. Nauczę was kochać ojczyznę” pojawia się jakiś agent milicji czy ormowiec (w filmie widoczni są oni wszędzie, w środkach komunikacji i w salach koncertowych). Zdanie o obowiązku „zasadzenia drzewa” Wiktor zapamięta, potem nawiąże do tego w swoim kultowym utworze.

Przypominam tę scenę z filmu, bo – jak zauważa Usenko – „rolę ówczesnych ormowców często przejmują dziś bojówki nacjonalistyczno-prawosławnych młodzieżówek, a rolę ówczesnych subkultur środowiska LGBT”. Wszystko może się powtórzyć, tylko w całkiem innej scenografii.

Sceny realne mieszają się z nierealnymi, surrealizm z realizmem, trudno odróżnić jawę od snu. Świat marzeń przenika się z obskurnymi mieszkaniami, klatkami schodowymi, podwórkami, ulicami

W czasie wspomnianego koncertu w leningradzkim mieszkaniu zapytano Majka o koncert marzeń. Odpowiedział trochę szyderczo, a może jednak w podtekście ujawnił jakieś swoje marzenia: „Stadion. Tysiące ludzi. Nagłośnienie. Światła. Dym we wszystkich kolorach. Trzech perkusistów. Dwóch pianistów. Jeden fortepian klasyczny. Jeden syntezator. Sekcja instrumentów dętych. Wychodzi kilku kolesi, zadmie i znika. (…) Na końcu wyjdą słonie. Zawsze są pod ręką, każde ZOO ma słonia. Słuchamy harfy z towarzyszeniem orkiestry smyczkowej. Gra artystka ludowa Wiera Dułowa”. Tak, Majk szydzi, jest prorokiem, dzisiaj ich rock rzeczywiście wszedł do mainstreamu i wykorzystywany bywa nawet politycznie. Może dobrze, że on i Wiktor tego nie dożyli. Usenko: „Etos rocka dzisiaj jest wyprany z kontekstu – festiwale służą głównie sprzedaży piwa, a ostatnio nawet militarnej propagandzie”.

Wiktor Coj na tym samym koncercie w leningradzkim mieszkaniu odpowie: „Nie widzę nic dobrego w tłumach na stadionie. Nawet nie wiesz, dla kogo grasz. Wolę kameralnie, wolę grać w barze, tylko kto mnie tam wpuści”.

Majk śpiewa na pożegnanie swojego bluesa, nie będzie przecież długo żył: „Spoglądam wokoło i w głąb siebie. W głowie mam mętlik. Ale miasto trzyma mnie przy życiu. Jak ZOO lub cyrk. Ze swoimi błaznami i bohaterami. Z Oskarami Wilde’ami i Joannami d’Arc. Zbrodnia z dobrocią miesza się. Są zwykli ludzie. Kocham ich. Nie wszystkich, przyznam, jednak chcę, by każdy znalazł swe szczęście. Deszcz i mgła. Jest szósta. Wstaje nowy dzień. Tak samo szary, jak poprzedni, nie różnią się. Podobno to się zdarza, że trwa poprzedni dzień”.

Wiktor posadził drzewo, którego domagał się proletariacki emeryt. I co? „Ja wiem, moje drzewo nie przeżyje tygodnia. Jest w tym mieście skazane. Cały swój czas spędzam z nim. Inne rzeczy mnie znudziły. Wydaje mi się, że to mój dom. Wydaje mi się, że to mój przyjaciel. Posadziłem drzewo. Ja wiem, moje drzewo może jutro złamać uczeń. Ono szybko mnie zostawi. Ale póki jest, jestem z nim. Jest mi z nim radośnie. Wydaje mi się, że to mój świat. Wydaje mi się, że to mój syn”.

Wiktora słucha Majk. Mówi po cichu do Nataszy: „Idę zapalić”. Koniec!

Sieriebriennikow to wielki artysta, feeria pomysłów realizacyjnych po prostu zachwyca, w tym kontekście należy podkreślić wyobraźnię plastyczną autora zdjęć Władysława Opeljantsa . Do historii przejdzie wykonanie utworu „The Passenger” Iggy’ego Popa w leningradzkim trolejbusie. To wtedy pada zdanie: „Przegapiliśmy nasz przystanek. Jestem pasażerem, jadę i jadę”.

A scena w deszczu z kobietą z Władywostoku, zawiedzioną w miłości, odrzuconą, która próbuje dodzwonić się do ukochanego; może odbierze telefon, ale ze zdezelowanego aparatu telefonicznego w podniszczonej budce telefonicznej wylatują tylko monety, nic nie działa? Majk czeka w kolejce, też chce zadzwonić. A potem razem idą i śpiewają „Perfect Day” Lou Reeda. Ona w czerwieni. „Zbierasz tylko to, co zasiejesz. BÓG!”. Co za scena! Pozornie poszarpana narracja filmu, choć tak naprawdę precyzyjnie obmyślana, czarno-białe zdjęcia doskonale oddające nastrój schyłku epoki breżniewowskiej, i te kolory niespodziewanie pojawiające się na ekranie, punktowo, na przykład czerwień, to one właśnie, a jeszcze bardziej wtręty animacyjne, mają nam sygnalizować, co jest w tej historii nieprawdą. Ale czy to jest nieprawda? Co to jest prawda? Reżyser zresztą wprowadził do filmu postać sceptyka, towarzyszącego młodym buntownikom, stojącego na granicy między realnością a somnambulizmem. Mówi do widza: „Tak naprawdę niczego takiego nie było”, ale on przecież w tych wydarzeniach uczestniczył. Więc jednak prawda?

Sceny realne mieszają się z nierealnymi, surrealizm z realizmem, trudno odróżnić jawę od snu. Świat marzeń przenika się z obskurnymi mieszkaniami, klatkami schodowymi, podwórkami, ulicami, salami koncertowymi; i to ciepło tego przygnębiającego jednak filmu, które daje jakąś nadzieję, ledwo dostrzegalną, ale nadzieję … wolności. I dlatego ten film jest ponadczasowy, a nie tylko „rosyjski”.

A więc „Lato”, śpiewa Majk: „Nad rzeką mach, niebiański smak. Podobno walnie w nas kometa. Na mieście mówią tak. Rozpieprzy nas w drobny mak”. Ale co tam: lato, bez kasy można żyć.

Posłuchajmy: