Istotą „Świadectwa” abp. Viganò są nie zarzuty pod adresem papieża, lecz apel o jego ustąpienie. Wrogowie Franciszka próbowali już zdelegitymizować go doktrynalnie, teraz podjęli próbę jego dyskredytacji moralnej.

Wokół nieoczekiwanego wystąpienia abp. Carlo Marii Viganò – który zaapelował o ustąpienie papieża, stawiając mu bardzo poważne zarzuty – napisano już bardzo dużo. Wydaje mi się jednak, że jest jeszcze kilka wątków dotyczących samego dokumentu i jego autora, których nie dostrzeżono wystarczająco w dotychczasowej dyskusji, albo wartych szczególnego podkreślenia.

„Wicie-rozumicie” zamiast prawdy

Wielu domaga się w tej sprawie przede wszystkim dążenia do wyjaśnienia prawdy. I słusznie. Należy oczekiwać, że – zgodnie z zapowiedzią z samolotu – Franciszek w jakiś sposób odniesie się do wydarzeń opisanych przez byłego nuncjusza. Papież stwierdził bowiem: „gdy upłynie nieco czasu i wy [dziennikarze] już wyciągniecie swoje wnioski, może i ja zabiorę głos”. Mam nadzieję, że nastąpi to prędzej niż później. Liczę też na ujawnienie watykańskich archiwów, to pozwoli bowiem odsiać ziarno od plew.

Niestety, akurat w przypadku najpoważniejszych zarzutów stawianych przez abp. Viganò jest jednak istotny kłopot utrudniający dojście do prawdy – przynajmniej prawdy powszechnie uznanej na poziomie zgodności opisu faktów z rzeczywistością (niezależnie od osobistych sympatii i poglądów danej osoby). Uniemożliwił to sam Viganò.

Jego opis wydarzeń w „Świadectwie” przedstawia rzeczywistość w taki sposób, że ustalenie twardych faktów wydaje się często niemożliwe. Autor miesza opis wydarzeń z własnymi ocenami – choćby jego pogląd o istotnym wpływie, jaki (były już kardynał) Theodore McCarrick wywierał na Franciszkowe nominacje biskupów w USA to typowa opinia, bez żadnej bazy faktograficznej. Kluczowe zaś fakty, na które powołuje się były nuncjusz w Waszyngtonie, to nie dokumenty, lecz jego rozmowy w cztery oczy, zwłaszcza z papieżem Franciszkiem czy z (następcą McCarricka) kard. Donaldem Wuerlem. A każdy, kto ma odrobinę życiowego doświadczenia, wie, że w przypadku, gdy dwie osoby konsekwentnie zdecydowanie odmiennie relacjonują przebieg istotnej rozmowy toczonej wyłącznie pomiędzy nimi dwoma – zazwyczaj nie ma szans na ustalenie rzeczywistego przebiegu konwersacji.

Nie inaczej jest i w tej sytuacji. Nawet gdyby Franciszek odpowiedział i wprost zaprzeczył, iż dowiedział się od Viganò w 2013 r. o zarzutach wobec kard. McCarricka i jakichś sankcjach ze strony poprzedniego papieża – i tak jedni będą wierzyć bardziej jemu, inni za posłańca prawdy będą nadal uznawać byłego nuncjusza. Nikt zapewne ich rozmowy nie nagrał, więc o jej przebiegu pozostaną nam jedynie indywidualne relacje. Viganò zresztą (sam to przyznaje!) nie przekazał wówczas papieżowi żadnej notatki ani dokumentacji na temat McCarricka – jedynie, jak twierdzi, ustnie poinformował Franciszka o zarzutach wobec kardynała, które zapewne można znaleźć w Kongregacji ds. Biskupów i o rzekomych sankcjach nałożonych przez Benedykta XVI.

Podobnie Viganò relacjonuje swoje rozmowy z Wuerlem. Jemu również – wedle swych własnych słów – nie przekazał żadnej notatki ani polecenia z Watykanu dotyczących poprzedniego metropolity Waszyngtonu. W swym świadectwie były nuncjusz mówi jedynie: „sam podjąłem temat z kardynałem Wuerlem przy kilku okazjach i z pewnością nie musiałem wdawać się w szczegóły, gdyż od razu było dla mnie jasne, że jest w pełni tego świadom”. To by oznaczało rzecz zdumiewającą: że rozmowa między nuncjuszem apostolskim w stolicy największego światowego mocarstwa a arcybiskupem tego miasta – dotycząca bardzo poważnych zarzutów moralnych stawianych poprzedniemu metropolicie, wciąż żywemu i bardzo aktywnemu – odbywała się, tłumacząc na polski, na zasadzie „wicie-rozumicie”. Bez wyraźnych zaleceń z Watykanu, bez dokumentów, bez notatek służbowych, bez jasno sformułowanej prawdy…

Obecnie oczywiście kard. Wuerl twierdzi, że nie otrzymał żadnych informacji od nuncjusza o sankcjach nałożonych na jego poprzednika. A abp Viganò twierdzi swoje. I bądź, człowieku, mądry…

McCarrick „bardzo kochany przez nas wszystkich”

Nie mając dostępu do akt watykańskich, wczytuję się więc w dostępne dokumenty. I wiele z nich można wyczytać. Moim zdaniem, w świetle tego, co pisze Viganò, można by jemu samemu zarzucić poważne zaniedbanie obowiązków w sprawie sankcji dotyczących kard. McCarricka.

Przecież od roku 2011 to właśnie on sam jako nuncjusz apostolski był w Waszyngtonie przedstawicielem papieża Benedykta XVI! Zatem to do jego, absolutnie kluczowych, obowiązków należałaby usilna troska o skuteczne wdrożenie w życie papieskich sankcji nałożonych rok czy dwa lata wcześniej przez ówczesnego papieża na kard. McCarricka. To nie Wuerl za to powinien odpowiadać – w Kościele nowy biskup nie ma przecież zwierzchności nad swym poprzednikiem emerytem (znamy to dobrze z Poznania, gdzie abp Gądecki nie mógł samodzielnie niczego nakazać abp. Paetzowi). Tymczasem w relacji Viganò nie widać elementarnej staranności, aby przypominać w USA o sankcjach wobec McCarricka (o ile one rzeczywiście istniały i o ile Benedykt XVI chciał je wdrażać w życie).

W świetle tego, co pisze abp Viganò, można by jemu samemu zarzucić poważne zaniedbanie obowiązków w sprawie sankcji dotyczących kard. McCarricka

Mało tego. Nie dość, że Viganò nic w tej sprawie nie uczynił na piśmie, to jeszcze konsekwentnie i często występował publicznie ramię w ramię z kard. McCarrickiem – zarówno przy ołtarzu, jak i podczas różnych wydarzeń. Ba, nuncjusz apostolski w Waszyngtonie nawet zabierał głos 2 maja 2012 r. podczas ceremonii wręczenia emerytowanemu kardynałowi nagrody za działalność na rzecz misji. Zwracając się do McCarricka, określił go mianem „bardzo kochanego przez nas wszystkich”. A po wydarzeniu pozował do wspólnej fotografii z laureatem.

Owszem, dyplomaci muszą czasem bywać nawet na imprezach, których nie znoszą i towarzyszyć ludziom podejrzanym o różne złe czyny. Tu jednak chodziło o zbyt ważną sprawę i zbyt ważną osobę. I zwłaszcza: czy nuncjusz musiał wtedy publicznie deklarować miłość wobec McCarricka – zwłaszcza w imieniu „nas wszystkich” (i to po tym, jak w pierwszej swojej rozmowie z McCarrickiem został przez niego tak lekceważąco potraktowany, jak to opisuje w „Świadectwie”)? A dzisiaj, dla odmiany, wszystkim zarzuca, że wiedzieli o zarzutach wobec kardynała i byli całkowicie pasywni…

Gdyby Viganò rzeczywiście był tak bardzo zmotywowany do realizacji (rzekomej) woli Benedykta XVI wobec McCarricka, której ten ostatni się sprzeciwiał – to bez trudu uzyskałby w Watykanie dostęp bezpośrednio do papieża, którego wszak w Waszyngtonie reprezentował. Chyba że otrzymał jasne polecenie od swoich przełożonych (w tym przypadku: kard. Tarcisio Bertonego, sekretarza stanu), by się sprawą nie zajmował – o tym jednak Viganò nie wspomina. Nie uwierzyłbym zresztą, że nuncjusz z tak ważnego miejsca jak Waszyngton nie jest w stanie przebić się do papieża, nawet gdy usiłuje go przed oblicze najwyższego szefa nie dopuścić sekretarz stanu.

Wniosek: albo Viganò (jako przedstawiciel papieża w USA) nie próbował egzekwować sankcji rzekomo nałożonych przez Benedykta XVI na kard. McCarricka, albo próbował jedynie w swoich myślach, albo decyzji o takich sankcjach nie było. 

Nakazał – nie nakazał?

Trzeba więc zastanawiać się nad wiarygodnością samego Viganò. George Weigel, którego kompetencje i sensus Ecclesiae wysoko cenię, przekonuje na łamach „First Things”, że były nuncjusz apostolski w USA to człowiek prawy, poważny i uczciwy. To istotne świadectwo, ale jednak niewystarczające. Obawiam się, że ten wybitny autor może się jednak mylić. Jego kategoryczne oceny innych osób bywały nietrafne. Długo przecież Weigel uznawał za całkowicie niewiarygodne wszelkie oskarżenia wobec seryjnego deprawatora ks. Maciela Degollado, założyciela Legionistów Chrystusa – aż wreszcie musiał uznać, że został oszukany.

W związku z tym własne przekonanie o wiarygodności autora „Świadectwa” muszę budować samodzielnie. Pierwsza wątpliwość budzi się we mnie, gdy widzę, że deklarowaną motywacją abp. Viganò jest oczyszczenie własnego sumienia. Sęk w tym, że swoje sumienie były nuncjusz oczyszcza, stawiając śmiertelnie poważne zarzuty innym. No, ale zdarza się, że ktoś nie chce zabrać do grobu znanej tylko jemu tajemnicy o złu innych, więc ją ogłasza publicznie. Tyle tylko, że Viganò sobie samemu nic nie ma do zarzucenia. Z jego oświadczenia wynika, że był samotnym szeryfem, jedynym sprawiedliwym w Kurii Rzymskiej. A wobec ludzi, którzy mają takie przekonanie o sobie, instynktownie bywam podejrzliwy.

Wedle własnej relacji abp Viganò wypowiadał się czasem (świadomie lub nieświadomie) w sposób niejasny, dający się różnie interpretować, nawet w sprawach bardzo istotnych

Również dalsza krytyczna analiza istniejących niedomówień, niejasności i sprzecznych relacji prowadzi mnie do wniosku, że doprawdy trzeba przyjąć wiele przedzałożeń (głównie o złym papieżu Franciszku), aby wierzyć, że to właśnie Viganò jest bezinteresownym demaskatorem zła w Kościele, którego nie mógł dłużej ścierpieć.

Wystarczy krytycznie wczytać się w słowa samego Viganò, by dostrzec, że należy on do osób wypowiadających się czasem (świadomie lub nieświadomie) w sposób niejasny, dający się różnie interpretować. Nawet w sprawach tak istotnych, jak rozmowa z 12 kwietnia 2014 r. między biskupami pomocniczymi oskarżonego o nadużycia seksualne abp. Johna Nienstedta z nuncjuszem apostolskim w USA, mamy do czynienia z (co najmniej) nieporozumieniem, i to dotyczącym sprawy o fundamentalnym znaczeniu. Biskupi pomocniczy archidiecezji St. Paul–Minneapolis wyszli z tej rozmowy przekonani, że nuncjusz wezwał ich do wstrzymania niezależnego dochodzenia przeciwko ordynariuszowi. Tak też napisali w kolejnym liście, wyrażając swój protest wobec tego zalecenia. Nuncjusz nakazał im zniszczenie tego listu.

Dzisiaj Viganò twierdzi, że powiedział co innego (że należy najpierw przesłuchać samego Nienstedta, nie zaś watykańskiego gwardzistę szwajcarskiego, z którym biskup miał współżyć seksualnie), a biskupi pomocniczy to zaakceptowali. Gdy zaś nuncjusz otrzymał list, w którym tamci przywołali jego rzekome zalecenie wstrzymania dochodzenia – w trosce o dobre imię swoje i Ojca Świętego poprosił o usunięcie tego dokumentu z kurialnych komputerów i archiwów.

Doprawdy trudno mi sobie wyobrazić, aby spotkanie w tak dramatycznych okolicznościach – biskupi pomocniczy omawiają z nuncjuszem apostolskim poważne zarzuty wobec swojego metropolity – mogło zakończyć się bez jasnego kilkuzdaniowego podsumowania, co należy w danej sytuacji dalej czynić. Nawet jednak zakładając, że w tamtej sprawie doszło do słownego nieporozumienia, wniosek z tej historii płynie taki, że Viganò albo jest świetnym dyplomatą, który gdy tego chce, świadomie mówi wieloznacznie, albo generalnie wyraża się niejasno.

Skoro jednak (wciąż zakładając jego dobrą wolę i przyjmując jego wersję za prawdziwą) cztery lata temu potrafił wyrażać się na tyle niejasno w rozmowie z biskupami pomocniczymi abp. Nienstedta, że aż tamci uznali, iż nakłaniał ich do zaprzestania dochodzenia – to dlaczego mamy mu wierzyć dzisiaj, że klarownie wyrażał się rok wcześniej, rozmawiając z papieżem Franciszkiem czy kard. Wuerlem o McCarricku, nie dostarczając jednak rozmówcom żadnych dokumentów? 

To nie jest Operacja Oczyszczenie

Nie jesteśmy jednak całkowicie bez szans dojścia do prawdy. Tyle że nie będzie to raczej pełna prawda o wydarzeniach, które przedstawia abp Viganò, lecz o operacji prowadzącej do publikacji jego „Świadectwa”.

W moim przekonaniu wcale nie o pełną zgodność podawanych zarzutów z rzeczywistością chodziło arcybiskupowi Viganò i wszystkim (bardzo licznym, jak się okazuje) osobom, z którymi przygotowywał i planował publikację swoich oskarżeń. Istotą tego dokumentu są przecież nie zarzuty pod adresem papieża, lecz apel o jego ustąpienie: „Franciszek musi jako pierwszy dać dobry przykład kardynałom i biskupom, którzy tuszowali nadużycia McCarricka, i złożyć rezygnację wraz z nimi wszystkimi”. Papież jest tu bezprecedensowo wzywany  do ustąpienia przez arcybiskupa Kościoła katolickiego, byłego dyplomatycznego przedstawiciela Stolicy Apostolskiej w różnych krajach świata.

Najwięcej o intencjach autora „Świadectwa” i jego współpracowników mówi zaś wybrany przez nich termin publikacji tego tekstu. Wyznania abp. Viganò ukazały się w internecie w nocy z soboty na niedzielę, 25/26 sierpnia 2018 r., tuż przed rozpoczęciem sprawowanej przez Franciszka Mszy świętej na zakończenie Światowego Spotkania Rodzin w Dublinie.

Oto papież podsumowuje modlitwą dni celebracji katolickiej wizji małżeństwa i rodziny w kraju dawniej tradycyjnie katolickim, a obecnie podlegającym błyskawicznej sekularyzacji, co widać także (a nawet zwłaszcza) w kwestiach małżeńsko-rodzinnych. Oto papież wygłasza pozytywną odpowiedź Kościoła na skandaliczne przestępstwa seksualne popełnione przez duchownych w kraju, w którym miały one najbardziej zinstytucjonalizowaną formę. Cóż czynią dokładnie w tym samym momencie abp Viganò oraz wydawcy i redaktorzy LifeSiteNews, „National Catholic Register” i innych powiązanych z nimi portali internetowych? Odpalają bombę, której efektem na pewno będzie, że cały świat nie dowie się niczego o pozytywnym przesłaniu Franciszka, za to będzie słyszał o podejrzeniu, iż jest on zamieszany w krycie seksualnych przestępców.

Wybór daty publikacji „Świadectwa” najbardziej mnie przekonuje, że nie była to wcale „Operacja Prawda” albo „Operacja Oczyszczenie”, lecz „Operacja Franciszek”

Moment publikacji wybrano na pewno z pełną świadomością, wręcz powiedziałbym: z pełną premedytacją. A ostatnią rzeczą, której można by oczekiwać od prawowiernego arcybiskupa dyplomaty, deklarującego troskę wyłącznie o prawdę i oczyszczenie Kościoła, oraz od portali nieustannie podkreślających swe zaangażowanie w obronę rodziny i moralności jest publikacja apelu o ustąpienie papieża w takim momencie. Za to z punktu widzenia marketingowego było to rozwiązanie znakomite: za kilka godzin papież wraca samolotem do Rzymu; na pokładzie odbędzie się zwyczajowa konferencja prasowa; dziennikarze będą go o to pytać; Franciszek nie będzie wiedział, co odpowiedzieć; zapewne jakoś zbyje pytanie, bo nie zdąży sprawy przemyśleć…

Spośród wielu innych okoliczności ta właśnie – wybór daty publikacji „Świadectwa” – najbardziej mnie przekonuje, że nie była to wcale „Operacja Prawda” albo „Operacja Oczyszczenie”, lecz „Operacja Franciszek”. Zastawiono tu pułapkę na papieża. W świat miało pójść negatywne przesłanie dotyczące Franciszka, zaś w Kościele miał wybrzmieć apel o jego ustąpienie. Rzecz jasna, nie chodzi o to, że papież ustąpi natychmiast. Chodzi raczej o oswajanie katolików z takim postulatem, tym razem już wprost i otwarcie sformułowanym. Kard. Raymond Burke ochoczo już zapowiada w wypowiedzi dla LifeSiteNews, że „trzeba będzie zastosować odpowiednie sankcje”. Stosując formułę Kisiela: Zgadnij, koteczku, o jakież to sankcje może mu chodzić?

Trzeba też pamiętać, że portale, w których zdecydował się opublikować swoje wyznania abp Viganò, nie były do tej pory znane ze szczególnej troski o los ofiar księżowskiej pedofilii.Kojarzone są za to doskonale z ostrej krytyki papieża Franciszka. Podobnie były nuncjusz – w ostatnich latach najbardziej zasłynął przyłączeniem się do dość kuriozalnego wystąpienia biskupów z Kazachstanu, formalnie potwierdzającego „niezmienne prawdy o małżeństwie sakramentalnym”, a faktycznie antypapieskiego.

Wcześniej ludzie z tych samych kręgów próbowali zdelegitymizować Franciszka doktrynalnie, teraz podjęli próbę jego dyskredytacji moralnej. Nie uda się w czasie Światowego Spotkania Rodzin, to będą próbować ponownie. Może nawet w Boże Narodzenie lub Wielki Piątek? Chociaż nie, święta to nie jest dobry czas do działania pod względem marketingowym…

Nie uważam Franciszka za nieomylnego (on sam tak nie uważa, o czym doskonale wiadomo). Odnoszę się do niego podobnie jak do jego poprzedników. Uważam go bowiem za kolejnego z serii mądrych i świętych papieży, których Bóg stawia na czele swego Kościoła w trudnych czasach na przełomie XX/XXI wieku. Dziękuję Bogu za biskupów Rzymu całego mojego życia: Jana, Pawła, dwóch Janów Pawłów, Benedykta i Franciszka.

Boże, chroń papieża i wybacz jego nieprzyjaciołom! Co prawda, wszystkie osoby zaangażowane w Operację Franciszek wiedzą, co czynią – ale w świetle zasady prymatu sumienia da się dla nich znaleźć subiektywne okoliczności łagodzące. Oni naprawdę głęboko wierzą, że czynią to, co trzeba. I naprawdę głęboko się mylą.