Ostatnie wydarzenia wzmogły dyskusję na temat wykorzystywania seksualnego dzieci. Jak częste to zjawisko? Skąd się bierze, jakie są przyczyny? Kim są sprawcy? Co właściwie wiemy na ten temat?

Na początku należy zauważyć, że wykorzystywanie seksualne dzieci jest zjawiskiem powszechnym, występującym na wszystkich kontynentach i we wszystkich kulturach. Co więcej: wskaźniki występowania tego przestępstwa w Azji, Afryce, Australii, Europie i obu Amerykach są zbliżone. W raporcie Światowej Organizacji Zdrowia z 2002 roku czytamy: „Wykorzystywanie i zaniedbywanie dzieci to problem ogólnoświatowy. Dotyczy on wszystkich pokoleń, warstw społeczno-ekonomicznych i społeczeństw”. Czyny pedofilne nie są domeną jednego czasu ani jednej kultury.

Kolejna kwestia: Kościół katolicki jest jedną z przestrzeni, w których dochodziło do aktów pedofilskich. Wykorzystywanie seksualne dzieci najczęściej odbywa się w szeroko pojętych rodzinach. Fakt, że Kościół nie jest pierwszym miejscem, w którym dziecko może być skrzywdzone, nie oznacza, że można problem zlekceważyć. Jedna ofiara to o jedną za dużo. Kościół jest powołany, by na wzór św. Józefa chronić dary sobie powierzone. Dzieci muszą być bezpieczne.

Badania na temat wykorzystywania seksualnego małoletnich to lata 70. XX wieku. Wcześniej nie zawsze postrzegano dziecko jako odrębny podmiot, niewiele mówiło się o jego prawach, nie zdawano sobie sprawy z rozmiaru wyrządzanej krzywdy

Trzeci ważny element: badania na temat wykorzystywania seksualnego małoletnich to lata 70. XX wieku. Wcześniej nie zawsze postrzegano dziecko jako odrębny podmiot, niewiele mówiło się o jego prawach, nie zdawano sobie sprawy z rozmiaru wyrządzanej krzywdy. To nie jest usprawiedliwienie, to stwierdzenie faktu. Oznacza to, że wprawdzie wiemy, że akty pedofilskie w przeszłości się zdarzały, ale nie wiemy jaka była ich skala. W badaniach najdalej, bo do 1936 roku, sięgnięto w raporcie Ryana (Irlandia). Raport Reilly’a (Boston) obejmuje okres od roku 1940, raporty Deetmana (Holandia) i ekspertyza archidiecezji Monachium i Fryzyngi – od roku 1945.

Największe badanie, które objęło całe terytorium Stanów Zjednoczonych, przeprowadził John Jay College of Criminal Justice. Analizowano w nim przypadki z lat 1950-2002. W tym czasie oskarżenia o wykorzystywanie seksualne wysunięto wobec 4392 księży, co stanowi około 4 procent wszystkich pracujących w tym czasie kapłanów. Odsetek recydywistów był znaczący: ponad 40 procent. O jednorazowe wykorzystanie seksualne dziecka oskarżono 56 procent kapłanów z tej grupy.

Liczba kapłanów, którzy zostali oskarżeni o jednorazowe wykorzystanie seksualne dziecka była względnie stała w całym okresie obserwacji. Jeśli natomiast chodzi o księży wykorzystujących wielokrotnie i przez lata to, jak pisze Monica Applewhite, „wpisywali się oni w ogólny wzorzec wzrostu czynów pedofilnych w latach 60. i 70., z maksimum przypadającym na lata 70. i ze spadkiem po roku 1985”.

Innymi słowy: w latach 60. i 70. XX wieku w Stanach Zjednoczonych zaobserwowano wzrost liczby przypadków wykorzystania seksualnego dzieci przez kapłanów. Dlaczego do niego doszło? Jak pisze ks. Stephen J. Rossetti: „mniej więcej w tym czasie do seminariów duchownych przyjęto znaczną liczbę mężczyzn o podwyższonym poziomie dysfunkcji seksualnych”. To pierwsza przyczyna. Druga to brak – zarówno w Kościele, jak i w społeczeństwie – zdecydowanych działań zmierzających do zapobiegania wykorzystywaniu dzieci. I trzecia: był to czas rewolucji seksualnej, co stwarzało klimat kulturowy sprzyjający swobodnej ekspresji seksualnej.

„Mówiąc wprost: przyjęliśmy grupę mężczyzn z problemami o charakterze seksualnym i umieściliśmy w środowisku, które nie tylko nie potępiało i nie karało w sposób dostateczny wykorzystywania seksualnego nieletnich, lecz w rzeczywistości w swobodny sposób promowało ekspresję seksualną. Połączenie dewiacyjnej seksualności z permisywnym otoczeniem kulturowym dało katastrofalne skutki” – podsumowuje ks. Rossetti.

Z badania przeprowadzonego przez John Jay College wynika, że mamy dwie grupy sprawców: takich, którzy zostali oskarżeni o jeden tylko czyn pedofilny i takich którą oskarżano o czyny wielokrotne lub notoryczne. Z kolei w badaniu Saint Luke Institute, obejmującym 91 osób, tylko trzynastu kapłanów (14 procent) przyznawało się do wykorzystania tylko jednej osoby (średnia liczba ofiar w tej grupie wynosiła 4). Jednocześnie dziewięciu (10 procent) mówiło o 30 lub więcej ofiarach. Czasem było ich znacznie więcej. Można zatem zastanawiać się, czy sprawcy jednorazowi rzeczywiście byli jednorazowi, trzeba jednak uznać, że mamy dwie zasadnicze grupy sprawców: jednorazowych lub sporadycznych i wielokrotnych/notorycznych.

Zdaniem Moniki Applewhite użyteczna w tym przypadku jest klasyfikacja, która dzieli sprawców na preferencyjnych i sytuacyjnych (dotyczy ona oczywiście nie tylko sprawców „kościelnych”, te dwie grupy spotykamy w całym społeczeństwie). Sprawca preferencyjny to ktoś, kto kieruje się wyraźnym i długotrwałym pociągiem seksualnym do dzieci. Jeśli są to dzieci przed okresem dojrzewania mówimy o pedofilii, jeśli dojrzewające dziewczynki – o hebefilii, jeśli dojrzewający chłopcy – o efebofilii. Warto zaznaczyć, że sam pociąg nie jest równoznaczny z podejmowaniem zachowań seksualnych w stosunku do dzieci i młodzieży. Ta grupa sprawców aktywnie szuka kontaktu z dziećmi w odpowiadającym sobie wieku. Zaczynają wcześnie, jeśli mówimy o duchownych to zaraz po święceniach, a w wielu sytuacjach nawet przed. Jeśli im się nie przeszkodzi, skrzywdzą wiele dzieci.

Sprawca sytuacyjny to ktoś, kto „nie przejawia utrwalonych niewłaściwych zachowań ani nie pożąda seksualnego kontaktu z dziećmi, lecz kombinacja słabości, dostępności i możliwości stwarza okoliczności, w których dorosły może mieć kontakt seksualny z dzieckiem” (Monica Applewhite). Mogą być w różnym wieku, ale zwykle są starsi i – jak już napisano – mają mniej ofiar.

Tyle mówi najprostsza charakterystyka sytuacji. Jak przypomniał na Facebooku ks. Andrzej Draguła, by sensownie mówić o profilaktyce, trzeba znać elementy układanki, której ostatecznym efektem jest wykorzystanie seksualne dziecka.

Jakie miejsce ma w tej układance klerykalizm, o którym tyle mówi ostatnio papież Franciszek? Stwarza sytuację, w której łatwiej jest o ukrywanie i tuszowanie, niż o ujawnienie, i w której sprawcy-duchowni, z racji przyznawanego im automatycznie autorytetu, mają znacznie większą szansę manipulowania sumieniami w celu zapewnienia sobie bezpieczeństwa. Bez solidarności z ofiarami, przejawiającej się przede wszystkim w ujawnianiu, nie da się wyrwać korzenia zła – przypomina papież.

Ten tekst nie ma ambicji proponowania rozwiązań. Chciałabym natomiast, by stał się przyczynkiem do rozmowy opartej nie na wyobrażeniach, ale na konkretnych, merytorycznych podstawach. Jeśli chcemy być skuteczni, musimy poznać fakty.

Korzystałam z publikacji: „Ku uzdrowieniu i odnowie. Materiały z sympozjum dla biskupów i przełożonych zakonnych o seksualnym wykorzystaniu osób niepełnoletnich” (WAM, Kraków 2012) oraz „Seksualne wykorzystywanie małoletnich w Kościele” pod redakcją o. Adama Żaka SJ i Ewy Kusz (Wydawnictwo Naukowe Akademii Ignatianum, Kraków 2018).