Nie mogę zgodzić się z poglądem, że w Polsce miałby lada dzień zapanować totalitaryzm. Widzę raczej groteskową bezczelność władzy niż rządy totalne.

W tekście „Nowy autorytaryzm czy znacznie gorzej?” prof. Jerzy Gaul wyraża wprost obawę przed zaistnieniem w Polsce rządów totalitarnych. Przesłankę za taką obawą stanowi dla niego klasyczne w naukach o polityce rozróżnienie między systemem autorytarnym a totalitarnym. O ile rządy autorytarne charakteryzuje zdaniem historyka „pluralizm polityczny, autonomia życia prywatnego, społecznego i gospodarczego”, o tyle w totalitaryzmie główną rolę odgrywa ideologia, która niszczy również te swobody. Ideologia głoszona przez władzę ma bowiem stanowić schemat myślenia i postępowania we wszystkich przejawach ludzkiego życia (dlatego Hannah Arendt sądzi, że totalitaryzm charakteryzuje się między innymi dążeniem do odebrania ludziom stanu „samotności”, rozumianej jako przestrzeń spokojnego myślenia). To właśnie obecność ideologii w dzisiejszych rządach Zjednoczonej Prawicy jest powodem, dla którego Jerzy Gaul nie zgadza się z koncepcją Macieja Gduli, jakoby w Polsce zapanowała nowa, XXI-wieczna, odmiana autorytaryzmu. Gaul pisze, że jest jeszcze gorzej: zmierzamy ku totalitaryzmowi.

Historyk zapytuje: „Ważne pytanie, którego Gdula niestety nie zadał, brzmi: czy w przypadku PiS neoautorytaryzm jest celem, czy etapem pośrednim? (…) System budowany przez PiS w Polsce w wielu elementach odbiega już od klasycznego autorytarnego wzorca”. Autor wymienia następujące powody, dla których jego zdaniem rządy PiS można już teraz nazwać częściowo totalitarnymi: „mowa nienawiści i pogardy lansowana przez PiS przypomina totalitarną nowomowę z odwracaniem znaczeń podstawowych słów, propaganda prowadzona przez partyjne (tzw. publiczne) media w niczym już nie ustępuje faszystowskiej i komunistycznej machinie kłamstwa, (…) coraz powszechniej stosowane są metody walki z opozycją rodem z PRL”.

Brzmi to przekonująco. Faktem są przecież namolna propaganda mediów publicznych w serwisach typu „Wiadomości” TVP, zatrzymywanie i nachodzenie o 6 rano osób, które ubrały miejskie pomniki w koszulki z hasłem „konstytucja” czy wydawanie działaczom na rzecz osób niepełnosprawnych zakazu wstępu do Sejmu, nie ze względu na rzekomą agresywność działaczy, lecz – polityczną niewygodność. Ponadto odwracanie znaczeń pojęć (np. miłości) jest widoczne u bliskich PiS filozofów.

Mimo że każde z wyżej wymienionych zjawisk jest naganne, niepraworządne (nadgorliwość) i niedemokratyczne (nieakceptowanie „innych” głosów odpowiednio w: TVP, przestrzeni miejskiej czy Sejmie), to jednak coś mi nie daje spokoju; coś nie pozwala mi zgodzić się z poglądem, że w Polsce miałby lada dzień zapanować totalitaryzm. Widzę tu raczej groteskową bezczelność władzy, ale nie rządy totalne, czyli charakteryzujące się cenzurą prasy i delegalizacją opozycji. Aby unaocznić klimat totalitaryzmu, warto przytoczyć cytat z książki Richarda J. Evansa „Nadejście Trzeciej Rzeszy”: „Terror, na który wystawieni byli socjaldemokraci, stawał się coraz gorszy. Już z początkiem lutego 1933 r. lokalne i okręgowe władze, działając pod presją nazistowskiego ministra spraw wewnętrznych z Berlina, Wilhelma Fricka, oraz jego pruskiego odpowiednika, Hermanna Göringa, zaczęły wydawać zakazy na publikację poszczególnych numerów socjaldemokratycznych gazet. (…) Z biegiem miesiąca szajki brunatnych koszul zaczęły przerywać zebrania socjaldemokratów oraz bić mówców i słuchaczy”. Zastraszenie czy wzajemna nieufność obejmowały w faszyzmie, nazizmie czy komunizmie również życie prywatne: propaganda była dawkowana nawet w książkach dla dzieci, np. we Włoszech Mussoliniego zakazano 72 książek dla najmłodszych.

Owszem, pewne totalitarne elementy faktycznie można znaleźć w rządach PiS. Sięgając jeszcze raz do książki Evansa o III Rzeszy, czytamy: „Goebbels przekształcił regularne, otwarte rządowe konferencje prasowe z czasów Republiki Weimarskiej w tajne zebrania, na których Ministerstwo Propagandy przekazywało wybranym dziennikarzom (…) wiadomości”. Przypomina to zamknięcie przed dziennikarzami mediów prywatnych – oraz brak publicznego ogłoszenia dla zainteresowanych słuchaczy – lutowej konferencji „Tożsamość konstytucyjna” w siedzibie Trybunału Konstytucyjnego. Ale wielu konstytutywnych cech totalitaryzmu – przede wszystkim zastraszenia obywateli w sferze publicznej i prywatnej – w Polsce nie ma: osoby przeciwne rządowi mogą się jawnie stowarzyszać; nikt nie zamyka prywatnych gazet, portali i stacji telewizyjnych. Policja nie wejdzie do domu komuś, kto napisze w sieci negatywny komentarz o Kaczyńskim i PiS. Problem polega „tylko” na tym, że osoby o nieprzychylnych władzy poglądach raczej nie zostaną zaproszone do programów w TVP Info, a odległe od „mieszanki katolicko-nacjonalistyczno-rasistowskiej” (by użyć trafnego określenia prof. Gaula) przedsięwzięcia wydawnicze i artystyczne będą miały mniejsze szanse na rządową dotację. Być może odpowiedź na pytanie o totalitaryzm rozjaśni się po wyborach w 2019 roku.

Rządy PiS trwają w Polsce trzy lata i nie widać, aby miało wystąpić „coś więcej”

Na dziś moja niechęć do nazywania rządów PiS jakimś rodzajem totalitaryzmu zawiera się w tym, na co wskazuje sam Jerzy Gaul: „Benito Mussolini, który został w październiku 1922 roku premierem, (…) wykorzystywał mechanizmy parlamentarne do ograniczenia demokracji i praworządności, aż wreszcie 1 stycznia 1925 roku ogłosił triumfalnie początek faszyzmu. Adolfowi Hitlerowi do przejścia od autorytaryzmu do totalitaryzmu wystarczył tylko niecały rok (od grudnia 1932 do listopada 1933 r.)”. Rok Hitlera, dwa lata i dwa miesiące Mussoliniego – tymczasem rządy PiS trwają w Polsce trzy lata i nie widać, aby miało wystąpić „coś więcej” niż wspomniane naganne, ale jeszcze nie totalitarne, groteskowo-bezczelne zachowania rządzących.

I raczej tego „czegoś więcej” nie będzie, bo w Polsce, w przeciwieństwie do Włoch i Niemiec lat 20. i 30., nie widać na ulicach masowego entuzjazmu wobec „triumfu” czy „zmiany”; ludzie nie zapisują się tłumnie do prawicowych organizacji. Dość wspomnieć, że po wyborze Hitlera na kanclerza Niemiec 30 stycznia 1933 r. jeszcze tego samego dnia ulicami Berlina przeszło 60 tys. osób – 40 tys. cywilów i 20 tys. „Brunatnych Koszul”. Marszu na Rzym w 1922 r. Mussolini dokonał wraz z 200 tys. bojówkarzy „Czarnych Koszul”. Na wiece dyktatorów przychodziły tłumy sympatyków, rozentuzjazmowanych do poziomu histerii. Tymczasem, owszem, PiS ma miliony wyborców (w wyborach 2015 r. dostał 5,7 mln głosów, a biorąc pod uwagę niską frekwencję, środowisko sympatyków PiS może być nawet dwa razy większe), lecz partia ta nie wykształciła tego, co charakterystyczne dla totalitaryzmu: gigantycznych wieców poparcia oraz systematycznych, zorganizowanych również na szczeblu lokalnym, bojówek atakujących „wrogie” osoby. Ktoś mógłby przytoczyć przykład Wojsk Obrony Terytorialnej – tyle że nie są one narzędziem zakłócania opozycyjnych spotkań.

Wreszcie, rzuca się w oczy, że (fakt, wyglądające niepokojąco) marsze nacjonalistów występują praktycznie tylko dwa dni w roku (1 sierpnia i 11 listopada) i nie są wiecami ku czci jakiegoś wodza czy skonkretyzowanej idei; hasła „czołem wielkiej Polsce” czy „śmierć wrogom ojczyzny” – choć krzyczący mogą mieć różne fantazje – nie niosą treści w postaci wspierania jakiegoś jasno wyrażanego planu rządzących, aby zamknąć w obozach opozycjonistów, zaatakować jakiś kraj czy pozbyć się mniejszości narodowej. Nie ma tu treści takiej jak ta z przemówień Hitlera z 1933 roku: „Nie oddamy władzy, będziemy trwać, by uchronić kraj przed degeneracją”. Nie ma „kaczyzmu” w takim sensie, jak nazizm czy faszyzm. To właśnie dlatego Polska nie stanie się totalitarna: rządy PiS znajdują wielu zwolenników, dla wielu są „dobrą patriotyczną zmianą”, ale PiS i postać Kaczyńskiego nie są dla wyborców na tyle „atrakcyjne”, aby skoczyli za „kaczyzmem” w ogień – nieistniejących zresztą – wieców na cześć wodza i jego idei. (W kontekście upowszechniającej się mody na birdwatching bardziej prawdopodobne, że Polacy chętniej skoczyliby za kaczką-gągołem krzykliwym, aby zrobić mu zdjęcie…).

Straszenie już niemal istniejącym totalitaryzmem (typowe np. dla środowiska KOD) często wydaje mi się sztucznym podsycaniem emocji. Jest to krok w złą stronę, to bowiem właśnie ruchy totalitarne bazują na podsycanych płytkich zbiorowych emocjach – przeciwnikach głębokiej indywidualnej emocjonalności, której towarzyszy namysł.

Na koniec dwie uwagi poboczne. Po pierwsze, prof. Gaul twierdzi, że „symetryści” ograniczają polityczną przyszłość Polski tylko do lewicy. Utożsamiam się z rozumieniem „symetryzmu” jako postawy myślenia niezależnego, nieuległego polaryzacji („symetria” dlatego, że taki wolny ptak może powiedzieć: „PiS robi źle, ale PO też ma grzechy…”). Stąd nie wydaje mi się, aby „symetryści” chcieli ograniczyć wybór do jakiegokolwiek jednego środowiska politycznego. Po drugie, Maciej Gdula pisze: „Kaczyński daje sporej części klasy średniej poczucie, że wreszcie otrzymuje ona należny jej kawałek władzy”, na co Jerzy Gaul odpowiada: „Myśl, że wzrost poczucia mocy jest sednem neoautorytaryzmu nie jest całkiem nowa”, ponadto „w III RP bardzo wielu przedstawicieli klasy średniej brało udział w sprawowaniu władzy”. Wydaje mi się, że oba poglądy są chybione. Wzrost poczucia mocy obywateli – i klasy średniej, i tzw. robotniczej – wzrośnie, jeżeli w Polsce, jak w Szwajcarii, będą na porządku dziennym wiążące referenda w konkretnych sprawach, np. w palącej kwestii handlu w niedzielę. Tylko że wtedy to poczucie mocy nie będzie ani III RP, ani IV RP.