W australijskim pierwowzorze programu „Wracajcie, skąd przyszliście” dominuje krytyka surowej polityki migracyjnej rządu. Zmiana postaw bohaterów odbywa się w kierunku nabywania większej empatii i uwrażliwienia na cudze cierpienie (nawet jeśli nie towarzyszy temu generalna zmiana poglądów). Widz ma się identyfikować z tak zwanym „zwyczajnym człowiekiem”, który ma prawo pytać, wątpić, wielokrotnie zmieniać zdanie i kierować się sprzecznymi emocjami.

W Polsce jest to być może kwestia honoru: nie widzieliśmy, niewiele wiemy, ale już jesteśmy za, a może nawet przeciw. 9 sierpnia stacja TVN wrzuciła na swoją stronę internetową zapowiedź nowego reality show – „Wracajcie, skąd przyszliście” – w którym sześcioro Polaków przemierzy jeden ze szlaków migracyjnych do Europy. Jak czytamy w opisie, gospodarzem programu będzie Piotr Kraśko, a uczestnicy „udadzą się w drogę na Bliski Wschód. Przez Niemcy, Austrię, Węgry i Serbię dotrą do Grecji. I dalej w stronę Libanu, aż do Kurdystanu (…) Przez prawie miesiąc będą żyli jak uchodźcy i z uchodźcami”. W bańkach internetowych zawrzało. Ta bardziej lewicowa z marszu oskarżyła komercyjną telewizję o manipulację etyczną, fałszowanie rzeczywistości i chęć zarobku kosztem cudzego cierpienia. Na prawicy mówi się z kolei o prouchodźczym „materiale propagandowym”, wietrząc spisek już na poziomie samej „zajawki” programu – bo przecież nie ma żadnych uchodźców, a jedynie migranci ekonomiczni, socjalożercy i terroryści.

Sam podzielam sporą część lewicowych strachów. Niepokoi mnie przede wszystkim absolutna nieprzystawalność sytuacji, w jakiej znaleźli się skrupulatnie dobrani uczestnicy programu, do realiów uchodźczego życia. To drugie cechuje się szczególną kruchością – stałym narażeniem na przemoc (fizyczną, prawną, symboliczną), której ani się nie wybiera, ani nie daje łatwo kontrolować. Jak to w ogóle porównać do dobrowolnej wędrówki obywateli zasobnego kraju, w dodatku w bezpiecznej obstawie kamer telewizyjnych, ekipy realizacyjnej i służb ratunkowych? Odniesienia do safari albo tak zwanej mrocznej turystyki same cisną się na usta, szczególnie jeśli w wielu publikacjach – także tych przychylnie nastawionych do programu – czytamy, że bohaterowie będą „sprawdzać na własnej skórze”, jak to jest być uchodźcą. W jakim sensie „sprawdzać”? Czy da się – na zasadzie rekonstrukcji czy odegrania – „sprawdzić” coś, co jest tak głęboko wpisane w konkretne ludzkie ciała i jednostkowe doświadczenia?

Jak to zrobili w Australii

Nie spotkałem się do tej pory z analizą, która rzetelnie odnosiłaby się do korzeni – nazwijmy je tak –  uchodźczych reality shows. „Wracajcie skąd przyszliście” opiera się przecież na popularnym i łatwo dostępnym w sieci australijskim formacie – telewizja SBS wyprodukowała trzy sezony programu, z czego pierwszy miał premierę ponad siedem lat temu, w czerwcu 2011 roku. Średnia oglądalność jednego odcinka pierwszego sezonu wynosiła pół miliona widzów, a format został zaadaptowany przez lokalne telewizje między innymi w Danii, Holandii, Niemczech, RPA i Izraelu. Jest to więc siła, z którą powinniśmy się liczyć. W końcu – w odróżnieniu od hermetycznych dyskusji w banieczkach internetowych – masowy charakter popularnych programów telewizyjnych może mieć realny wpływ na zmianę postaw społecznych. Mając z tyłu głowy wszystkie „za” i „przeciw”, postanowiłem sięgnąć po oryginalne „Go Back To Where You Came From”przede wszystkim po to, żeby sprawdzić, z jakiego rodzaju „rzeczywistością” mamy do czynienia: czy jest to doświadczenie obliczone wyłącznie na teleturniejową rozrywkę, czy może da się w nim odnaleźć jakiś element misji społecznej. Po seansie trzech odcinków (tyle liczy każdy sezon programu) mój krytyczny stosunek do formatu uległ pewnej rewizji.

Wybrałem trzeci sezon programu – przede wszystkim z powodu bliskości czasowej. Premiera ostatniej australijskiej serii to 2015 rok, dokładnie wtedy, kiedy Europa przeżywała apogeum kryzysu migracyjnego. Oczywiście, w przypadku Australii szalenie istotny jest lokalny kontekst, związany z surową polityką migracyjną rządu, która rzesze „nielegalnych” (zwanych boat people, bo do brzegów kontynentu dopływają łodziami) skazuje na wieloletnie pobyty w ośrodkach detencyjnych na terenie kraju albo w państwach ościennych. I to właśnie na tej wewnętrznej, australijskiej debacie program skupia się w pierwszej kolejności. Prezentuje różne postawy względem migracji i uchodźstwa, nie tylko te skrajne – zamknięcie granic kontra niczym nieograniczona otwartość – ale także sytuujące się gdzieś pomiędzy, podatne na zmianę i wrażliwe na nowe doświadczenia.

Sześcioosobowa „drużyna” ma więc w założeniu oddawać konflikt społeczny w skali mikro, a w jej skład wchodzą: Davy, uchodźca z Wietnamu, który jako ośmiolatek sam przeżył gehennę tułaczki i teraz jest zdania, że boat people powinni porzucić ryzykowną wyprawę i wejść na oficjalną drogę ubiegania się o azyl w Australii; Kim – radykalna przeciwniczka otwartych granic i inicjatorka facebookowej kampanii Stop the Boats; Nicole, sygnalistka piszącą o trudnych warunkach panujących w ośrodkach detencyjnych, zwolenniczka liberalnej polityki migracyjnej; Jodi i Renee, siostry podzielone kwestią stosunku do migracji; Andrew, nauczyciel popierający surową politykę rządu, orędownik maksymalnie „racjonalnego” podejścia do sprawy.

W programie mówi się o first hand experience – strategii obliczonej na zmianę postaw

Uczestnicy – podobnie jak w planowanej polskiej edycji – przemierzają szlaki migracyjne, tyle że w odwrotnym kierunku. Jedna grupa podąża śladem uchodźców Rohingya – z Indonezji, przez Tajlandię, przeludnione obozy w Bangladeszu, aż do Mjanmy. Druga z Australii jedzie na Bliski Wschód – do Syrii i Iraku. Nie chodzi tutaj jednak o jakąś formę „odgrywania” uchodźczego doświadczenia – wejście w rolę „kruchego ciała” po to, żeby wykonywać kolejne „ekstremalne” zadania, przetrwać wyprawę i na końcu zgarnąć wysoką nagrodę pieniężną. W programie mówi się raczej o first hand experience – strategii obliczonej na zmianę postaw, a opartej na dwóch praktycznych komponentach: kontakcie i rozmowie z bezpośrednimi uczestnikami wydarzeń oraz naoczności. Bohaterowie odwiedzają obozy dla uchodźców w Bangladeszu i Jordanii, dyskutują z buddyjskimi fundamentalistami w Mjanmie albo płyną sypiącą się łajbą z Indonezji do Australii nie po to, żeby zrobić sobie selfie, popłakać, a następnie pójść zwiedzać kolejne „atrakcje”, ale w celu skonfrontowania rzeczywistości z tym, co znają wyłącznie z własnych baniek internetowych. Nowo zdobytą wiedzą dzielą się z pozostałymi uczestnikami programu, a „burzom mózgów” towarzyszą skrajne emocje – od płaczu po nienawiść – które na pierwszy rzut oka nie wyglądają na wyreżyserowane.

Nikt nie próbuje zrównywać doświadczeń uchodźców z planem zdjęciowym – obecność kamer jest stale problematyzowana, ciągle na wierzchu, w otwartym konflikcie z cichym i niewidzialnym doświadczeniem ryzyka, o którym opowiadają między innymi mieszkający na stałe w Australii uchodźca Rohingya i rodzina Palestyńczyków z Bagdadu. Nawet jeśli ekipa płynie łodzią-klatką przez wzburzony ocean, a wszystkich na pokładzie trapi choroba morska i napady paniki, rozmowa wciąż krąży wokół centralnej różnicy – bohaterowie w każdej chwili mogą podnieść rękę, zadzwonić po motorówkę i przerwać całą akcję. Prawdziwi uchodźcy takiego luksusu oczywiście nie mają i nigdy mieć nie będą.

Nie chodzi więc o zabawę w teatr, ale o widzialność. Pomstujemy, że świat odwraca wzrok od tragedii Rohingyów, lecz jednocześnie nie za bardzo potrafimy powiedzieć, na czym dokładnie miałaby się opierać skuteczna widzialność cierpienia i wyzysku. Komercyjny format budzi wiele słusznych zastrzeżeń etycznych (ile zarobią uczestnicy programu? ile zarobi Piotr Kraśko?), ale z drugiej strony taka formuła pozwala wyjść z newralgicznym tematem poza niszowy obieg – festiwale filmowe, tygodniki, książki, bańki sieciowe – i dotrzeć do zdecydowanie szerszego grona odbiorców. A to samo w sobie jest już wartością dodaną.

Bądźmy otwarci i czujni

Dlatego „Go Back To Where You Came From” ma w gruncie rzeczy więcej wspólnego z zaangażowanym filmem dokumentalnym niż z klasycznym reality show. Głównym tematem nie jest tutaj zabawa w globalne wędrówki ludów, ale niemoc zachodnich społeczeństw w konfrontacji z obecnym kryzysem – społeczeństw coraz bardziej zamkniętych, zalęknionych, odcinających się od sąsiadów, podzielonych w kwestiach elementarnych wartości. Producenci nie kryją, po której stronie sporu sytuują swoje emocje – dominuje krytyka polityki migracyjnej Australii, a zmiana postaw odbywa się w kierunku nabywania większej empatii i uwrażliwienia na cudze cierpienie (nawet jeśli nie towarzyszy temu generalna zmiana poglądów). Widz ma się identyfikować z ewoluującym bohaterem, przedstawianym jako tak zwany „zwyczajny człowiek” (broń Boże, nie celebryta!), który ma prawo pytać, wątpić, wielokrotnie zmieniać zdanie i kierować się sprzecznymi emocjami.

Patrząc na to wszystko przez pryzmat polskiej „debaty” migracyjnej, tego rodzaju „zaangażowana telewizja” – format przeznaczony dla widza masowego, a nie już dawno przekonanych kolegów postępowej redaktorki – jest nam bez dwóch zdań potrzebna. Pamiętajmy także, że adaptacje zagranicznych produkcji to zwykle wierne kopie pierwowzorów – i choćby z tego powodu wstrzymałbym się z ferowaniem wyroków do jesiennej premiery. Porównywanie „Wracajcie skąd przyszliście” do „Azja Express” czy „Big Brothera” brzmi jak na razie absolutnie kuriozalnie, bo to po prostu zupełnie inne gatunki telewizji.

Wiele może się oczywiście nie udać, ale raczej z powodu odmienności kontekstu – Australia ma wielokuturowe społeczeństwo, przyjęła w 2015 roku kilkanaście tysięcy uchodźców, a o sąsiada z Malezji, Iraku czy Polski nie jest tam trudno. My będziemy musieli bazować na obcych doświadczeniach, prawdopodobnie niemieckich czy austriackich, czyli znowu szczebelek lub dwa niżej w procesie identyfikacji. Po ekscesach z Dominiką Kulczyk i celebrytami-jałmużnikami mamy również święte prawo reagować nieufnością za każdym razem, kiedy prywatny nadawca zabiera się za tematykę społeczną. W zasadzie adaptacją uchodźczego formatu powinna się zająć telewizja publiczna – czyli ta z ustawowo zapisaną MISJĄ – ale wiemy przecież, że w obecnej sytuacji jest to zwyczajnie niemożliwe. Nie mamy wyjścia, może więc warto na chwilę zawiesić na kołku własną niechęć do komercji, masowości i rozrywki i dać TVN-owi szansę? Bądźmy w tej sytuacji jednocześnie otwarci i czujni. Trzymajmy rękę na pulsie. I kibicujmy, żeby polska wersja programu okazała się równie przemyślana, jak ta australijska.