„Świadectwo” abp. Viganò, w którym oskarżył Franciszka o tuszowanie skandali seksualnych i zaapelował o jego ustąpienie, to kolejna próba – tym razem zupełnie jawna – usunięcia papieża ze stanowiska. Aż tak otwarty atak jest w pewnym sensie wyrazem desperacji kurialnych dygnitarzy, którzy zdecydowali się zagrać va banque, z wykorzystaniem kolegi emeryta.

W sobotę, 25 sierpnia, kilka godzin po rozpoczęciu papieskiej podróży do Irlandii, odbywającej się z olbrzymimi kościelnymi skandalami pedofilskimi w tle, ze Stanów Zjednoczonych doszły szokujące wieści. Emerytowany nuncjusz apostolski w USA abp Carlo Maria Viganò wezwał papieża – i wielu innych biskupów – do ustąpienia z urzędu, oskarżając Franciszka o tuszowanie i ignorowanie seksualnych przestępstw kard. Theodore’a McCarricka. W mediach na całym świecie zawrzało: oto arcybiskup wzywa papieża do ustąpienia, stawiając przy tym niezwykle poważne zarzuty. Ale czy za mocnymi słowami abp. Viganò idą równie mocne dowody?

Franciszek, który przyjechał do Irlandii przede wszystkim na Światowy Kongres Rodzin, poświęcił tam sporo czasu problemowi pedofilii. Przestępstwa te – co istotne, papież użył właśnie tego określenia, odwołującego się do prawnej odpowiedzialności przestępców w sutannach – których dopuścili się duchowni na dzieciach, nazwał „gównem” podczas prywatnego spotkania z ofiarami. Niedzielną Mszę św. w Phoenix Park w Dublinie rozpoczął od przeprosin i próśb o przebaczenie.

„Przeczytajcie oświadczenie [arcybiskupa Viganò] uważnie i sami je oceńcie. Ono mówi samo za siebie” – powiedział dziennikarzom papież na pokładzie samolotu wracającego do Rzymu.

Czego dotyczą zarzuty?

Były nuncjusz w USA w swoim „świadectwie” (jak sam je nazwał) pisze o tym, co wie na temat zmuszonego do rezygnacji z Kolegium Kardynalskiego w czerwcu abp. McCarricka, byłego metropolity Waszyngtonu. W relacji Viganò możemy przeczytać o homoseksualnych ekscesach byłego kardynała, seksualnym wykorzystywaniu księży i seminarzystów, a także o braku reakcji kurii rzymskiej na interwencje podejmowane w tej sprawie przez samego Viganò. Co istotne, w dokumencie nie ma mowy o zarzutach seksualnego wykorzystywania nieletnich.

Tymczasem specjalna komisja Archidiecezji Nowego Jorku dopiero w czerwcu br. za wiarygodne uznała oskarżenia o molestowanie ministranta w 1971 i 1972 r., które padły pod adresem McCarricka. To doprowadziło do zmuszenia go do ustąpienia z Kolegium Kardynalskiego, a następnie nałożenia przez papieża Franciszka sankcji na 88-letniego duchownego, który ma pozostać w miejscu odosobnienia oraz „oddać się modlitwie i pokucie”. To pierwszy raz w historii, gdy do nałożenia sankcji doszło przed oficjalnym kościelnym procesem.

Czy słowa Viganò należy brać poważnie? W pewnym sensie tak, to w końcu wieloletni watykański dyplomata, a także człowiek odpowiedzialny za naprawę finansów Watykanu

A jednak Viganò wzywa papieża do ustąpienia, zarzucając mu ukrywanie przez poprzednie lata wiedzy o skandalach z udziałem dawnego metropolity Waszyngtonu, a także wlączenie go do kręgu swoich najbliższych doradców. Zarzuca Franciszkowi, że zniósł sankcje nałożone na McCarricka przez Benedykta XVI. Dodatkowo emerytowany watykański dyplomata w swoim dokumencie wymienia nazwiska kościelnych hierarchów najbardziej – jego zdaniem – zaangażowanych w tuszowanie sprawy. W tym gronie znalazło się trzech ostatnich sekretarzy stanu Stolicy Apostolskiej (kardynałowie: Sodano, Bertone i Parolin), ich zastępcy oraz liczni kardynałowie i arcybiskupi.

Czy słowa Viganò należy brać poważnie? W pewnym sensie tak, to w końcu wieloletni watykański dyplomata, a także człowiek odpowiedzialny za naprawę finansów Watykanu, w czasie gdy pracował w Gubernatoracie Państwa Watykańskiego. Z drugiej strony, wystarczy odrobina krytycznego podejścia wobec źródeł, żeby zrozumieć, że sprawa jest grubymi nićmi szyta.

Wątpliwości wobec Viganò

Przede wszystkim w sprawie tuszowania skandali seksualnych, w tym pedofilskich, były amerykański nuncjusz nie ma czystego sumienia. W 2014 r. Viganò zatrzymał toczące się śledztwo w sprawie abp. Johna Nienstedta. Podejrzewano go o seksualne wykorzystywanie seminarzystów i ukrywanie przestępstw popełnionych przez kapłanów diecezji Saint Paul i Minneapolis, którą kierował. Nienstedt nie  przyznawał się do winy i odmówił rezygnacji z urzędu, powołując się na autorytet nuncjusza Viganò. Dopiero rok później Franciszkowi udało się przekonać Nienstedta i jego biskupa pomocniczego Lee A. Piché’a do rezygnacji. O tej historii w „świadectwie” Viganò nie przeczytamy ani słowa.

Kłamstwo Viganò w stosunku do Benedykta XVI przy okazji afery „Vatileaks” obniża jego wiarygodność jako sygnalisty

Drugim istotnym wątkiem, o którym warto pamiętać, jest centralna rola, jaką abp Viganò odegrał w aferze „Vatileaks”.  To właśnie jego listy do Benedykta XVI (do którego w swoim aktualnym „świadectwie” odnosi się z najwyższą rewerencją) i ówczesnego sekretarza stanu kard. Tarcisio Bertone stały się jedną z głównych osi afery. Prosił w nich o zmianę decyzji o przeniesieniu go z kurii rzymskiej do nuncjatury w Waszyngtonie. Jako jeden z powodów podawał, że musi zająć się na miejscu swoim chorym bratem… Tymczasem ów brat, Lorenzo Viganò – jezuita – był całkiem zdrowy, żył w Chicago i nie utrzymywał z arcybiskupem Viganò kontaktów od dwóch lat, bo znajdowali się w konflikcie. Tamto kłamstwo późniejszego nuncjusza w Waszyngtonie było jedną z wielu nieścisłości, których wtedy się dopuścił – i które obniżają jego wiarygodność jako sygnalisty.

Arcybiskup Theodore E. McCarrick, jeszcze jako kardynał, podczas ostatniego spotkania Kolegium Kardynalskiego z Benedyktem XVI

Arcybiskup Theodore E. McCarrick, jeszcze jako kardynał, podczas ostatniego spotkania Kolegium Kardynalskiego z Benedyktem XVI, 28 lutego 2013 r. Fot. Catholic News Service/Youtube

Już dziś widać też, że pomyłki i nieścisłości znalazły się w „świadectwie” o McCarricku. Arcybiskup Chicago Blase J. Cupich najpierw zwrócił uwagę, że – wbrew słowom Viganò – najpierw został członkiem Kongregacji ds. Biskupów, a dopiero później kardynałem, a wszystko działo się trzy lata później, niż sugeruje to „świadectwo”. Były nuncjusz oskarża też „złowrogi spisek” – za którym mieli stać kardynałowie McCarrick, Maradiaga i Wuerl –  o doprowadzenie do nominacji Cupicha na metropolitę Chicago. Tymczasem, jak twierdzi Cupich, Viganò, informując go o nominacji, radośnie jej gratulował. Kilka tygodni później przewodniczył obrzędowi nałożenia paliusza nowemu arcybiskupowi Chicago.

Inną, bardzo istotną nieścisłością „świadectwa” jest oskarżenie papieża Franciszka o zdjęcie sankcji nałożonych na kard. McCarricka przez Benedykta XVI. Wydaje się, że nikt poza Viganò o nałożeniu sankcji na McCarricka nie wiedział, co więcej były amerykański nuncjusz nie podaje ani ich konkretnego kształtu, ani daty nałożenia. Serdeczny uścisk McCarricka i Benedykta XVI podczas pożegnalnej audiencji tego drugiego oraz wspólne msze odprawiane w tamtym okresie przez byłego metropolitę Waszyngtonu i Viganò również podają w wątpliwość wiarygodność autora „świadectwa”. Mc Carrick miał rzekomo nawet nie podróżować, choć był w tym czasie przynajmniej kilka razy w Rzymie na spotkaniach z… papieżem Benedyktem. A może sam Benedykt nie wiedział o sankcjach, jakie jakoby nałożył?

O co może więc chodzić?

Zorientowanemu w kościelnej sytuacji czytelnikowi apelu o rezygnację papieża Franciszka szybko zaczynają się w głowie rodzić pytania. Po pierwsze, dlaczego w tekście, który ma pokazać szerszy kontekst sprawy abp. McCarricka, padają liczne nazwiska osób niezwiązanych ze sprawą, ale zaangażowanych w reformę Kościoła, a zwłaszcza kurii rzymskiej. W jednym z akapitów Viganò zapowiada, że kończy z wymienianiem nazwisk pracowników kurii związanych ze sprawą, po czym… podaje nazwiska kard. Coccopalmerio i abp. Paglii – sugerując, że chcą oni zmienić kościelne nauczanie ws. homoseksualizmu. Zdaniem Viganò reprezentują oni prohomoseksualny nurt potępiony przez kard. Josepha Ratizngera. Zapomina przy tym, że obaj swój awans w strukturach kościelnych zawdzięczają… Benedyktowi XVI.

Większość wymienionych w „świadectwie” nazwisk łączy fakt, że byli w przeszłości w osobistym konflikcie z abp. Viganò. Wśród nich mogą być osoby faktycznie zaangażowane w tuszowanie sprawy McCarricka. Ale trudno doszukać się uzasadnienia dla pojawienia się w dokumencie wielu innych nazwisk, chyba poza tym, że łączy je poparcie dla przygotowywanej przez papieża Franciszka reformy Kościoła – a zwłaszcza kurii rzymskiej, w której liczne wpływy miał niegdyś Viganò.

Trudno nie odnieść w tym wszystkim wrażenia, że „świadectwo” jest po prostu personalnym atakiem na Franciszka i jego najbliższych współpracowników

Sam Viganò należy do ostrych krytyków papieża, znalazł się w gronie biskupów sprzeciwiających się nauczaniu wyrażonemu podczas synodów o rodzinie, a w konsekwencji w adhortacji apostolskiej Amoris laetitia. Dołączył on w tej sprawie do stanowiska kilku ultrakonserwatywnych biskupów z Kazachstanu. Jego najnowsze „świadectwo” ukazało się najpierw w dwóch amerykańskich portalach internetowych zupełnie otwarcie walczących z papieżem Franciszkiem. A wszystko to na samym początku pielgrzymki do Irlandii, podczas której papież chciał wyraźnie odciąć Kościół od przestępców w sutannach.

Trudno nie odnieść w tym wszystkim wrażenia, że „świadectwo” jest po prostu personalnym atakiem na Franciszka i jego najbliższych współpracowników. Koniec końców to przecież właśnie obecny papież wydał rzeczywiście potwierdzone publiczne sankcje wobec McCarricka, gdy tymczasem w dokumencie Viganò jest obarczony jakby największą winą. Rzekome sankcje z czasów Benedykta XVI nie były publicznie znane, a tym samym nie miały charakteru sankcji. Wystarczy sobie przypomnieć, jak abp Juliusz Paetz próbował wykorzystać brak oficjalnego potwierdzenia swej winy przez Watykan do umacniania własnej pozycji i publicznego obnoszenia się ze swym statusem „pokrzywdzonego”.

Problem pozostaje

Nawet jeśli traktować tę sprawę jako dalszą część kurialnych walk, to obraz instytucjonalnego Kościoła, jaki z nich się wyłania, jest katastrofalny. Koterie, walki kurialne, blokowanie listów i ostrzeżeń o nadużyciach przez pracowników kurii, ukrywanie skandali, bałagan decyzyjny… Można by długo wymieniać. Co więcej, to nie pierwszy dowód w tej sprawie.

Jan Paweł II próbował zreformować kurię, ale ostatecznie poległ. Benedykt XVI – w opinii wielu, także bliskich mu, ekspertów – ustąpił właśnie ze względu na niemożność poradzenia sobie z walkami koterii. Cała sieć nieformalnych powiązań, które odcięły papieża od realnej decyzyjności, a także pozbawiały go informacji o wielu sprawach, doprowadziły do rezygnacji papieża.

Sądzę, że właśnie w tym kontekście należy czytać „świadectwo” abp. Viganò. To kolejna próba, tym razem zupełnie jawna, usunięcia papieża ze stanowiska. Aż tak otwarty atak jest w pewnym sensie wyrazem desperacji kurialnych dygnitarzy, którzy zdecydowali się zagrać va banque, z wykorzystaniem kolegi emeryta. Albo się uda, albo dadzą papieżowi do rąk jeszcze mocniejszy oręż w walce z zepsuciem i karierowiczostwem w Kościele.

Szkoda, że w tle pozostają ci, którzy najmocniej ucierpieli: ofiary nadużyć seksualnych, gwałtów i pedofilii oraz ukrywania, zaprzeczania, tuszowania i zamiatania tych przestępstw pod dywan. To tu leży drugi, naprawdę realny problem, który powoli jest zakrywany przez kurialne gierki. Jak go rozwiązać? Jak walczyć z przestępcami i kryjącymi ich biskupami?

Smutny wniosek jest taki, że nawet aktualny papież reformator może nie poradzić sobie z tymi kwestiami. Potrzeba transparentności, otwarcia i wpuszczenia do Kościoła świeżego powietrza. Wymaga to szybkiego działania. Tymczasem odpowiedzialny za projekt reformy kurii rzymskiej kard. Oscar Rodriguez Maradiaga – rzeczywiście prawa ręka Franciszka, w odróżnieniu od McCarricka – sam ostatnio zmaga się z zarzutami o malwersacje finansowe, a jego biskup pomocniczy został odwołany ze względu na przestępstwa seksualne. Czy rzeczywiście jego zwierzchnik mógł o tym nic nie wiedzieć? Naprawdę trudno dziś wierzyć do końca komukolwiek z hierarchów.