Polakom brakuje wiedzy o zagrożeniach związanych z wodą. Optymalne wydawałoby się wprowadzanie jej w szkołach podstawowych dzieciom. Być może wtedy w końcu przestałyby ginąć.

Jak długo „działa” na plażowiczów tragedia, która wydarzyła się na ich oczach? Kilka dni? Kilkanaście? Wystarczy, że opadną emocje, a ludzie znów przestają przestrzegać zakazów i ostrzeżeń ratowników. Aż do kolejnego nieszczęścia.

Mnie przecież to się nie zdarzy. Umiem pływać. To tylko kilka metrów. Co mi się może stać? Bawiłem się tak jako dziecko, czemu nie wolno mi robić tego samego z dziećmi? Przecież jesteśmy blisko brzegu. Przecież o krok jest falochron, chwycę się najwyżej… Czasem brawurę wzmaga alkohol. To znacznie pogarsza sprawę.

Ratownicy mówią, że brakuje edukacji odnośnie do zagrożeń związanych z wodą. Przypadkowa wiedza daje złudne poczucie bezpieczeństwa. Niestety, tę prawdziwą czasem człowiek nabywa zbyt późno. W tym roku utopiło się ponad 300 osób. W tym, niestety, dzieci. W ilu przypadkach ratownicy zdążyli na czas, nikt nie liczy.

Czas na kampanię informacyjną, dotyczącą „tajemnic morskiego dna”

Wieloletnie powtarzanie o ryzyku związanym ze skakaniem na główkę do nieznanej wody przyniosło – jak się wydaje – w końcu efekt. Nie słychać dziś, by tego typu sytuacje były częste. Czas na kolejną kampanię informacyjną, dotyczącą „tajemnic morskiego dna”. Właśnie dna. Tak zwany prąd wsteczny (strugowy, rozrywający) potrzebuje dwóch czynników: odpowiednio silnej fali i specyficznego ukształtowania dna, które sprawia, że w jednym miejscu fala może się cofać znacznie szybciej niż obok, tworząc szybko płynący wgłąb morza, stosunkowo wąski strumień. Warto o tym wiedzieć i mówić – z dwóch powodów. Po pierwsze dlatego, że o ile fale widzimy, o tyle o ukształtowaniu dna, zatem i możliwości pojawienia się niebezpiecznego prądu możemy nie mieć pojęcia. Warto zatem nie polegać tylko na własnych oczach, ale posłuchać ostrzeżeń i nie narażać ani siebie, ani bliskich, w tym dzieci. Druga ważna informacja: człowiek, którego znosi wgłąb morza odruchowo próbuje płynąć do brzegu. Tymczasem z prądu należy się wydostawać płynąc w bok, czyli wzdłuż brzegu. Strumień jest stosunkowo wąski, kawałek dalej może być już znacznie łatwiej.

To ważne, że temat podejmują media. To jedna z metod edukacji społeczeństwa. W przypadku dorosłych podstawowa, jeśli nie jedyna.

Nie do końca być może zrozumiałe jest także zagrożenie związane z kąpielą w pobliżu falochronu. Częściowo wynika ono z możliwości powstania opisanego wyżej prądu, częściowo z gwałtownych uskoków dna, w końcu z faktu, że falochron to nie jest brzeg basenu, którego łatwo można się przytrzymać i odpocząć.

W sierpniu nad polskim morzem doszło do wielkiej tragedii: utonęło rodzeństwo, troje nastolatków. Żal, ból, dramat. Niewiele wiemy o okolicznościach, poza tym, że najprawdopodobniej dzieci kąpały się w pobliżu falochronu i poza strzeżonym kąpieliskiem, na którym miał panować w tym czasie zakaz kąpieli. To – niestety – jest przyczynek do pytania o świadomość dorosłych, których decyzje mogą zaważyć na życiu ich najbliższych. Świadomość jest warunkiem odpowiedzialnego działania.

W tak tragicznych sytuacjach pojawiają się często głosy oskarżycielskie, ludzi którzy doskonale wiedzą, jak należało postąpić i przede wszystkim – kto jest winny. Mam poczucie, że może to być próba zaklinania rzeczywistości: im się zdarzyło, mnie się nie zdarzy. Jestem mądrzejszy, dopilnuję, nie odwrócę się… Pytanie podstawowe brzmi jednak inaczej: jak ja sam traktuję zalecenia ratowników? Jeśli moje zachowanie w tej kwestii niewiele się różni, to przekonanie, że będę w stanie zapobiec nieszczęściu może okazać się bardzo złudne.

Odpowiedzialność wymaga edukacji. Optymalne wydawałoby się wprowadzenie jej do szkół podstawowych, tak by wiedzę na temat zagrożeń związanych z wodą posiadały już dzieci. Być może wtedy w końcu przestałyby ginąć. One i – w przyszłości – ich dzieci. Na razie jednak trzeba polegać na mediach.