Kaczyzm, kaczyści? To brzmi śmiesznie. Ale czy groteskowy gangster jest przez to mniej niebezpieczny? Jak mantrę trzeba powtarzać: przy PiS rozważać trzeba wyłącznie najbardziej pesymistyczne scenariusze.

Prawie trzyletnie rządy Prawa i Sprawiedliwości sprawiły, że nawet najwięksi optymiści muszą się pogodzić z faktem przekształceń systemowych w Polsce o jawnie niedemokratycznym charakterze. W reakcji pojawiają się liczne diagnozy i scenariusze na przyszłość bez PiS. Książka socjologa Macieja Gduli „Nowy autorytaryzm” opiera się na badaniach terenowych, ograniczonych jednak tylko do małego miasteczka na Mazowszu, matecznika partii Jarosława Kaczyńskiego. Nie brak w niej publicystyki, autor nie kryje lewicowych poglądów i nadziei na rozwiązanie wszystkich problemów Polski przez nową lewicę. Wpisuje się w ten sposób w retorykę PiS, odmawiającego innym ugrupowaniom prawa do posiadania sensownych rozwiązań.

W przypadku Gduli, co dziwi szczególnie, krytyka i wykluczenie dotyczy również partii demokratycznych, stojących na gruncie konstytucji, szczególnie Platformy Obywatelskiej, którą obwinia za wygraną Zjednoczonej Prawicy. Autor jakby zapomina, że w dojrzałych demokracjach nikt nie wymaga, by partia przegrywająca wybory (za co ponosi pełną odpowiedzialność – jak Partia Pracy w Anglii czy demokraci w Stanach Zjednoczonych) znalazła się od razu na śmietniku historii. Rozpaczliwe poszukiwanie nowych sił politycznych może się skończyć oddaniem władzy w najgorsze ręce.

Maciej Gdula słusznie wskazuje, że program PiS wykracza poza zwykły populizm, zbliżając się do autorytaryzmu. Dlaczego jednak tylu Polaków oddało swoje głosy na niedemokratyczną partię Kaczyńskiego i nadal ją wspiera, skoro chodzi mu o zagwarantowanie niekontrolowanej przez nikogo władzy wyłącznie dla siebie i partyjnych towarzyszy?

Sukces wyborczy PiS Gdula tłumaczy tym, że „Kaczyński daje sporej części klasy średniej poczucie, że wreszcie otrzymuje ona należny jej kawałek władzy”. Myśl, że wzrost poczucia mocy jest sednem neoautorytaryzmu nie jest całkiem nowa. Ernst Jünger już w 1957 roku w powieści „Szklane pszczoły” pisał, że w przyszłości politycy będą musieli zmierzyć się z „zaspokajaniem wciąż rosnącego głodu mas żądnych władzy i luksusu”.

Dla „suwerena” pozostawiono jednak liczne nagrody pocieszenia: 500+, przyzwolenie na wycinkę drzew na działkach czy przyzwolenie na bicie przeciwników politycznych lub „obcych”

Diagnoza Gduli nie do końca jest precyzyjna. Po pierwsze, w III RP bardzo wielu przedstawicieli klasy średniej brało udział w sprawowaniu władzy. Natomiast, jak wynika z danych zgromadzonych przez Gdulę, spora część klasy średniej, która poparła PiS, to bardzo specyficzny jej odłam: ludzie sfrustrowani i niezrealizowani, którzy nie osiągnęli sukcesu w wyniku niewystarczających kwalifikacji lub nieumiejętności odnalezienia się w trudnych warunkach konkurencji na rynku. Z zazdrości i z chęci odwetu znaleźli się w opozycji do dawnych elit, licząc na awans w nowych warunkach. I nie przeliczyli się, chociaż dzielenie się PiS władzą z klasą średnią jest ograniczone głównie do „swoich”, hojnie wynagradzanych apanażami finansowymi (lewe pensje – tzw. nagrody, posady w spółkach skarbu państwa itd.). Dla „suwerena” pozostawiono jednak liczne nagrody pocieszenia: 500+, przyzwolenie na wycinkę drzew na działkach czy przyzwolenie na bicie przeciwników politycznych lub „obcych” o innej narodowości, wyznaniu czy języku. „Ciemny lud” ma się bawić za rozdawane pieniądze (w dużym stopniu zabierane z powrotem poprzez coraz liczniejsze podatki i daniny), oklaskiwać swoich dobrodziejów i karnie głosować na partię.

Prowincjonale miasteczko nie jest z pewnością charakterystyczne dla wyborców w Polsce. Trudno jednak zaprzeczyć, obserwując członków i sympatyków PiS, że mentalność małego miasteczka z nacjonalizmem, rasizmem i antysemityzmem – cecha charakterystyczna dla endecji z czasów II RP – pasuje do nich jak ulał i coraz bardziej kształtuje świadomość obozu władzy. W poparciu dla PiS trudno dopatrzyć się racjonalności, skoro wartości takie jak prawda, współczucie i solidarność przegrywają z kłamstwem, nienawiścią i pogardą. Gdula nie dostrzega nieracjonalności, myślenia magicznego, dogmatyzmu i fanatyzmu, kształtujących świadomość popleczników PiS, zbliżających się coraz bardziej do statusu „czcicieli sekty prezesa” (określenie prof. Hanny Świdy-Ziemby) niż racjonalnych i świadomych wyborców. To wiara w nieomylnego wodza i akceptacja dla podyktowanego przez niego obowiązującego „scenariusza” (w myśl koncepcji prof. Świdy-Ziemby podstawowego wyznacznika władzy totalnej), zawierającego takie bzdurne koncepty, jak zamach w Smoleńsku czy Polska powstająca z kolan, określa ich poparcie w nie mniejszym stopniu niż nadzieja na różnorodne gratyfikacje, udział we władzy, chęć zemsty czy rozpowszechniający się strach.

Maciej Gdula, „Nowy autorytaryzm”

Maciej Gdula, „Nowy autorytaryzm”, Krytyka Polityczna, Warszawa 2018

Gdula słusznie szuka historycznych analogii dla zrozumienia zwycięstwa PiS, gorzej, że robi to w niewłaściwy sposób. Autor pisze, że współczesny autorytaryzm ma kilka cech wspólnych ze swoim historycznym poprzednikiem, który wyłonił się w latach 20. i 30. XX wieku. Utrzymuje, że nastąpiło to w związku z pojawieniem się społeczeństw masowych i popełnia tym samym rażący błąd. Geneza klasycznego autorytaryzmu była zupełnie inna, wbrew temu, co utrzymuje Gdula. Hannah Arendt wywodziła autorytaryzm z dyktatur i tyranii znanych od Arystotelesa. Władza spoczywała w rękach szefa władzy wykonawczej – monarchy, regenta lub prezydenta, który najczęściej w oparciu o wojsko zdobywał władzę i robił wszystko, żeby ją zachować, nie licząc się z kosztami i ofiarami, które często szły w tysiące (w czasach dyktatury Franco w Hiszpanii czy Salazara w Portugalii). W reżimach autorytarnych silna była zawsze tradycja konserwatywna, wynikająca z ich społecznego zaplecza (ziemiaństwo, wyższe duchowieństwo, biurokracja, armia). Reżimy autorytarne nie manipulowały ruchami masowymi, nie tworzyły monopartii i wrogo odnosiły się do demagogów, których traktowały jako rywali do władzy. W systemach autorytarnych, chociaż zdecydowanie antyparlamentarnych, istniały w różnym nasileniu pewne elementy ustroju demokratycznego: system przedstawicielski, pluralizm polityczny, autonomia życia prywatnego, społecznego i gospodarczego.

Qui pro quo Macieja Gduli polega na tym, że szukając genezy „neoautorytaryzmu” w społeczeństwach masowych lat 20. i 30. ubiegłego wieku nieświadomie – chociaż słusznie – idzie tropem faszyzmu i nazizmu. Ówcześni demagodzy do zdobycia władzy potrzebowali mas, a nie armii. Budowanie poczucia mocy u swoich zwolenników przez krytykę i wykluczanie mniejszości rasowych, etnicznych i religijnych, o czym pisze Gdula, stało się regułą w systemach totalitarnych, natomiast w klasycznym autorytaryzmie było mocno ograniczone, na przykład w sanacyjnej Polsce – do Ukraińców i agentów komunistycznych walczących metodami terrorystycznymi z państwem polskim. Faszyści i naziści wprawnie posługiwali się ideologią i propagandą, które są jednymi z głównych wyznaczników systemów totalitarnych. Warto podkreślić, że z chwilą, gdy system autorytarny zaczynał posługiwać się ideologią, nieuchronnie zbliżał się do faszyzmu. Przykładem jest reżim Engelberta Dollfussa i Kurta Schuschnigga, istniejący w latach 1933-1938 w Austrii, określany jako austro-faszyzm. Włoski faszyzm, który Hannah Arendt zaliczyła do klasycznych tyranii, ze względu na ideologię przekroczył granicę totalitaryzmu, chociaż w łagodniejszej wersji.

Gdula utrzymuje, że współczesny autorytaryzm korzysta z demokratycznego imaginarium i poszukuje uprawomocnienia przez szeroką mobilizację i głosowanie. Autor pociesza się przy tym, że stanowi to rodzaj ograniczenia dla rządów neoautorytarnych liderów. Zapomina, że w systemach niedemokratycznych wybory nie są żadnym ograniczeniem czy przeszkodą tylko parawanem, zasłaniającym fałszerstwa, manipulacje, uciszanie opozycji lub jej eliminację, jak to się dzieje w Rosji Putina czy w Turcji Erdogana. A osiągnięte w ten sposób „zwycięstwa” wyborcze służą do legitymizacji władzy. W czasach panowania tzw. realnego socjalizmu w Europie środkowo-wschodniej również odbywały się regularnie tzw. wybory. O ich przebiegu i wyniku decydowała jednak partia i pierwszy sekretarz, który sprawował niepodzielnie władzę, nie ponosząc formalnie żadnej odpowiedzialności.

Nie można też zapominać, że wodzowie faszystowscy i nazistowscy wykorzystywali na początku swoich rządów struktury państwa początkowo demokratycznego później autorytarnego do gruntowania władzy totalnej. Tak postąpił Benito Mussolini, który został w październiku 1922 roku premierem w wyniku marszu czarnych koszul na Rzym. Później mozolnie utrwalał władzę, wykorzystując mechanizmy parlamentarne do ograniczenia demokracji i praworządności, aż wreszcie 1 stycznia 1925 roku ogłosił triumfalnie początek faszyzmu. Adolfowi Hitlerowi do przejścia od autorytaryzmu do totalitaryzmu wystarczył tylko niecały rok (od grudnia 1932 do listopada 1933 r.).

Ważne pytanie, którego Gdula niestety nie zadał, brzmi: czy w przypadku PiS neoautorytaryzm jest celem, czy etapem pośrednim? Niepokojące jest to, że niedemokratyczny system budowany przez PiS w Polsce w wielu elementach odbiega już od klasycznego autorytarnego wzorca. Widzą i czują to dobrze wszyscy ci, którzy żyli w PRL; był on cały czas totalitarny, chociaż przechodził różne fazy społeczno-polityczne (uzasadniła to przekonywująca prof. Świda-Ziemba). Ich nie można oszukać fałszywym antykomunizmem. Mowa nienawiści i pogardy lansowana przez PiS przypomina totalitarną nowomowę z odwracaniem znaczeń podstawowych słów, propaganda prowadzona przez partyjne (tzw. publiczne) media w niczym już nie ustępuje faszystowskiej i komunistycznej machinie kłamstwa. Konsekwentnie budowana jest jednolita scentralizowana władza państwowa, eliminująca samorząd, coraz powszechniej stosowane są metody walki z opozycją rodem z PRL. Pisowska nomenklatura zatacza coraz szersze kręgi. Lada moment sądy będą w pełnej dyspozycji partii rządzącej. Pozycja Kaczyńskiego przypomina status pierwszego sekretarza partii komunistycznej. Kaczyńskiemu nie chodzi wyłącznie o władzę, lecz o coś więcej – o polską duszę we wszystkich jej wymiarach. To partia określa, co wolno, a czego nie wolno poddanym, bo już nie obywatelom. PiS sięga coraz głębiej w życie ludzi, w edukację, w kulturę, w sposób spędzania wolnego czasu, w świadomość historyczną, w moralność. Mnożą się zakazy i nakazy. Nie brakuje też elementów ideologii – wyjątkowo podłej jakości mieszanki katolicko-nacjonalistyczno-rasistowskiej, w wersji najbardziej skrajnej okraszonej nawet symbolami nazistowskimi, sączącej się z mediów, propagowanej w szkołach i w dyskursie publicznym. PiS tworzy świat nie dla wolnych ludzi, dzikich zwierząt czy pierwotnych lasów tylko dla pokornych poddanych, zwierząt hodowlanych i lasów przemysłowych.

Trudno oprzeć się wrażeniu, że w Polsce budowany jest system, „w którym rządzący – stanowiąc wyłączny, niekontrolowany ośrodek decyzyjny – stoją na straży jednolitych reguł obejmujących całokształt życia społecznego, reguł podtrzymywanych siłą przez aparat przemocy”. W totalitarnym modelu prof. Świdy-Ziemby rządzący są strażnikami określonego scenariusza, lecz z różnych względów mogą od niego w różnym zakresie arbitralnie odstępować, zwłaszcza gdy społeczeństwo w coraz większym stopniu potulnie i dobrowolnie przyjmuje nowe reguły życia. W przypadku PiS nieukończenie dotąd scenariusza zaprojektowanego przez Kaczyńskiego wynika z różnych czynników, m.in. z krótkotrwałości panowania, nieudolności i braku wyobraźni władzy, oporu społeczeństwa, lecz także nacisku politycznego wywieranego od czasu do czasu z zagranicy, zwłaszcza przez Stany Zjednoczone (złagodzenie ustawy o IPN). Tym niemniej sieć pisowskiego scenariusza, jeszcze dziurawa i niekompletna, została zarzucona na Polskę.

Przytoczone powyżej analogie z przeszłości występujące w pisowskiej Polsce nie mogą dziwić. Wprowadzana przez PiS zmiana, z pewnością nie mająca nic wspólnego z dobrą, ma charakter nie rewolucyjny, realizujący jakieś nowe, choćby utopijne ideały, tylko kontrrewolucyjny, sięgający w przeszłość, i w tę bliższą, komunistyczną, i w tę dalszą, endecką z II Rzeczpospolitej. Czy się to komuś podoba, czy nie, jest to instrumentarium neototalitarne: instytucjonalnie peerelowskie (komunistyczne), ideologicznie neoendeckie. Przedwojenna endecja, zafascynowana włoskim faszyzmem, nie dostarczyła bowiem współczesnym polskim nacjonalistom i rasistom instytucjonalnych wzorców do naśladowania, bo Piłsudski zamachem w maju 1926 roku nie pozwolił jej rozwinąć faszystowskich skrzydeł, m.in. rozwiązując Obóz Wielkiej Polski i Obóz Narodowo-Radykalny.

Można się obawiać, że PiS nie zawaha się, gdyby to było ceną dalszego utrzymania się przy władzy, przed zwiększeniem przymusu w celu skłonienia ludzi do przestrzegania niedemokratycznego scenariusza. Kaczyzm, kaczyści? To brzmi śmiesznie. Ale czy groteskowy gangster jest przez to mniej niebezpieczny? Jak mantrę trzeba powtarzać: przy PiS rozważać trzeba wyłącznie najbardziej pesymistyczne scenariusze.

Wybór dalszej drogi dla Polski powinien być dokonany przez Polaków spośród wszystkich demokratycznych opcji, a nie wyłącznie lewicowej, jak sugeruje Maciej Gdula i tzw. symetryści. Jeśli interes osobisty i partyjny ponownie przeważy nad zdrowym rozsądkiem i polską racją stanu, lasciate ogni speranza. Polską zawładną do końca „figury o typie bolszewicko-narodowym” (określenie Piłsudskiego).