Aretha Franklin była kimś w rodzaju osoby-instytucji, która we wciąż niezintegrowanych rasowo Stanach Zjednoczonych jednoczy przy muzyce ludzi rozmaitych wyznań i kolorów skóry.

Spory wokół Nobla dla Dylana, a raczej wyjaśnienia ekspertów, dlaczego te spory nad Wisłą wybuchły, uświadomiły mi rzecz paradoksalną. Otóż Stany Zjednoczone stały się – chyba dopiero po II wojnie – polskim mitem, zlokalizowanym geograficznie doczesnym rajem, gdzie wszystko było najlepsze, najnowocześniejsze, najbardziej kolorowe. Wyjaśnienie, że jakaś rzecz jest „amerykańska” (w moim pokoleniu ironicznie dokładało się niekiedy nagłosowe „h”: „hamerykańska”), lokowało od razu tę rzecz w rejestrze wspaniałości, niedostępnych dla zwykłych śmiertelników. Hamerykańskie krążowniki szos i drapacze chmur, hamerykańskie filmy, hamerykańskie lodówki – wszystko to stanowiło coś w rodzaju świeckich epifanii.

Ale z drugiej strony (i na tym właśnie polega wspomniany paradoks) znajomość realiów USA i to nie tylko społecznych czy gospodarczych, ale i kulturowych, była wbrew pozorom dość skromna. Pochodziła przede wszystkim ze sprowadzanych (czasem) seriali telewizyjnych i rozrywkowej produkcji Hollywoodu, plus to, co Willis Conover zdążał napomknąć o historycznym kontekście nagrań jazzowych, emitowanych na antenie kultowej stacji „Voice of America”. I to jest objaśnienie skromnej popularności w Polsce Boba Dylana, którego twórczość zanurzona jest w nieznanej nam kulturze Stanów Zjednoczonych, pełna nieczytelnych tutaj odniesień, przywołująca niepoznane przez nas tradycje. Pewien amerykanista, zagadnięty o żywo dyskutowaną dwa lata temu kwestię, dlaczego Dylan, a nie Cohen, odparł: „Po tamtej stronie Atlantyku nikt o zdrowych zmysłach ich nie zestawia. To Dylan jest wykwitem tamtejszej kultury, nie Cohen, mający w sobie smutek wschodnioeuropejskiego sztetla i dlatego właśnie w Polsce rozumiany znacznie lepiej, jako swojak”.

Przypominam tę sprawę, bo w nieco tylko łagodniejszej formie owa słaba znajomość wielu aspektów kultury USA dała o sobie znać w związku ze śmiercią Arethy Franklin. Oczywiście, że każdy i każda, kto choć trochę interesuje się muzyką pop, znał jej nazwisko, a może nawet był w stanie wymienić tytuły kilku przebojów: „Respect”, „I Say a Little Prayer” oraz „(You Make Me Feel Like) A Natural Woman”. Ale z naszej perspektywy nie jest chyba łatwo zrozumieć, na czym polegała gafa Beyoncé, kiedy mianem „królowej” określiła Tinę Turner, za co skarciła ją w internecie Aretha (bo królowa może być tylko jedna, Aretha mianowicie). To Tina Turner reprezentuje w naszych oczach wielką tradycję czarnej muzyki amerykańskiej (choć mało kto pamięta, że gdy śpiewała w Warszawie na początku lat 80., była u nas tak słabo znana, że na Torwarze, gdzie koncertowała, pozostało sporo wolnych miejsc). Aretha Franklin? „Tak, była taka piosenkarka, wystąpiła w «Blues Brothers» i nagrała teledysk z Georgem Michaelem…”. Trochę przesadzam i nie uwzględniam oczywiście rodzimych miłośników muzyki soul, ale ile ich jest nad Wisłą?

Aretha należała do pokolenia, które miało zrealizować słowa Kinga „I have a dream…”

Tymczasem Aretha Franklin była w USA rzeczywiście postacią ikoniczną i to nie tylko z powodu niepowtarzalnego głosu o sporej skali (zaśpiewała kiedyś arię „Nessun dorma” z opery Pucciniego „Turandot”, na co nie każda gwiazda popu mogłaby się porwać), głosu w najczęściej używanym rejestrze – matowego, „czarnego”, w wyższych rejestrach jasnego, niebywale ekspresyjnego. Jej ojciec był pastorem i wędrownym kaznodzieją, obrońcą praw człowieka, współpracownikiem i przyjacielem Martina Luthera Kinga. Karierę jego córki warto widzieć na tle przemian politycznych i obyczajowych, jakie przeorały kraj w połowie lat sześćdziesiątych: Aretha należała do pokolenia, które miało zrealizować słowa Kinga „I have a dream…”. Jej życie osobiste było przy tym pełne dramatów charakterystycznych dla czasów, które (daj Boże) się kończą: szokująco wczesna pierwsza ciąża (dwunastolatki!), dwa nieszczęśliwe małżeństwa, pełne męskiej przemocy, stopniowe osiąganie przez kobietę wolności, prawa do samostanowienia, poczucia własnej wartości. Pewnie dlatego piosenki, których wersji oryginalnych nie odczytywano w kluczu politycznym, jej wykonania przeobrażały w manifesty spraw równouprawnienia kobiet czy Afroamerykanów – jak wspomniany już „Szacunek”, czyli „Respect”:

Szacunek,
odkryj, co znaczy to dla mnie.
Szacunek,
okaż mi go, okaż mi go, okaż mi go.

Kiedy na inauguracji prezydentury Baraka Obamy Aretha Franklin zaśpiewała „Dzięki tobie czuję się jak prawdziwa kobieta”, a wzruszony prezydent ocierał łzy, była to scena, której sens znacznie wykraczał poza kwestię upodobań muzycznych polityka.

Aretha Franklin należała do epoki, która nie wiązała jeszcze wykonawców z utworami napisanymi specjalnie dla nich, stąd w jej repertuarze tyle – jakbyśmy dziś powiedzieli – coverów, z genialnym wykonaniem „I Say A Little Prayer”, utworu wcześniej zarejestrowanego (równie świetnie) przez przyjaciółkę wokalistki, Dionne Warwick, „Jumpin’ Jack Flash” z repertuaru Rolling Stonesów, czy „I’m in Love”, piosenki znanej z wersji Wilsona Picketta. Zresztą i „Respect” wokalistka przejęła od Otisa Reddinga. W naturalny sposób przekraczała granice międzygatunkowe, dla publiczności europejskiej raczej nieprzekraczalne: śpiewała soul, rhythm and blues, rock and roll, pop, a także jazz (przepadam za jej wersją „Lover, Come Back to Me”).

Jej kariera trwała przez ponad pół wieku, od niezarejestrowanych jeszcze wykonań pieśni gospel podczas nabożeństw, odprawianych przez ojca w latach pięćdziesiątych, aż po ostatni publiczny występ na gali dwudziestopięciolecia Elton John AIDS Foundation (fundacji pomagającej dzieciom chorych na AIDS) w listopadzie 2017 roku.

Wybitne wokalistki mają to do siebie, że potrafią przekazać niebywale poruszające treści, śpiewając teksty, które same w sobie zdają się znaczyć nie tak wiele

Jakkolwiek nie ma wątpliwości, że szczytem jej kariery był okres między połową lat sześćdziesiątych, gdy okrzyknięto ją „Królową soulu” a rokiem 1980, to także po tej dacie Amerykanie nie zapomnieli o jej istnieniu. Cissy Houston, znakomita wokalistka i matka Whitney (której Aretha, „Ciocia Ree”, była matką chrzestną), zaczynała u boku Franklin, śpiewając chórki. Udział Arethy Franklin w nagraniach innych artystów był ich nobilitacją, podobnie jak sięgnięcie przez nią po piosenki z ich repertuaru. Była kimś takim, jak wcześniej Ella Fitzgerald, nie w sensie umiejętności wokalnych (poczucie swingu Elli i jej legendarny słuch absolutny pewnie długo nie da się porównać z nikim), ale w sensie osoby-instytucji, która we wciąż niezintegrowanych rasowo Stanach Zjednoczonych – Miles Davis jeszcze pod koniec życia mówił bez ogródek, że stanowią one państwo… faszystowskie – jednoczy przy muzyce ludzi rozmaitych wyznań i kolorów skóry. Chciałem napisać, że także rozmaitych poglądów, ale jako zdeklarowana zwolenniczka Partii Demokratycznej nie była może aż tak lubiana przez Republikanów…

Wybitne wokalistki mają to do siebie, że potrafią przekazać niebywale poruszające treści, śpiewając teksty, które same w sobie zdają się znaczyć nie tak wiele (wokalistki nawet o dużym głosie, ale pozbawione je ne sais qoi, jak mówią Francuzi, jakiegoś wewnętrznego wymiaru, potrafią dla odmiany zbanalizować teksty najgłębsze). Słowa jednej ze słynnych pieśni Arethy, „Chain of Fools”, to po polsku zaledwie tyle:

Łańcuszek, łańcuszek, łańcuszek…
Łańcuszek idiotek.

Przez pięć długich lat
Myślałam, że jesteś moim mężczyzną.
Ale odkryłam,
Że jestem tylko ogniwem w twoim łańcuszku.

Miałeś mnie, kiedy zechciałeś.
Ale byłam tylko idiotką.
Źle mnie traktowałeś.
Traktowałeś mnie okrutnie.

A teraz niech Państwo posłuchają, co Aretha Franklin potrafiła z tego wydobyć…