Dzieje wojny 1920 roku są dużo bardziej niejednoznaczne niż głosi obecna polityka historyczna. Za mało mówi się dziś o ogromnym wkładzie w zwycięstwo chłopów, robotników i mniejszości.

„Cud na Wisłą” przedstawia się w dzisiejszej polityce historycznej jako wielką wiktorię młodej II Rzeczpospolitej. Jest świadectwem siły naszego ducha i oręża nad naporem zewnętrznych sił zła, które i dzisiaj ma w swoisty sposób egzorcyzmować wielka defilada wojskowa na ulicach stolicy. Rzadko pamięta się jednak, że w lecie 1920 roku Polska była krajem wymykającym się jednoznacznym ocenom, a bohaterowie ówczesnej wojny nie zawsze odpowiadali lansowanym dzisiaj stereotypom.

Narracja, a nawet poetyka ukazująca Polskę jako mesjański byt bez skazy, który wielokrotnie ratował Europę przed zagładą, a w zamian spotykały go niewdzięczność i obojętność świata, jest bardzo częstym motywem wystąpień publicznych liderów obozu rządzącego.

Pamiętamy ubiegłoroczne wystąpienie Antoniego Macierewicza, poprzedniego ministra obrony, z okazji 1 sierpnia, który ocenił, że powstanie warszawskie „zatrzymało ekspansję sowiecką w Europie”. Ten sam szef MON rok wcześniej ocenił, że nasz kraj miał dwukrotnie wielką szansę na odbudowę niepodległości: po zwycięstwie w bitwie warszawskiej oraz po szczycie NATO w 2016 roku, gdzie uzyskano obietnice stałej obecności wojsk USA w Polsce.

Przy okazji rocznicowych przemówień, politycy lub goszczący w mediach historycy zazwyczaj mówią, że pomimo szeregu obiektywnych trudności i konfliktów politycznych, Polacy w 1920 roku stanęli na wysokości zadania i zjednoczeni odparli agresję ze Wschodu, grożącą unicestwieniem Starego Kontynentu. Taka optyka nie jest całkowicie chybiona. Zastanawia jednak postępujący od lat proces mitologicznej idealizacji ówczesnej Polski, w którym nie zauważa się dwóch zasadniczych czynników. Po pierwsze, że była to Polska bardzo odmienna ideowo i kulturowo od Polski współczesnej. Po drugie – iż nie był to kraj wolny od błędów i ciemnych kart.

Zapomniani chłopi i robotnicy

W rocznicowych wydarzeniach z 15 sierpnia rzadko dzisiaj pamięta się o roli chłopów – najliczniejszej warstwie społecznej w odradzającej się II Rzeczpospolitej. Według różnych szacunków, stanowili oni od 70 do 80 proc. żołnierzy młodego Wojska Polskiego walczącego w wojnie 1920 roku. Święto Czynu Chłopskiego, reaktywowane w 1990 roku obchodzi obecnie w zasadzie tylko jedno ugrupowanie polityczne, identyfikujące się z tradycją chłopską.

Kolejną grupą społeczną zasilającą szeregi armii w 1920 roku byli robotnicy. Ów „sojusz robotniczo-włościański” stanowił też podstawę dość postępowego jak na ówczesną normę europejską koalicyjnego Rządu Obrony Narodowej. W lipcu 1920 roku Naczelnik Państwa Józef Piłsudski powierzył kierowanie rządem Wincentemu Witosowi, prezesowi PSL „Piast”. Partia Witosa, jak też bardziej radykalne stronnictwo chłopskie – PSL „Wyzwolenie” oraz Polska Partia Socjalistyczna (jej przywódca, Ignacy Daszyński był wicepremierem) stanowiły zasadniczy trzon rządu. Nie był on zresztą gabinetem bez oparcia w ówczesnym parlamencie: obydwa stronnictwa chłopskie oraz PPS zdobyły w wyborach do Sejmu Ustawodawczego w 1919 roku, pierwszego porozbiorowego parlamentu, ponad 36 proc. głosów.

II Rzeczpospolita w osobliwy sposób podziękowała Witosowi, chłopom i działaczom lewicy za wysiłek w 1920 roku

Gdy w lutym 1919 roku Witos przemawiał w nowym Sejmie, podkreślił: „Polska będzie potężna, gdy się oprze na masach ludowych. Dlatego w naszych pracach konstytucyjnych budować będziemy państwo polskie jako Rzeczpospolitą Ludową, z wybieralnym prezydentem na czele, z Sejmem jednoizbowym jako dzierżycielem suwerenności i ludowładztwa, wybranym na podstawie powszechnego, równego, tajnego i proporcjonalnego prawa głosowania. W państwie polskim zniknąć muszą wszystkie przywileje, a masy ludowe, wśród których jest jeszcze wiele nieufności, muszą odczuć, że mają swoją ojczyznę”.

Późniejsza II Rzeczpospolita, szczególnie po nabraniu cech autorytarnych lub wręcz totalistycznych, w osobliwy sposób podziękowała Witosowi, chłopom i działaczom lewicy za wysiłek w 1920 roku. Odwdzięczyła się procesem brzeskim, koniecznością emigracji przywódcy ludowców do Czechosłowacji, krwawą pacyfikacją strajków chłopskich w 1937 roku, coraz mniej demokratycznymi wyborami oraz obozem w Berezie Kartuskiej. Wszystkie te wydarzenia stanowią do dzisiaj groźne memento, jak łatwo Polacy zapominali o wspólnocie państwotwórczej i zasługach w jej odbudowie ze strony współrodaków.

Pomijane mniejszości

Równie niewiele mówi się przy okazji rocznic „Cudu nad Wisłą” o wkładzie w zwycięstwo mniejszości narodowych – stanowiących blisko 30 proc. ludności II RP – oraz religijnych. Niestety, w przypadku wielu z nich młode państwo nie potrafiło docenić lojalności i oddania, ulegając bolesnym stereotypom. Szczególnie dotyczy to osób pochodzenia żydowskiego. Dzień po zwrocie w walkach na Mazowszu, 16 sierpnia 1920 roku, minister spraw wojskowych Kazimierz Sosnkowski nieoczekiwanie wydał nakaz internowania wszystkich oficerów i żołnierzy narodowości żydowskiej, którzy sami zgłosili się na front. Umieszczono ich (blisko 17 tys. osób) w obozie internowania w Jabłonnie. Protestował wicepremier Daszyński i cześć ministrów, dzięki czemu już we wrześniu 1920 roku wypuszczono internowanych. Olbrzymi niesmak jednak pozostał, a Sosnkowski z trudem ukrywał, że chodzi o coś innego niż o obawy przed brakiem lojalności Żydów. Dzisiaj o tym fakcie pamiętają głównie badacze z Żydowskiego Instytutu Historycznego.

Nieczęsto wspomina się, jak duża liczba prawosławnych i grekokatolików służyła w walczącej po polskiej stronie Litewsko-Białoruskiej Dywizji Piechoty (służyło w niej ponad 2400 Białorusinów), jak również w sprzymierzonych z Warszawą oddziałach Ukraińskiej Armii Ludowej atamana Semena Petlury (mogącej pochwalić się największą liczbą prawosławnych kapelanów) oraz Armii Ochotniczej niezwykle barwnego generała Stanisława Bułak-Bałachowicza. Rzadko pamiętamy o postaci Józefa Kiedronia (1879-1932) – luteranina, wielkiego patrioty polskiego i śląskiego, działacza społecznego na Śląsku Cieszyńskim oraz ministra przemysłu i handlu w rządzie Władysława Grabskiego. Latem 1920 roku losy rzuciły go do Warszawy, kierował tam budową fortyfikacji na Pradze.

W przypadku mniejszości narodowych stanowiących blisko 30 proc. ludności II RP młode państwo nie potrafiło docenić ich lojalności i oddania, ulegając bolesnym stereotypom

Każdy niemal zna postać ks. Ignacego Skorupki, ale bardzo rzadko słyszymy w przestrzeni publicznej o kapelanach i duchownych innych Kościołów chrześcijańskich w wojnie 1920 roku. Wciąż mało znane są takie postacie jak prawosławny kapelan płk Julian Klimowicz, inspektor artylerii Dowództwa Okręgu Generalnego Lublin. W czasie wojny 1920 roku pierwsze duszpasterstwa prawosławne WP powstały przy Dowództwach Okręgów Generalnych w Lublinie, Grodnie i Lwowie, a od 1921 roku – przy DOG Białystok. Jeszcze wcześniej, we wrześniu 1919 roku Piłsudski mianował naczelnym prawosławnym kapelanem WP o. Bazylego Martysza. Jego losy potoczyły się szczególnie tragicznie: w maju 1945 roku został zamordowany przez oddział polskiego podziemia. Dzisiaj, kanonizowany przez Polską Autokefaliczną Cerkiew Prawosławną, jest zaliczany do grona świętych męczenników chełmskich i podlaskich.

Zupełnie zapomniana jest również rola mariawitów podczas gorącego lata 1920 roku. W duchowej stolicy tego wyznania – Płocku, gdzie znajduje się Świątynia Miłosierdzia i Miłości, mariawickie zakonnice i kobiety świeckie szyły i dostarczały bieliznę oraz pościel do szpitala wojskowego prowadzonego przez Służbę Narodową Kobiet Polskich. Grzegorz Gołębiewski w pracy „Obrona Płocka przed oddziałami bolszewickimi 18-19 sierpnia 1920 r.” wspomina: „Na klasztor mariawicki napadli (żołnierze Armii Czerwonej – przyp. ŁK) w czasie odprawiania nabożeństwa. Jak relacjonował potem ks. prefekt Filip Feldman wobec groźby użycia broni, duchowni spod ołtarza musieli przyjść do drzwi wejściowych, gdzie (…) przeklinając i bluźniąc zrewidowali oni biskupa mariawickiego księdza Kowalskiego, jego koadiutora księdza biskupa Próchniewskiego i księdza prefekta Filipa Feldmana (…). Ks. F. Feldmana kozacy wyprowadzili z kościoła i kazali wskazać mieszkania polskich oficerów, a wobec odmowy, grozili mu zastrzeleniem. Zwolnili go dopiero na polecenie napotkanego dowódcy. Przez całą noc klasztor był kilkukrotnie nachodzony przez grupy pijanych żołnierzy, plądrujących pomieszczenia. Jak dalej zeznawał ks. F. Feldman «W nocy dwa razy napadnięto na klasztor. Siostry wszystkie przez całą noc były zgromadzone w świątyni na modlitwie. W gmachu klasztornym pozostały tylko dzieci z internatu z księdzem prefektem. Pijane kozactwo domagało się sióstr do zniesławienia, lecz płacz dzieci i prośby księdza odniosły ten skutek, że zaniechali swego zamiaru»”. Ten sam autor zwraca uwagę, że zaledwie pięć lat po tych wydarzeniach, w Płocku ukazał się pamflet, kolportowany przez kilka środowisk politycznych, który zupełnie fałszywie zarzucał płockim mariawitom witanie żołnierzy bolszewickich chlebem i solą i wspólne ucztowanie.

Dzieje wojny 1920 roku są jak widać z powyższych przykładów dużo bardziej niejednoznaczne niż głosi dzisiejsza polityka historyczna. Warto, abyśmy w kolejną rocznicę „Cudu nad Wisłą” pamiętali także o tych, którzy stanowią dla nas swoisty wyrzut sumienia. Dla których coraz częściej brakuje miejsca wśród rozbudowanych i monumentalnych obchodów rocznicowych, stanowiących pretekst do uprawiania bieżącej polityki. Taka pamięć nie neguje roli większości, ani też nie stanowi formy osławionej „pedagogiki wstydu”. Jest tylko dowodem, że historia to złożony, ciekawy i wielobarwny fresk, w którym jest miejsce na martyrologię, zadumę, ale i krytyczne myślenie.