Kult własnej siły, kult własnych zdolności, kult ludzkiej woli – to tropy prowadzące do pozbawienia się wiarygodnej świętości. Aby się tego wystrzegać, należy posiąść zdolność słuchania Boga i drugiego człowieka.

W postchrześcijańskim świecie – w którym dominują odchodzenie od instytucjonalnej religii chrześcijańskiej i anonimowe chrześcijaństwo – zagadnienie świętości zdaje się w ogóle trącić myszką. Być może z tych powodów opublikowana niedawno przez papieża Franciszka adhortacja „Gaudete et exsultate” poświęcona tej tematyce nie odbiła się tak szerokim echem jak inne jego dokumenty.

Zdecydowanie warto jednak ją czytać. Papież pokazuje bowiem, że nie tylko postmodernizm ze swoim relatywizmem zagraża świętości. Jej wrogów należy szukać również bliżej. Papież Franciszek uważa, że są nimi idee gnostycyzmu i neopelagianizmu subtelnie ukryte wśród wyznawców Chrystusa.

Nie dzięki własnym siłom

Zanim jednak spojrzymy w oczy wrogom świętości, przeczytajmy do czego zaprasza nas papież. Konsekwencją Franciszkowego „zejścia z kanapy” wygodnego życia w Kościele jest wejście na drogę świętości – i jest to projekt osiągalny. To wezwanie skierowane jest najpierw do ludu Pierwszego Wybrania, a później do każdego z nas: „Świętymi bądźcie, bo ja jestem Święty” (Pwt 11, 44; 1 Pt 1,16). W podobnych słowach Jezus zwraca się do swoich uczniów: „bądźcie doskonałymi, jak doskonały jest wasz Ojciec niebieski”.

Po drugie, w dokumentach Vaticanum II mowa jest o wezwaniu wszystkich wiernych do doskonałej świętości, niezależnie od ich kondycji i osobistego powołania. Jeśli zatem, przez wzgląd na nasze ograniczenia, wątpimy w możliwość realizacji projektu pod tytułem „świętość”, to trzeba wziąć pod uwagę fakt, że skoro sam Bóg nas do tego wzywa, to jest to projekt pozostający w naszym zasięgu – chociaż nie osiąga się go o własnych siłach. Przecież Bóg znający nasze serca i ludzką kondycję nie złożyłby nam na ramiona ciężarów, których nie moglibyśmy unieść. Równocześnie ten sam Bóg przychodzi z pomocą naszej słabości, czyniąc wiele zadań lżejszymi.

Na ogół jednak świętość kojarzy nam się właśnie z ciężarami, wyrzeczeniami, ascezą i wchodzeniem na wyśrubowane przez wielkich mistyków normy życia duchowego. Intelektualiści będą może pojmowali świętość jako stan duchowej i umysłowej apatei[1]. Oczywiście, te manifestacje świętości nie są bezwartościowe, ale papież Franciszek wskazuje na bardziej podstawowy wymiar świętości, który wcale nie jest teoretyczny.

Dla papieża świętość jest „projektem” ściśle chrystocentrycznym i wydaje się, że pozostaje to absolutnie kluczowe dla zidentyfikowania wrogów świętości. Świętość polega na „złączeniu się ze śmiercią i zmartwychwstaniem Pana w sposób wyjątkowy i osobisty” (GE 20). W tym punkcie Franciszek cytuje zresztą Benedykta XVI pisząc, że „miarą świętości jest to, jak wiele w naszym życiu jest Chrystusa”.

Konsekwencją Franciszkowego „zejścia z kanapy” wygodnego życia w Kościele jest wejście na drogę świętości – i jest to projekt osiągalny

Świętość to zatem nie rodzaj duchowej atletyki czy zerwanie ze światem, w jakim żyjemy na co dzień, lecz związanie się w wyjątkowo osobisty sposób z Jezusem, co z kolei skutkuje rozszyfrowaniem swojej misji w świecie jako związanej z misją Chrystusa i misją samego Boga. Być świętym to nic innego jak stać się na swój sposób „solą ziemi i światłem świata”. Papież Franciszek nalega, abyśmy pojmowali własne życie jako misję zaplanowaną przez samego Boga, w której można odzwierciedlić pewien wybrany przez nas aspekt Ewangelii. W konsekwencji jest to nic innego jak zachęta dla całego Kościoła, aby odnawiał się w świetle żywej Ewangelii Jezusa Chrystusa.

Świętym nie jest człowiek, który nie podlega grzechowi. W Księdze Przysłów czytamy: „bo prawy siedmiokroć upadnie i wstanie, a występni w nieszczęściu upadną” (Prz 24,16). Otóż w Biblii liczba siedem to liczba doskonała, pełna. Mowa jest więc tutaj o pełnej, dopełnionej liczbie upadków, ale również doskonałej liczbie powstań z grzechu. Zatem człowiek prawy to ktoś uczciwie wypełniający wszystkie przykazania, który mimo to, upadając w grzech – powstaje. Powstaje z grzechu zaś ten, to jest pokorny i uznaje, że świętości nie osiąga się dzięki własnym siłom, lecz dzięki pokorze i temu, co teologia nazywa „współpracą z łaską Bożą”. Autentyczną ścieżką do świętości jest pokora wobec Boga, siebie i ludzi.

Wiara zamknięta w subiektywizmie

Śmiem twierdzić, że dopiero ta perspektywa pozwala zrozumieć, o co chodzi papieżowi Franciszkowi, gdy mówi o wspomnianych wyżej subtelnych wrogach świętości – gnostycyzmie i neopelagianizmie. Definiuje je jako narcystyczny idealizm, nieinteresujący się Chrystusem i zwykłym człowiekiem (już wcześniej zwracał uwagę na te dwie starożytne herezje).

Rzecz jasna, pierwsze skojarzenie związane z gnostycyzmem to ezoteryczny system filozoficzny I w. po Chr., z jego nierzadko magiczną, pełną wewnętrznych sprzeczności duchowością. Teologowie i historycy, studiując zagadnienie gnostycyzmu, na ogół ograniczają się do odtwarzania owej, dość prymitywnej zresztą, dualistycznej wizji świata walczących ze sobą dobrych i złych duchów, wojny światła z ciemnością, batalii Boga z demiurgiem. Gnostycyzm ma jednak wiele odsłon.

To głęboko racjonalistyczna teoria, sięgająca różnorodnych, także chrześcijańskich korzeni, ograniczających możliwość zbawienia do kręgu ludzi oświeconych i szczególnie wybranych, a marginalizujących osoby proste i niewykształcone. O ile dobrze odczytujemy tę starożytną herezję (mimo wielu odkryć w tej dziedzinie, ciągle mało o niej wiemy), zdaniem gnostyków, tylko osoby osiągające wysoki poziom wiedzy ontologicznej mogą zostać uznane za godne udziału w życiu Bożym, podczas gdy reprezentanci pobożności ludowej byliby pozbawieni takiej możliwości.

Zdaniem papieża Franciszka gnostycyzm to coś innego niż wykopana z ruin Nag Hammadi starożytna koncepcja zbawienia dla wybranych. Gnostycyzm zakłada „wiarę zamkniętą w subiektywizmie, gdzie liczy się jedynie określone doświadczenie albo zbiór idei czy informacji, które – jak się sądzi – przynoszą otuchę i oświecenie, ale gdzie podmiot ostatecznie zostaje zamknięty w immanencji swojego własnego rozumu lub swoich uczuć” (GE 36).

Świętość to nie rodzaj duchowej atletyki czy zerwanie ze światem, lecz związanie się w wyjątkowo osobisty sposób z Jezusem

Moglibyśmy powiedzieć, już nie cytując papieża, że współczesny gnostycyzm promuje swoisty ersatz życia duchem Ewangelii. Gnostycyzm zadowala się czysto teoretycznym poznaniem Boga i religii, koncentruje się na podnoszeniu kwalifikacji naukowych, nie umożliwia jednak poznania Boga ewangelicznym prostaczkom. Gnostycyzm czci ludzki umysł, traktując go nie jako narzędzie dane przez Boga w celu porządkowania naszych procesów poznawczych i relacji międzyludzkich, lecz jako najwyższe, autonomiczne źródło poznania świata, a nawet Boga, Chrystusa i Kościoła.

Idąc tropem nauczania Jana Pawła II, papież Franciszek ostrzega przed pokusą rozwijania swoistego poczucia wyższości wobec innych wiernych, pojawiającego się u tych, którzy w Kościele mają możliwość otrzymania głębszej formacji. Często spotykamy przecież w nim swoisty kult formalnego wykształcenia, gdzie uznaje się siebie za wyżej stojącego od innych tylko z powodu pozycji akademickiej. W niektórych środowiskach katolickich chętnie wykorzystuje się osoby obdarzone tytułami naukowymi jako autorytety mające służyć tylko do tego, aby zamknąć usta przeciwnikom, być może mającym rację. Tytuł naukowy w tym wypadku ma być swoistą legitymacją racji.

Franciszek ostrzega przed iluzoryczną tęsknotą za stworzeniem monolitycznych systemów lub doktryn prowadzących do eliminacji prostoty przesłania Ewangelii. Prowadzi to do eliminacji z Kościoła ludzi myślących wprawdzie inaczej od pewnych „autorytetów”, niemniej pozostających całkowicie w zgodzie z żywą Ewangelią Jezusa. Papież daje wyraz przekonaniu Kościoła, że doktryna, chociażby najbardziej ugruntowana, podlega rozwojowi i nie można jej używać jako narzędzia do zamykania dialogu.

Wola bez pokory

Drugiego wroga świętości papież Franciszek określił zwięzłym nagłówkiem: „Wola bez pokory” (GE 44). Chodzi o pelagianizm biorący swoją nazwę od imienia brytyjskiego mnicha, Pelagiusza, którego zgorszyła modlitwa św. Augustyna „Daj to, co nakazujesz i nakazuj, co chcesz”[2]. Mnich oskarżył biskupa o sianie egzystencjalnego pesymizmu, twierdząc, że model świętości proponowany przez Augustyna kłócił się z wymaganiami Ewangelii i surowym kierownictwem duchowym.

Augustyn życzliwie ocenił Pelagiusza, uznając go za „męża świętego i chrześcijanina niemałej świętości”[3], co jednak nie przeszkodziło mu w identyfikacji nowej herezji skrywającej pychę pod maską ascezy. Zarówno Augustynowi, jak i Pelagiuszowi chodziło o to samo: poprzez świętość życia osiągnąć doskonałą visio beatifica – i obaj twierdzili, że jest to możliwe. Różniło ich niewiele – aczkolwiek okazało się to przepaścią, ponieważ Pelagiusz twierdził, że do osiągnięcia świętości wystarczy ludzka wola, zaś Augustyn uważał, że ludzka wola, bez wsparcia łaską Boga, nie może w zasadzie osiągnąć nic. I ten drugi pogląd stał się ortodoksyjną doktryną Kościoła.

Współczesny pelagianizm ukryty jest w sloganie pewnej kampanii prezydenckiej: „Yes, we can!” [Tak, uda nam się!] czy też swojsko brzmiące: „Damy radę!”. Jest on często – jak zauważa papież – ubrany w szaty pobożności, chętnie w słodkich słowach przywołującej Bożą pomoc. W rzeczywistości jednak neopelagianie zdradzają tendencje do odrzucania słabych i grzesznych, nie uwzględniając słabości ludzkiej woli.

Tego wroga świętości papież Franciszek zdaje się postrzegać w kręgach Kościoła reprezentujących szorstką, chłodną, pełną wymagań i srogą duchowość przybierającą pozę postawy przepełnionej modlitwą, a w rzeczywistości kultywującą martwe formy życia chrześcijańskiego. Pozwalam sobie dodać, że współczesna multiplikacja modlitw, wymyślanie coraz to nowych, niezawodnie skutecznych nowenn, przekonanie, że wzrost wiary i świętości zależy od „tradycyjnego” nabożeństwa wcale nie gwarantują sukcesu naszych ambicji. Pan Bóg uzdrawia nie dlatego, że wybudujemy więcej kościołów, przyczynimy się do materialnego bogactwa Kościoła albo staniemy w obronie starych form kultu. Bóg udziela swojej łaski i uzdrawia najpierw tych, którzy uznają, że „wszystko, co posiadają, należy do Jezusa” i że bez Niego nic nie możemy uczynić. Postawa taka wypływa z autentycznej szczerości serca i ducha, a nie ze słodkich kazań o łasce Bożej.

Franciszek daje wyraz przekonaniu Kościoła, że doktryna podlega rozwojowi i nie można jej używać jako narzędzia do zamykania dialogu

Dlaczego papież zwrócił uwagę właśnie na te dwie herezje? Klucz do odpowiedzi na to pytanie leży we wspomnianej chrystocentrycznej wizji powołania do świętości. W gruncie rzeczy obie herezje odrzucają chrystologiczny czynnik w rozwoju duchowości chrześcijańskiej, chociaż gorliwie wyznają Chrystusa.

W istocie większość herezji zaprzecza tajemnicy Wcielenia, co zauważył już św. Augustyn: „Gdybyśmy mieli przestudiować wszystkie herezje, to zauważymy, jak wszystkie przeczą, że Chrystus przyszedł w ciele. (…) Nie zaskakuje nas przecież, jeśli manichejczycy [tzn. gnostycy – przyp. WD] otwarcie zaprzeczają Wcieleniu Chrystusa. (…) A cóż mówi pan Pelagiusz? Wydaje się wyznawać Wcielenie Chrystusa, ale jeśli go dobrze przebadać, to temu przeczy. (…) [twierdzi bowiem, że wszyscy są równi Chrystusowi – przyp. WD]. (…) Jeśli jesteśmy równi, to czemu szukamy Chrystusa? (…) Ale muszę wyznać, że wszyscy źli katolicy również wyznają ustami, że Chrystus przyszedł w ciele, lecz przeczą temu swoimi czynami. Zatem w kwestii twojej wiary nie bądź zbyt pewny siebie i nie wywyższaj się. Połącz prawą wiarę z prawym życiem, tak abyś mógł uczciwie wyznawać, że Chrystus przyszedł w ciele”[4].

Jesteśmy usprawiedliwieni nie przez nasze wysiłki, lecz przez łaskę Boga – przypomina papież. Kult własnej siły, kult własnych zdolności, kult ludzkiej woli – to tropy prowadzące do pozbawienia się prawdziwej miłości, a w rezultacie pozbawienia się wiarygodnej świętości. Aby się tego wystrzegać, należy posiąść zdolność słuchania Boga i drugiego człowieka, szukać osobistej wolności wyrzeczenia się własnych nawyków, schematów – po to, by zobaczyć, że sam Bóg daje nam więcej niż sami sobie wymyśliliśmy (por/ GE 172).

Świętość rodzi się w pokornej postawie słuchania innych i słuchaniu Ducha Świętego mówiącego w nas i przez innych. I takie jest chyba główne przesłanie adhortacji „Gaudete et exsultate”.


[1] Zdaniem św. Augustyna i Ojców Kościoła, apateja to stan życia duchowego wyzbytego z emocji lub kontrolowaniu emocji i namiętności poprzez doskonale oczyszczony umysł. Zob. A.N. Williams, „Boski zmysł. Intelekt w teologii patrystycznej”, Cambridge 2007, tłum. W. Dawidowski, Kraków 2012, s. 158.
[2] Augustyn, „Wyznania”, 10.29 (PL 32,796).
[3] Augustyn, „O karach za grzechy i ich odpuszczeniu oraz o chrzcie dzieci”, 3.1.1.
[4] Augustyn, „Kazanie 183”, 9.12-13 (PL 38,994).