Po latach walki z własnymi wiatrakami Terry Gilliam spogląda na Don Kichota z czułością. W jego osobistym filmie to nie tyle obłąkany szlachcic, ale starzec o dobrym spojrzeniu, który nie godzi się na rzeczywistość.

Historia powstawania tego filmu to temat na osobny artykuł. Ograniczę się jedynie do kilku szczegółów. Terry Gilliam wpadł na pomysł ekranizacji słynnej powieści Miguela de Cervantesa w 1989 roku. Zbieranie funduszy zajęło mu dekadę i realizacja „Człowieka, który zabił Don Kichota” ruszyła w 2000 roku. Zdjęcia zostały jednak przerwane po tygodniu – między innymi przez warunki pogodowe, problemy budżetowe i chorobę głównego aktora. Reżyser „Przygód barona Munchausena” przez następne lata nie zrażał się niepowodzeniami. Teraz, po 29 latach, udało mu się wreszcie zrealizować swój upragniony projekt. Choćby tylko z tego powodu należą mu się oklaski.

W wersji, którą możemy oglądać na ekranie, Jeana Rocheforta (i następnie Johna Hurta, obu zmarłym aktorom film został zresztą dedykowany) w roli Don Kichota zastąpił Jonathan Pryce, a w kluczową postać Toby’ego wcielił się Adam Driver, zamiast Johnny’ego Deppa. Zrezygnowano z motywu podróży w czasie do XVII wieku, która miała być główną osią narracyjną produkcji z 2000 roku. Akcja „Człowieka, który zabił Don Kichota” rozgrywa się współcześnie. Toby (Driver), znudzony reżyser reklam, zostaje wysłany na plan filmowy do Hiszpanii. Odwiedza tam małą wioskę, w której przed laty kręcił swój film dyplomowy na podstawie powieści Cervantesa. Odkrywa, że stary szewc (Pryce), odtwórca głównej roli w jego produkcji, żyje w przekonaniu, że jest Don Kichotem.

Po latach czekania część widzów liczyła zapewne na arcydzieło. Najnowsze dokonanie Terry’ego Gilliama to film solidny, zawierający mnóstwo twórczej swobody i lekkości, pozbawiony hermetyzmu ostatnich filmów reżysera „Teorii wszystkiego”. Jednocześnie pozostaje nieco chaotyczny i przeładowany wielością motywów, przez co nie może równać się z najwybitniejszymi osiągnięciami twórcy „Dwunastu małp”.

Gilliam, choć nie próbuje – dzięki Bogu – dosłownie przenosić na ekran powieści Cervantesa, garściami czerpie z jej fabularnych rozwiązań. Oglądamy więc zabawne przekomarzanie się Don Kichota z Tobym, którego ten bierze za Sancho Pansę. Obserwujemy słynną walkę z wiatrakami, magiczną noc w gospodzie, Maurów ukrytych w stadzie owiec, walkę z Rycerzem Zwierciadeł, a nawet wyprawę na księżyc i – a jakże! – hiszpańską inkwizycję, której nikt się nie spodziewał. Pozornie wydaje się, że twórca „Bandytów czasu” nie reinterpretuje archetypu Don Kichota i jedynie pozwala sobie na uwspółcześnienie jego przygód.

„Człowiek, który zabił Don Kichota” okazuje się jednak dziełem mocno autobiograficznym, i to na kilku poziomach. Po pierwsze, reżyser snuje refleksje nad odpowiedzialnością twórcy, którego sztuka może determinować realne życie odbiorców. Alonso Kichana staje się w literackim pierwowzorze Don Kichotem po namiętnej lekturze romansów rycerskich. Dziś – jak sugeruje Gilliam – podobny wpływ na ludzi mogą mieć już nie książki, ale właśnie kino. „My, filmowcy, pojawiamy się w jakiejś społeczności, przejmujemy ją, budzimy w ludziach ekscytację, prowadzimy ich ścieżką marzeń, a potem zostawiamy. I nigdy nie spoglądamy wstecz” – tłumaczy. Jak przyznaje, doświadczył tego osobiście przy kręceniu filmu „Monty Python i Święty Graal”. Finalnie komicy wyjechali, pozostawiając rozbudzone marzenia mieszkańców szkockiej wioski, w której umieszczono plan zdjęciowy.

Po drugie, lata starań nad dokończeniem produkcji nadają jej wyraźnie osobisty rys. W dokumencie „Zagubiony w La Manchy” (2002) Gilliam wyznawał, że czuje się już stary, zaś Don Kichot ze swoimi obsesjami jest mu coraz bliższy. „Cała moja kariera to nic innego, jak nieustanne nietrafianie w punkt, ciągłe pomyłki” – mówił w 2009 roku. Po latach walki z własnymi wiatrakami czułość reżysera wobec bohatera Cervantesa widoczna jest jeszcze bardziej. Don Kichot z jego filmu to nie tyle podstarzały szlachcic, który popadł w obłęd, ale starzec o dobrym spojrzeniu, który nie zgodził się na rzeczywistość. Sama kreacja Pryce’a ma w sobie rys elegijny – pamiętny Sam z „Brazil” raz jeszcze pojawia się na planie filmu swojego przyjaciela. I raz jeszcze wypada wyśmienicie.

„Nigdy nie umiałem rozróżnić, gdzie kończy się kino, a zaczyna życie” – wyznaje Gilliam w jednym z wywiadów. Dochodzimy tu do sedna nie tylko „Człowieka, który zabił Don Kichota” i jego literackiej inspiracji, ale także całej filmografii najzdolniejszego reżysera wśród Monty Pythonów. Twórcę „Parnassusa” zawsze interesowała nie tyle czysta baśń, co napięcie między fantazją, a rzeczywistością. W przywołanym arcydziele „Brazil” Sam co noc ucieka przed totalitarnym systemem w sny, które ostatecznie okażą się jego jedynym wybawieniem. W rewelacyjnym „Fisher Kingu” Parry (brawurowy Robin Williams) po śmierci ukochanej popada w obłęd i poszukuje Świętego Graala, natomiast w barwnej opowieści z 1988 roku losy barona Munchausena (John Hurt) zacierają granicę między prawdą a iluzją. Don Kichot ze swoją obsesją bycia Rycerzem Posępnego Oblicza wydaje się być zatem idealnym bohaterem Gilliamowskiego uniwersum. Reżyser określa go mianem jednej z najważniejszych ikon kultury – „symbolem potęgi fantazji, przypomnieniem, że musimy sobie pozwalać na wielkie sny”.

Istotą przygód Rycerza Posępnego Oblicza nie są wcale jego zabawne zmagania z wiatrakami, o których uczniowie czytają w szkołach. Gilliam świetnie wyczuł, że „Don Kichot z La Manchy” (dwutomowa całość liczy ponad tysiąc stron!) to opowieść gorzka i brutalna. „Potyczki Don Kichota z rzeczywistością pozostają dojmująco ludzkie. I dzięki temu mogą inspirować” – przyznaje reżyser. Bohater Cervantesa nie zawsze wygrywa, często jest dotkliwie bity, a jego obłęd służy do bezdusznych mistyfikacji i psychicznego dręczenia (co znajduje odzwierciedlenie w filmowym epizodzie w pałacu). A mimo tego „zawsze wstaje i na nowo staje do walki. Ma w sobie coś z uporu Syzyfa”.

Dramat Don Kichota polega na tym, że fantazja musi przegrać z rzeczywistością, nie wytrzymuje kontaktu z pragmatycznym otoczeniem

Jak błyskotliwie zauważył Vladimir Nabokov w harvardzkich wykładach o Don Kichocie, XVII wiek to zresztą czas, w którym na tronie Hiszpanii zasiadał szalony król, strach budziła Święta Inkwizycja, zaś rozrywką społeczeństwa było wyśmiewanie się z inności. Rycerz Posępnego Oblicza, który pogrąża się w obłędzie, pozostaje znacznie bardziej ludzki niż napotykane postacie.

Twórca „Brazil” podejmuje ten trop. Rzeczywistość w jego najnowszym filmie – podobnie jak u Cervantesa – bywa przejaskrawiona, odbijają się w niej jednak niepokoje współczesności. Wśród barwnych przygód Rycerza bez trudu odszukamy oznaki lęku przed islamskim terroryzmem czy satyrę na Donalda Trumpa. Filmowy świat rzeczywisty jest znacznie bardziej absurdalny i paranoiczny niż ten wyobrażony przez starego szewca.

Ostatecznie dramat Don Kichota polega na tym, że fantazja musi przegrać z rzeczywistością. Jego szlachetne patrzenie na świat, tęsknota za wielkimi przygodami, księżniczkami i walką o sprawiedliwość, nie wytrzymują kontaktu z pragmatycznym otoczeniem. Mimo wszystko, jak podkreślał Nabokov, herbem bohatera Cervantesa „jest litość, sztandarem – piękno. Ucieleśnia on wszystko, co łagodne, zagubione, czyste, niesamolubne i wytworne”.

A co pozostaje nam? Uczynić z życia skecz i zawsze patrzeć na jego radosną stronę, jak chciał przed laty Terry Gilliam i jego sławni koledzy? W końcu, oryginalny reżyser uparcie powtarza że, „bez humoru i wyobraźni bylibyśmy trupami”, potrzebujemy więc „ludzi, którzy może są szaleni, lecz ich wersja świata jest piękniejsza od tej, w której żyjemy”. To dzięki nim nasza codzienność choć na chwilę wydaje się nieco mniej szara.