Domagamy się, aby nasze polskie doświadczenia były na Zachodzie traktowane jako wyjątkowe. Czy potrafimy jednak przyjąć za oczywiste zupełnie odmienne doświadczenie historyczne, społeczne i psychologiczne takich ludzi jak Waters?

Aparatura, która tydzień temu nagłaśniała koncert Rogera Watersa dawno już odpoczywa w chłodnym i zaciemnionym magazynie. Na temat przesłania przekazanego w Gdańsku przez byłego lidera byłego już Pink Floyd oraz wiekopomnego aktu nałożenia na jego, nomen omen pomnikową, posturę koszulki „Konstytucja” napisano już, co miano napisać. Z pewnością rację mają ci obserwatorzy, którzy zwracają uwagę, że stosunek do tego wydarzenia był prostą funkcją plemiennego podziału politycznego w naszym kraju.

Gdyby

Gdyby tylko elektroniczna lista nazwisk przywódców wyświetlona na ekranie podczas występów miała inny skład… W miejsce Viktora Orbana pojawiłby się Frans Timmermans. Zamiast Jarosława Kaczyńskiego – Grzegorz Schetyna. Recepa Erdoğana i Sebastiana Kurza zastąpiliby Jean-Claude Juncker i Emmanuel Macron, a Donalda Trumpa i Marine Le Pen – zbiorcze wyobrażenie zwolenników Europejskiego Trybunału Sprawiedliwości…

Wywiad z Watersem przeprowadziliby dziennikarze TVP tuż po głównym wydaniu „Wiadomości”. W wydaniach prawicowych tygodników otrzymalibyśmy bonusowe wydania „Is This the Life We Really Want?”, a we wstępniakach redaktorów naczelnych przeczytalibyśmy, jak to płyta „The Wall” profetycznie zapowiadała nadejście w Polsce „dobrej zmiany”, a „Another Brick in the Wall, Part 2” stanowiła wielki protest przeciwko posłaniu sześciolatków do szkół przez poprzednią koalicję rządzącą.

Próby portretowania Watersa jako wyjątkowego moralisty i mędrca świata rocka spalą szybko na panewce

Występujący w codziennych programach „mediów narodowych” satyrycy pokusiliby się o wykonanie „Wish You Were Here” na dwie gitary z kąśliwym, nowym tekstem stylizowanym na list bezradnego działacza wojewódzkiego PO do przewodniczącego Rady Europejskiej Donalda Tuska. Nie próżnowałaby zapewne inna stacja telewizyjna, w której wspólny all stars-band publicystów i polityków pokusiłby się o jeszcze bardziej freejazzową interpretację porywającej wokalizy Clare Torry z utworu „The Great Gig in the Sky” znajdującym się na słynnej „Ciemnej stronie Księżyca”.

Temperatura sporu dorównałaby temperaturze sierpniowego powietrza. Gdański oddział KOD urządziłby protest i jego aktywiści przyszliby na koncert ze stoperami w uszach. W gazetach sympatyzujących z opozycją znany profesor z Uniwersytetu Warszawskiego udzieliłby płomiennego wywiadu, w którym wszem i wobec oznajmiłby, że poparcie Watersa dla PiS to definitywny koniec „pokolenia ’68”, który paradoksalnie, ma miejsce w kolebce „Solidarności”. W jednym z dużych miast, mężczyzna w średnim wieku wchodziłby do każdego Empiku i z pewnie trzymanym w dłoni markerem umieszczałby na dostępnych płytach Watersa hasło „the rule of law”.

Geniusz i słabości

Wyobraźnia porażona upałem potrafi uwolnić strumienie fantazji, wróćmy więc do należnej powagi. Czy próbowaliśmy kiedyś zrozumieć Rogera Watersa? Można wzruszyć ramionami i uznać, że to przecież typowy przedstawiciel „lewackiej mentalności”, „poprawny politycznie stary hippis”, „oportunista i wielbiciel multi-kulti”, „wróg państw narodowych”, który nie rozumie przełomowych i odważnych, rewolucyjnych posunięć ekip rządzących dzisiaj w Warszawie, Budapeszcie lub Wiedniu.

Możemy napisać demaskatorski tekst o tym, jak to w czasie stanu wojennego drwił i atakował stojących przy Polakach „wielkich liderach wolnego świata, Ronalda Reagana i Margaret Thatcher” i zakończyć go wezwaniem pionu badawczego IPN do stanowczych działań.

Problem w tym, że każda z powyższych opinii, jak również próby portretowania Watersa jako wyjątkowego moralisty i mędrca świata rocka spalą szybko na panewce. To człowiek raczej wymykający się jednoznacznym ocenom, mający swoje genialne osiągnięcia, ale i normalne słabości. Często domagamy się, aby nasze polskie doświadczenia były na Zachodzie rozumiane, a nawet przyjmowane za oczywiste i wyjątkowe. Czy potrafimy jednak przyjąć za oczywiste zupełnie odmienne doświadczenie historyczne, społeczne i psychologiczne takich ludzi jak Waters?

„Naczelne Dowództwo zabrało mi tatę”

Watersa, a szczególnie jego publicznego wizerunku artystycznego w ostatnich trzech dekadach, nie zrozumiemy bez odwołania się do postaci jego ojca, Erica Fletchera Watersa (1914-1944), który łączył w sobie wiele sprzeczności. Waters senior przyszedł na świat w małej wsi Great Bookham w hrabstwie Surey. Jego ojcem był górnik dołowy i aktywny działacz labourzystowski. Eric F. Waters od młodości ciążył ku brytyjskim komunistom, ale jednocześnie był głęboko wierzącym chrześcijaninem należącym do Church of England i pacyfistą. Można wręcz powiedzieć, pozostał dość oryginalnym przedstawicielem skrajnej lewicy chrześcijańskiej, bliskim Dorothy Day.

Gdy w 1940 roku rozpoczął się hitlerowski „blitz” przeciwko Wielkiej Brytanii, Waters sr odmówił służby wojskowej z przyczyn religijno-moralnych. Został kierowcą wojskowej karetki. W miarę rozwoju sytuacji wojennej, zaczął jednak stopniowo rewidować swoje poglądy na służbę w armii i zgłosił się do wojska. Miejscem jego przeznaczenia stał się 8 Pułk Piechoty, nazywany dzisiaj Królewskimi Fizylierami (Royal Fusiliers), a podczas wojny – „Tygrysami”. Dosłużył się tam stopnia podporucznika, nazywanego w brytyjskiej tradycji „second lieutenant”. Eric Waters nie wrócił już z wojny – zginął w lutym 1944 w bitwie pod Anzio we Włoszech, gdy Roger miał zaledwie kilka miesięcy. Anzio to mały port w prowincji Lacjum, który w styczniu 1944 roku stał się miejscem alianckiego desantu nazywanego „Operacją Shingle”, mającej za zadanie obejście Linii Gustawa i otwarcie drogi na Rzym.

„I przyczółek w Anzio/ został utrzymany/ za cenę kilku setek ludzkich życiorysów/ (…) Ziemię skuwał mróz. gdy wyzwoliły ją «Tygrysy»/ i nikt nie przeżył z Kompanii «Z» Królewskich Fuzylierów./ Wszystkich tam pozostawiono/ większość z nich już martwych/ a resztę umierających/ I w ten sposób, Naczelne Dowództwo zabrało mi tatę” – śpiewał Waters w przejmującej i patetycznej pieśni „When the Tigers Broke Free” z towarzyszeniem orkiestry symfonicznej pod batutą Michaela Kamena, nagranej w 1982 roku.

Watersa nie zrozumiemy bez odwołania się do postaci jego ojca, Erica Fletchera Watersa, który zginął pod Anzio w 1944 roku

Artysta zaczął wręcz obsesyjnie eksplorować wątek śmierci ojca wraz z płytą „The Wall”, która ukazała się na Wyspach pod koniec 1979 roku, tuż po rewolucji punk-rocka. Jej liderzy kwestionowali w dużej w mierze działalność takich grup, jak właśnie Pink Floyd, zarzucając im sztuczność i inteligencką elitarność. Trudno powiedzieć, dlaczego wcześniej Waters milczał na temat swojego ojca. Być może wiązało się to z ogólnym zaostrzeniem sytuacji międzynarodowej na początku lat osiemdziesiątych, nową fazą zimnej wojny, a następnie, konfliktem o Falklandy, gdy w obronie dalekich wysp na Południowym Atlantyku rząd Jej Królewskiej Mości wysłał tysiące żołnierzy.

Inne wytłumaczenie może brać pod uwagę to, że co najmniej od czasów płyty „The Dark Side of the Moon” z 1973 roku, Waters wraz z kolegami, zyskujący status bogatych gwiazd rocka, poruszali w swoich utworach coraz bardziej poważne i jednoczesne ponure tematy: przemijanie i nieuchronną dyktaturę czasu, alienację i atomizację społeczną (której wcale nie zatrzymała rewolta 1968 roku pełna utopijnych haseł o pokoju i miłości). W końcu – coraz mocniejsze podziały klasowe pomiędzy elitami ideologicznymi, politycznymi i biznesowymi a zwykłymi ludźmi nie potrafiącymi odnaleźć się w chaosie „thin ice of modern life”.

Parafrazując słynną wypowiedź muzyków grupy The Clash, Waters nie stał się kolejną gwiazdą popu, która mogła śpiewać o tym, jak „poszła do swojej dziewczyny i nie zastała jej w domu”, ale starał się wręcz brać na swoje barki główne problemy egzystencjalne świata.

Bez martyrologii

W spojrzeniu Watersa na II wojnę światową i losy ojca nie ma tak bliskiej Polakom martyrologii i romantycznego mesjanizmu. W dalszej części utworu „When the Tigers Broke Free” muzyk wspomina: „I miły, stary dobry król Jerzy (Jerzy VI, ojciec i poprzednik obecnej królowej Elżbiety II, król w latach 1936-52 – przyp. ŁK)/ przysłał matce powiadomienie/ o tym, że ojciec zginął./ Z tego, co pamiętam/ było to w formie zwoju/ obszytego złotą nitką/ Znalazłem go pewnego dnia/ schowanego wśród starych papierów i fotografii/ I moje oczy wciąż są wilgotne/ gdy wspominają podpis Jego Wysokości/ z jego osobistą pieczęcią”.

Wielkie wydarzenia historii zbiorowej nie są dla Watersa przedmiotem czci i elementem łączności z tradycją przeszłych pokoleń, a politycy i przywódcy – mitycznymi herosami z panteonu sławy, przed których majestatem możemy się tylko ukorzyć bądź czuć się dumni z ich osiągnięć. To egoiści i agresywni pomyleńcy, którzy – nieobliczalnymi posunięciami obmyślanymi przy biurkach w Berlinie, Londynie, Moskwie czy Jerozolimie – niszczą szczęście i naturalny świat jednostek, szerzą nienawiść i strach.

Na kolejnej płycie, „The Final Cut”, noszącej podtytuł „Requiem za powojenny sen Erica Fletchera Watersa”, w utworze „The Fletcher Memorial Home” artysta sportretował rodzaj domu opieki, gdzie przebywają Hitler, Napoleon, Reagan, Thatcher, Leonid Breżniew i przywódca ulsterskich unionistów Ian Paisley. Emeryt, który w czasie wojny stracił syna lub weteran wojenny, z rewolwerem w ręku wybiera się do tego miejsca, aby – jak głosi ostatnie zdanie piosenki – „zastosować ostateczne rozwiązanie”. Pochwała agresji i przemocy, daleka od wszelkich konwenansów i niesprawiedliwa dla, bądź co bądź, demokratycznie wybranych przywódców powojennych? Typowy, brytyjski czarny humor? Być może. Ale również pewne jasne memento, każda przemoc rodzi następną przemoc i rozkręcanie jej spirali to budowanie prawdziwych, wszechogarniających struktur zła, z których nie ma ucieczki. MI5, Mossad i CIA nie potraktowały na szczęście zapowiedzi Watersa na serio i nie wezwały go na przesłuchanie o poranku…

Nie kłaniać się autorytetom

Artysta, który dopiero w 2013 roku, dzięki żyjącemu jeszcze uczestnikowi operacji pod Anzio, odnalazł prawdopodobne miejsce śmierci swojego ojca, nie wydaje się kłaniać żadnej władzy i autorytetom. Gdy rok później odsłonił pomnik ku jego czci na cmentarzu Cassino nieopodal Rzymu (nie mylić z Monte Cassino) w obecności współczesnych żołnierzy Królewskich Fizylierów, dyplomatów oraz kapelanów wojskowych, wydawał się dużo bardziej spokojny i refleksyjny. W czasie uroczystości w pewnej chwili podniósł jednak do góry zaciśniętą pięść w geście rasowego rewolucjonisty.

Być może nie pasuje on do świata dzisiejszej polityki i kultury, przeżywającego zupełnie nową, nienazwaną jeszcze dobrze rewolucję. Może wydaje się archaiczny w świecie zażarcie bronionych tożsamości oraz popkulturowej mitologizacji (lecz zarazem i banalizacji) wojennego heroizmu. Niemniej jednak, na swój sposób jest szczery i autentyczny, daleki od każdego rodzaju poprawności. I to chyba warto w nim cenić, niezależnie od tego, czy były lider Pink Floyd raduje nas bądź drażni swoimi deklaracjami politycznymi.

Tekst ukazał się 10 sierpnia na Facebooku Łukasza Kobeszki. Tytuł, lead i śródtytuły od redakcji.