Jest przykazanie kościelne: troszczyć się o potrzeby Kościoła. O troskę tu chodzi. Gdy się o kogoś troszczę, nie wyznaczam kwot.

Przypuszczam, że zwiastun filmu „Kler” (w wersji z większą ekspozycją osobistych zakątków pani Joanny Kulig albo z ekspozycją mniejszą) widzieli już prawie wszyscy. Dzisiaj na porannej Mszy w otwockim kościele p.w. św. Teresy od Dzieciątka Jezus, jeden z księży nawiązał do tematu tuż przed rozesłaniem.

Oho, pomyślałem, zaraz będzie jazda, że atak na Kościół, że „kamienują kapłanów!”. A tu – psikus – nie. Młody ksiądz powiedział, że też widział zwiastun (przysłał mu antyklerykalny kolega), w którym Kościół instytucjonalny jawi się jako maszynka do tłuczenia hajsu na milion sposobów (przyznam, że ja te wszystkie teksty znam od lat na pamięć, ale fragment „złote, skromne!” jednak ciut mnie ubawił). I że on chciał, jako ksiądz, uderzyć się we własne piersi, przeprosić za siebie i przeprosić wszystkich, którzy w naszym Kościele z księżmi prezentującymi takie podejście się zetknęli. I że ma nadzieję, iż w tej parafii z pazernością czy cennikami nikt się nigdy nie spotkał.

Nawiązał też do patrona dzisiejszego dnia, świętego Wawrzyńca, od którego zażądano, żeby oddał cesarzowi kościelną kasę, której był kustoszem, On zaś rozdał ją biednym, zgromadził ich i powiedział władcy: „To są skarby Kościoła”. Po czym oczywiście go zamordowano. Przypomniał też nasze stare kościelne określenie: „co łaska”.

„Co łaska” to powinna być prośba żebraka!

To dwie naprawdę fundamentalne sprawy. Dopóki nie zrozumiemy, że Kościół traci realne zasoby, że traci coś za co „kupuje się” życie za każdym razem, gdy – na przykład tak jak wczoraj – u wybrzeży chrześcijańskiej Europy tonie łódź z siedmiorgiem dzieci i ich matkami, którzy chcieli szukać u nas gościny i ratunku (możemy tu wpisywać dowolne przykłady: z Grecji, z Polski, z USA, z Chin, z Irlandii), a nie wtedy gdy mu nie dadzą dotacji na jakieś tam muzeum czy spróbują obciąć Fundusz Kościelny, nic nie zrozumiemy i możemy sobie pitolić, ile chcemy o tym, że nam spadają powołania i pustoszeją parafie.

Druga rzecz: „co łaska”. Dziś sobie uświadomiłem, że przecież to jest prośba (w tym wypadku księdza) o zmiłowanie, o hojny dar, to jest prośba żebraka! Oczywiście, że ludzie obejdą każdy przepis (gdy w Rosji jestem w sklepach z ikonami, tam zawsze obok ceny jest nie napis „cena”, a „ofiara”; nasze taryfikatory z gatunku „co łaska, ale nie mniej niż” to ta sama choroba), ale może chociaż dziś warto przypomnieć sobie, że wezwani jesteśmy nie do takich przedszkolackich kombinacji, a do dojrzałości. Jest przykazanie kościelne: troszczyć się o potrzeby Kościoła. O troskę tu chodzi. Gdy się o kogoś troszczę, nie wyznaczam kwot, gdy ktoś potrzebuje troski ode mnie – też nie musi ich wyznaczać, sam wiem, co mam robić. Tylko żeby tak się stało, znów musielibyśmy zobaczyć w sobie rodzinę, nie tłum, dom, nie punkt dystrybucji usług religijnych.

A kiedy to staje się faktem, rzeczy dzieją się same. Ja wiem, że temu młodemu księdzu, po tym co dziś usłyszałem, gdyby potrzebował, dałbym wszystko, co tylko bym mógł. Ludzie patrząc na papieża Franciszka, na to jak żyje, jak myśli o Kościele, wysyłają mu oszczędności życia, w ogóle o nic nie pytając (parę tygodni temu słyszałem, że ktoś od wielu dni wysyła do Watykanu, z przeznaczeniem na biednych, przelewy po 50 tys. euro dziennie, zastrzegając anonimowość, nic w zamian nie oczekując). Szalona jest ta ekonomia daru, ale jedynie ona może nas dziś uratować przed nami samymi.

Tekst ukazał się 10 sierpnia na facebooku Szymona Hołowni. Tytuł i lead od redakcji.