Całe życie można strawić na snuciu planów na przyszłość. Ale sens ma tylko trwanie w tym, co jest tu i teraz. Wszystko polega na tym, żeby nauczyć się uważności – mówi dominikanin o. Roman Bielecki w rozmowie z „Tygodnikiem Powszechnym”.

Z o. Romanem Bieleckim rozmawia Błażej Strzelczyk. Wywiad ukazał się 8 sierpnia w „Tygodniku Powszechnym”. Cytujemy wybrane fragmenty:

[Podczas pielgrzymki] zaczynasz słuchać ludzi, rozmawiać z nimi, siedząc nad poranną kawą, robiąc wieczorem pranie albo niespiesznie idąc. Na to codziennie kompletnie nie ma się czasu, bo ciągle jest „coś”.

Wiele razy był taki moment, że bardzo dobrze mi się szło. Plecak nie wydawał się taki ciężki. Żar nie lał się z nieba. Nogi same szły. I na przykład na trzydziestym kilometrze myślałem sobie: „Pociągnę jeszcze z pięć, dam radę”. Raz zostałem skarcony mniej więcej na 38. kilometrze. Źle postawiłem nogę i zaczęło tak boleć, że dalej ani kroku.

Każda pielgrzymka jest w gruncie rzeczy metaforą życia. Ona nie rozwiązuje problemów, tylko pokazuje je z perspektywy innej niż wszystko. Nic nie ma już, od razu i natychmiast.

Na pielgrzymce wygląda to tak, że możesz swoje trudności przeżywać jako utrapienie losu i narzekać „W co ja się wpakowałem?”. Możesz potem wrócić do swojego życia i mówić: „Uff… dałem radę” albo „dobrze, że się skończyło”. Ale możesz też zobaczyć, że nagle Bóg pisze ci przed nosem dużymi literami.

Dopiero, gdy masz niewiele, możesz doświadczyć tego, co jest naprawdę smaczne i dobre. Boję się każdego coachowania pielgrzymki, ale naprawdę w tym wypadku czasem warto przeskalować swoje życie o kilka procent, żeby zobaczyć, co się naprawdę liczy.

Definicja pielgrzymowania zamyka się w ewangelicznym zdaniu „dość ma dzień swojej biedy”. Całe życie można strawić na analizowaniu historii i snuciu planów na przyszłość. Ale sens ma tylko trwanie w tym, co jest tu i teraz. Wszystko polega na tym, żeby nauczyć się uważności.

Wyb. DJ