Nie umiem wyobrazić sobie Boga jako mechanizmu dobra, który zmieni swoje decyzje pod wpływem mojej modlitwy. Bóg wie lepiej, jednak i ja wiem swoje. Wiem, że może w Bożym planie jest przyczyna, dla której moja żona jest chora. Mam jednak prawo nie godzić się na to i mam prawo dane od Boga, aby poprosić Go o zdrowie dla niej.

W Torze nie ma przykazania modlitwy. Nie ma, bo być nie musi. Tora jest bowiem opowieścią o czasach, w których Bóg był namacalny, był na wyciągnięcie ręki – fizycznie towarzyszył Abrahamowi i jego potomkom w ich drodze. Modlitwa nie była wtedy potrzebna. Kiedy bowiem Żydzi chcieli czegoś od Boga, mówili wprost do Niego. Przypuszczam, że ktoś taki jak Izaak bardzo zdziwiłby się światem, w którym istnieje modlitwa. On sam, kiedy chciał o coś poprosić Boga – rozmawiał bezpośrednio z Nim. A kiedy chciał Bogu za coś podziękować – składał ofiarę. Skoro tak, to po co mu była modlitwa?

Modlitwa pojawia się później, w owym przejściowym okresie – po zburzeniu Drugiej Świątyni – kiedy to Bóg powiedziawszy już najwyraźniej, co ma do powiedzenia, i zrobiwszy, co ma do zrobienia, wycofuje się z bezpośredniego udziału w historii. Już nie przemawia do proroków, już nie można Go zapytać tak, jak można zapytać sąsiada na rogu ulicy.

Jest za co dziękować

Ale już wcześniej nasi nauczyciele zaczęli uczyć nas podziękowań – pierwszej formy modlitwy. Mamy tych błogosławieństw-podziękowań bardzo wiele. Dziękujemy za rzeczy wyjątkowe i za rzeczy codzienne, ale wyjątkowe zdarzają się, rzecz jasna, rzadziej. Nie zdarzyło mi się na przykład jeszcze zmówić specjalnego błogosławieństwa, które zmówić należy, gdy się widzi sześćset tysięcy lub więcej Żydów razem[1], albo kiedy się widzi nieżydowskiego króla[2]. Nawiasem mówiąc, Szmul Agnon, wielki izraelski pisarz, dowiedziawszy się, że otrzymał literacką nagrodę Nobla, bardzo się ucieszył: „Tak się martwiłem – powiedział – że tego błogosławieństwa nie uda mi się w życiu zmówić, a tu proszę, zobaczę nieżydowskiego króla i będę mógł Bogu za to podziękować”.

My, Żydzi, dziękujemy Bogu nawet wtedy, kiedy rano korzystamy z ubikacji. To była dla mnie wielka nauka modlitwy[3]. Podziękowania spełniają pierwsze podstawowe zadanie modlitwy, którym jest wyrażenie wdzięczności. Wdzięczność to niezwykłe uczucie, podobnie jak miłość. Myliłby się jednak ten, kto twierdziłby, że wyrażanie wdzięczności Bogu ma nas uczyć, że jesteśmy niczym, prochem.

Wdzięczność to raczej coś z zakresu derach erec, dobrego wychowania. Chleb, który zjadam nie jest mój. Wprawdzie zapłaciłem zań w sklepie, ale on nie jest mój. Mogę go kupić, ponieważ to Bóg zechciał go ludziom ofiarować. I byłoby czymś strasznie nieprzyzwoitym, gdybym Bogu nie podziękował za to, że wydobywa chleb z ziemi.

Podziękowania były pierwszymi modlitwami, których nauczyli nas nasi nauczyciele. A w Torze, która wprawdzie nie zawiera nakazu modlitwy, są modlitwy. Nie tylko psalmy, na których wszyscy uczymy się, jak się modlić, ale także i inne. Jest tam przecież poruszająca prośba Mojżesza o ocalenie Miriam, czy modlitwa króla Salomona przy inauguracji Świątyni. Wszystko to jednak odbywało się spontanicznie, bo wówczas byliśmy jeszcze spoufaleni z Bogiem. Kiedy chcieliśmy okazać naszą wdzięczność przychodziliśmy do Świątyni na święta pielgrzymie, składaliśmy indywidualne ofiary. Kiedy jednak Świątynia została zniszczona, nasi nauczyciele wprowadzili codzienną modlitwę, która miała zastąpić ofiarę. Tę samą ofiarę składaliśmy teraz słowami, słowami przywołując to, co czynił kapłan i okoliczności, w jakich ofiara była składana. Wierzyliśmy i wierzymy, że to wystarcza, że te słowa, jeżeli są wypowiedziane z tą samą kawaną, z taką samą intencją, jaką winni czuć wszyscy uczestniczący w obrządku ofiarnym, są wystarczającym darem zaniesionym Bogu.

Po co wychwalać Boga?

Nasze modlitewniki są strasznie grube. Cierpimy, owszem, na „grzech wielosłowia”, ponieważ mamy Bogu tak dużo do powiedzenia. Istotną część naszej modlitwy stanowi chwalenie Boga. Sporo jest też próśb do Niego zanoszonych.

Na zdrowy rozum jedno i drugie nie ma jednak sensu. Bóg nie jest przecież jakimś zarozumiałym tyranem, któremu trzeba mówić: jesteś wielki, potężny, wspaniały. W takiego Boga ja nie wierzę. Co ważniejsze: w takiego Boga Bóg nie wierzy. Chwalenie wcale nie jest Bogu potrzebne. Jest potrzebne nam, bo czyni nas troszkę lepszymi. Jest tak jak z wdzięcznością, dzięki której rosną oboje – ten, który ją odczuwa i ten, do którego jest skierowana. Gdy chwalimy, stajemy się lepsi. Trzeba jednak byśmy chwalili szczerze. Nieszczera modlitwa jest jak świadomie, dobrowolnie pita trucizna, która zatruwa, korumpuje, oddala.

Największą próbą żydowskiej wiary jest modlitwa za zmarłych – kadisz. Odmawiana jest w języku aramejskim, bowiem napisana została dosyć późno. To bardzo dziwna modlitwa żałobna, nie ma w niej bowiem ani słowa o śmierci. Jej istotą jest wyłącznie chwalenie Boga.

My, Żydzi, dziękujemy Bogu nawet wtedy, kiedy rano korzystamy z ubikacji

Jaki sens ma taka modlitwa? Trudno przecież wyobrazić sobie, żeby ktoś, kto utracił kogoś bliskiego chciał właśnie w tym momencie chwalić Boga, który jest Panem życia i śmierci. To rzeczywiście strasznie trudne. Jeśli jednak potrafię to robić, jeżeli mimo straty, której doświadczam, chwalę sprawcę tej straty – oznacza to, że moi rodzice dobrze mnie wychowali. Dlatego tę modlitwę mówi się ku pamięci rodziców. Ona przynosi im zasługę, jest sprawdzianem, czy wychowali mnie tak, bym umiał dziękować Bogu nawet wówczas, kiedy to niewyobrażalnie trudne.

Kadisz to najczystszy przykład tego, jak wielkim dobrem jest wdzięczność. Pamiętam, jak właśnie ta modlitwa przeprowadziła mnie przez bardzo długą żałobę po śmierci obojga moich rodziców, jak bardzo mi pomogła. Jestem pełen wdzięczności wobec tych, którzy ją napisali i którzy mnie jej nauczyli.

Bóg wie – i ja wiem

Podobnie jak chwalenie, również i modlitwa prośby wydaje się czymś absurdalnym. Czy Bóg nie wie, powiedzmy, że moja żona jest chora, a ja i pozostali bliscy pragniemy jej zdrowia. A jeżeli wie, to dlaczego nic Go to nie obchodzi? Miałoby być tak, że dopiero, jak Go bardzo poproszę, żeby wyzdrowiała, On z łaski spuści jej niebiańską penicylinę? Groteska. W takiego Boga również nie wierzę.

Wierzę jednak w to, że ludzie mają coś do wniesienia we wszechświat i że tym czymś jest dobrowolnie wybrane dobro. I tylko my, ludzie, możemy tym dobrowolnie wybranym dobrem obdarować wszechświat. Nie mogą tego aniołowie, są doskonali i czynią dobro, bo tak zostali zaprogramowani. Człowiek może czynić zło. I czyni je chętnie, i często. Ale może też czynić dobro. Jeżeli proszę Boga o coś dla innych, wówczas wybieram wniesienie we wszechświat kawałeczka dobra.

Nie umiem wyobrazić sobie Boga jako mechanizmu dobra, który zmieni swoje decyzje pod wpływem mojej modlitwy. Bóg wie lepiej, jednak i ja wiem swoje. Wiem, że może w Bożym planie jest przyczyna, dla której moja żona jest chora. Mam jednak prawo nie godzić się na to i mam prawo dane od Boga, aby poprosić Go o zdrowie dla mojej żony.

Jeżeli proszę Boga o coś dla innych, wówczas wybieram wniesienie we wszechświat kawałeczka dobra

Bóg dał mi też prawo, abym prosił dla siebie. Dla siebie jednak prosić zawsze trudniej. Mam zresztą poczucie, że nie muszę tego robić, jeżeli bowiem żyję przyzwoicie, ktoś poprosi o dobro dla mnie. A jeżeli nikt o nie dla mnie nie poprosi, to widocznie zasłużyłem sobie i na to.

Modlitwa to droga – droga do lepszego świata, poprzez którą i my stajemy się lepsi. A skoro modlitwa jest drogą, chciałbym zakończyć swoją wypowiedź, cytując jedną z moich ulubionych modlitw – tę, którą zmawiamy, wyruszając w drogę. Przywołam ją w pięknym przekładzie Daniela Nojfelda, który jako pierwszy przełożył sidur – hebrajski modlitewnik – na język polski. Był absolwentem warszawskiej szkoły rabinów, nie dane mu jednak było być rabinem, przed Powstaniem Styczniowym zaangażował się w konspirację, musiał uciekać z Warszawy i ukrywać się:

„Oby było wolą Twoją, wiekuisty Boże nasz i Boże ojców naszych, byś nas prowadził w pokoju i krokami naszymi kierował w pokoju, i drogę wytknął w pokoju, i aby doprowadziła nas do celu naszych życzeń, przy życiu, radości i pokoju. I byś ocalił nas z ręki wszelkiego nieprzyjaciela czatującego na drodze. I od wszelkiego rodzaju przygód przybywających znienacka na świat. I ześlij błogosławieństwo na dzieło rąk naszych. I uczyń nas przedmiotem uprzejmości, łaski i miłosierdzia w oczach Twoich i w oczach wszystkich, którzy nas widzą. I wysłuchaj głosu błagania naszego, bo Ty jesteś Bogiem słuchającym modlitwy i błagania. Bądź pochwalony Wiekuisty, wysłuchujący modlitwy”.

Tekst ukazał się w miesięczniku „Więź” nr 3/2009 pt. „Wdzięczność”. To zapis wystąpienia wygłoszonego 13 stycznia 2009 r., w auli Papieskiego Wydziału Teologicznego Bobolanum w Warszawie, podczas sesji „Modlitwa jako droga”, zorganizowanej przez Polską Radę Chrześcijan i Żydów, PWT Bobolanum i Laboratorium WIĘZI, w ramach ogólnopolskich obchodów XII Dnia Judaizmu w Kościele katolickim.                                                                       


[1] „Bądź pochwalony Wiekuisty Boże nasz, Królu Wszechświata, znawco tajemnic”.
[2] „Bądź pochwalony Wiekuisty Boże nasz, Królu Wszechświata, który użyczyłeś Swej chwały ludziom”.
[3] „Bądź pochwalony Wiekuisty Boże nasz, Królu Wszechświata, któryś ukształtował człowieka mądrością i stworzyłeś w nim liczne otwory i jamy. Jawnym jest i znanym przed Tronem Twej Chwały, że gdyby choć jedna z nich pękła, lub choć jedno z nich zostało zatkane, nie sposób byłoby przeżyć i stawać przed Tobą. Bądź błogosławiony Wiekuisty, który leczysz wszelkie ciało i dokonujesz cudów”.