Wielu księży w Polsce marnotrawi kapłaństwo, bo robią rzeczy niepotrzebne lub wprost szkodliwe. Do tej grupy należą proboszczowie trzęsący gminą albo powiatem, biskupi „doradzający z tylnego siedzenia” burmistrzom lub prezydentom miast, a także księża, dla których ambona stanowi miejsce uprawiania polityki.

Nie zamierzam tutaj dokonywać jakiejś całościowej analizy przyczyn tego, co określane bywa „kryzysem powołań”. Chcę tylko dorzucić przysłowiowe „trzy grosze” do polemiki, jaką ks. Piotr Karpiński podjął we wzmiankowanej materii z księżmi Andrzejem Dragułą i Wojciechem Węgrzyniakiem.

Wiele lat temu o. Jan Andrzej Kłoczowski OP, jako zarządca naszego studium, mówił nam, adeptom dominikańskiego życia, że nasze studia i formacja przed święceniami nie mogą być swoistym „technikum duchowlanym”. Chodziło mu o format intelektualny i dynamikę wzrostu duchowego. Nie wyobrażał sobie, aby dominikanin był wyłącznie rzemieślnikiem, który poprawnie odprawia mszę i sprawuje lege artis inne sakramenty, a do tego wygłasza, zgodnie z charyzmatem zakonu, zborne teologicznie kazania.

Wizja kapłaństwa zredukowanego zasadniczo do celebrowania sakramentów, aby władza święceń nie doznała uszczerbku, aby nie była marnotrawiona, wywołuje moje zdumienie. Teza taka nie wytrzymuje krytyki, nie tylko w świetle tego, co napisał ks. Piotr Karpiński. Otóż, w największym skrócie, gdyby przez wszystkie chrześcijańskie pokolenia księża nie wykraczali poza rolę wąsko rozumianego szafarstwa sakramentów, skala oddziaływania Kościoła byłaby wyłącznie plemienna.

Wszystko jednak w tym świecie ma przynajmniej dwie strony. Ks. Karpiński napisał: „To raczej szukanie spokoju i – nie daj Boże – przywilejów u władzy politycznej jest patologią, która prowadzi Kościół do zapaści”. Jak na oficjalne standardy kościelne to bardzo śmiała opinia.

Gdyby nie księża, którzy przez wszystkie chrześcijańskie pokolenia daleko wykraczali poza rolę wąsko rozumianego szafarstwa sakramentów, skala oddziaływania Kościoła byłaby wyłącznie plemienna

Moje „trzy grosze” w tej sprawie są następujące. Wielu księży w Polsce marnotrawi kapłaństwo nie dlatego, że robią coś więcej, niż celebrowanie sakramentów, lecz dlatego, iż robią rzeczy zamiast – niepotrzebne lub wprost szkodliwe. Do tej grupy należą bez wątpienia np. proboszczowie trzęsący gminą albo powiatem, biskupi „doradzający z tylnego siedzenia” burmistrzom lub prezydentom miast, wreszcie księża, dla których ambona stanowi miejsce uprawiania polityki.

O ile potrzebni są nam również księża (oj, bardzo potrzebni!), rozumiejący wszechstronnie świat polityki i dynamiki społecznej, to broń nas Panie Boże przed księżmi, którzy głoszenie Słowa uwikłali w agitację polityczną, lub zgoła na jej rzecz Słowo porzucili.

To nie brak dostępności łaski sakramentów pozbawia Kościół w Polsce powołań, ale między innymi brak jego oczywistej i rzeczywistej odrębności od wspólnoty politycznej i narodowej. I w tym sensie ks. Karpiński ma także rację, gdy pisze o tęsknocie za owym „rajem utraconym”.

Jeśli Kościoła, czyli wiernych i księży nie można zidentyfikować na pierwszy rzut oka dzięki specyficznym dla niego ewangelicznym własnościom, to cóż ma pociągać powołanych? Najpierw jest fascynacja szczególnością czegoś, potem pragnienie tego i w końcu powołanie. Pan Bóg powołuje spragnionego i chcącego! Nie powołuje nas wbrew nam samym.