W Kościele zdarza się myślenie typu: za czasów Jana Pawła II było dobrze, niech będzie jak wtedy. Mam złą wiadomość: to niemożliwe. Naszym celem nie może być powrót do „raju utraconego” sprzed lat. Nasz cel jest przed nami. Do nas należy odpowiedź na pytanie, jakiego Kościoła chcemy. Albo lepiej: jakim Kościołem mamy być? Czego chce od nas Bóg?

W mediach katolickich od pewnego czasu trwa dyskusja na temat kryzysu powołań w Kościele w Polsce i jego przyczyn. Komentatorzy wiążą ten problem ze znacznie szerszym: piszą o kryzysie wiary. Pojawiły się też próby znalezienia rozwiązań bieżących – postawienia na szersze zaangażowanie świeckich czy troskę o kapłanów, którzy dziś pracują. To, że potrzebują wsparcia, podkreśliła zresztą także lipcowa intencja modlitewna zaproponowana przez papieża.

Chciałabym jednak pójść nieco dalej i głębiej, mam bowiem wrażenie, że w tym wszystkim kręcimy się w kółko i skupiamy na detalach, nie próbując zadać sobie dodatkowych pytań. To trochę tak, jakby ktoś usiłował leczyć czerwone plamy na skórze, nie zastanawiając się, czy ma do czynienia z alergią, ospą czy może sepsą…

Symptomy kryzysu

Jakie mamy symptomy kryzysu? Te zauważane powszechnie mają wymiar statystyczny. Spada liczba osób na niedzielnych Eucharystiach i przystępujących do Komunii Świętej (z obserwacji wynika także, że podobne zjawisko dotyczy tradycyjnych nabożeństw). Spada liczba powołań do kapłaństwa. Spada odsetek małżeństw sakramentalnych, co wynika także z tego, że ludzie zawierają kolejne związki małżeńskie po rozwodzie, co sakramentalność na ogół wyklucza.

Można zauważyć także brak akceptacji dla nauczania Kościoła. Nie mam na myśli tylko szeroko pojętej etyki seksualnej, aborcji czy zapłodnienia in vitro. Nie przebija się do części polskich katolików także nauczanie biskupów w kwestii nacjonalizmu czy stosunku do uchodźców. Szeroko krytykowane było stanowisko dotyczące tak zwanej spowiedzi furtkowej, a głosy niepokoju dotyczące przesadnego zainteresowania katolików działalnością szatana nie wydają się skłaniać do refleksji. W skrajnych przypadkach mogą być zinterpretowane jako efekt szatańskiego działania w Kościele. Zauważalny jest poważny kryzys zaufania w stosunku do nauczania papieskiego. Nie da się ukryć, że podtrzymują go także osoby uznane za autorytety. Ogólnie: niektórzy katolicy wiedzą, co wiedzą, i żaden biskup czy nawet papież nie będzie im mówił, że jest inaczej. Nie ma znaczenia, czy chodzi o zagadnienia moralne, czy teologiczne. Jakiś autorytet wspierający zawsze sobie znajdą. Mamy zatem w rozkwicie kryzys zaufania do instytucji Kościoła.

To wszystko jest jednak opisem rzeczywistości zewnętrznej. Czy stanu tej wewnętrznej możemy się jedynie domyślać, czy może istnieją dane na jej temat?

To, co robimy, najwyraźniej nie wystarcza

Otóż mamy sondaże. Jeden z nich, wykonany przez TNS pięć lat temu, wskazywał, że wprawdzie 95 proc. Polaków mówi o sobie, że jest katolikami, ale tylko 81 proc. wierzy w Boga, 48 proc. jest przekonanych że Jezus umarł na krzyżu, a 47 proc. że zmartwychwstał (!). Odsetek wierzących w istnienie nieba, piekła czy czyśćca wypadał w tym badaniu poniżej 40 proc.

Zwykle tego typu wyniki wywoływały komentarze na temat jakości katechezy w szkole. Pozwolę sobie jednak zauważyć, że tu nie chodzi o wiedzę religijną, ale o samo sedno wiary. Bez zmartwychwstania Jezusa Chrystusa chrześcijaństwa po prostu nie ma.

Trudno się dziwić, że niewierzący katolicy nie uczestniczą co niedzielę we Mszy świętej i nie przystępują do sakramentów. Trudno się dziwić, że nie ma wśród nich powołań kapłańskich. Nie ma też powodu, by niewierzący stosowali się do trudnych nakazów moralnych, dla których uzasadnienie można znaleźć tylko w wierze (np. trwanie w wierności po rozpadzie małżeństwa). Jeśli wyniki sondażu zaaplikować wprost, mamy Kościół w dużej części (połowie?) złożony z pogan, którzy uważają się za katolików (niekoniecznie chrześcijan).

Mamy oczywiście także wielu głęboko zaangażowanych katolików, często zaangażowanych we wspólnotach. Mamy nawróconych, mamy ewangelizujących, głoszących świadectwa. Domy rekolekcyjne w wakacje przeżywają oblężenie. Tylko czy zdajemy sobie sprawę, do jakiego świata oni wracają? Z jakimi postawami innych katolików, często sobie bliskich, stykają się na codzień?

Czy ci ludzie, wielki skarb Kościoła, są przez nas przygotowani na konfrontację nie tyle z ateistami czy innowiercami, co z niewierzącymi katolikami? Czy są przygotowani by stanowić zaczyn? By ewangelizować nie tylko słowem, nie tylko w ramach akcji, ale swoim życiem? Może nie powinno nas dziwić, że wracają do swoich wspólnot, że się w nich czasem zamykają? W świecie na zewnątrz ich zaangażowanie najszybciej skrytykują inni katolicy, gdzieś w końcu trzeba znaleźć oparcie. I nie ma w tym nic złego, byle z tego świata wokół nie zrezygnować.

Do tej grupy niestety należą także ci, którzy wiedzą lepiej niż Kościół. Warto odpowiedzieć sobie na pytanie, czy przyczyną jest brak formacji, czy może formacja błędna lub przypadkowa. Skąd się wzięła i jak to zmienić? Nawet z czysto praktycznego punktu widzenia Kościół nie może sobie pozwolić na ich utratę. Ale też nie powinien pogodzić się ze stanem obecnym.

Pierwsze wnioski z analizy wydają się dość proste. Potrzebujemy, po pierwsze, ewangelizacji, po drugie dobrej formacji zewangelizowanych. Tego typu inicjatyw w Kościele jest sporo. A jednak ciągle mówimy o kryzysie wiary. To, co robimy, choć wydaje się właściwe, najwyraźniej nie wystarcza. Wchodzimy w kryzys. Co robić?

Cel jest przed nami

Ten krótki dialog opowiadano mi przed laty. Wydaje mi się niezwykle pouczający. Otóż pewien człowiek rozmawiając z terapeutą opowiadał o różnych próbach rozwiązania kryzysowej sytuacji w której się znalazł. Próbował wielokrotnie tej i innej metody. Bez skutku. – Co ja mam zrobić? – zapytał w rozpaczy. – Nie wiem – powiedział terapeuta. – Ale wiem, co nie zadziała z całą pewnością. – Co takiego? – To, co pan robił dotychczas.

To sedno problemu. W kryzysie znaleźliśmy się dlatego, że nasze środki i metody okazały się nieadekwatne do sytuacji. Powtarzanie tego, co nie działa, niczego nie zmieni. Będzie coraz gorzej. Żeby wyjść z sytuacji kryzysowej trzeba zmienić środki. Na jakie? To zależy od celu. Jaki jest nasz cel?

Na to pytanie warto sobie odpowiedzieć uczciwie. Czego tak naprawdę chcemy? Człowiek w kryzysie na początku często chce, żeby było jak dawniej. Takie myślenie widzę też w Kościele. Za czasów Jana Pawła II było dobrze, niech będzie jak wtedy. Mam złą wiadomość: to niemożliwe. Tak, jak dawniej, nie będzie. Minęło kilka dziesiątków lat. Zmienił się świat, zmienili się ludzie. My także musimy się zmienić. Nie ma powrotu.

To trudne do uświadomienia, ale konieczne. Naszym celem nie może być powrót do „raju utraconego” sprzed lat. Nasz cel jest przed nami. Na szczęście Ewangelia nie przestała być aktualna, a Bóg jest zawsze współczesny. Do nas jednak należy odpowiedź na pytanie, jakiego Kościoła chcemy? Albo lepiej: jakim Kościołem mamy być? Czego chce od nas Bóg?

Dopiero, gdy odpowiemy sobie na to pytanie, będziemy w stanie dobrać sensowne środki. Nierzadko zdarza się, że okazują się oczywiste. Czasem trzeba próbować i patrzeć na owoce. Najprostsza zasada mówi: jeśli coś nie działa, nie powtarzaj. Jeśli działa, rób tego więcej.

Przerażające? Na szczęście to nie pierwszy raz, gdy Kościół staje przed takimi pytaniami. Stanął przed nimi po upadku Rzymu. Pojawił się św. Benedykt. Stanął przed nimi w XIII w. Mieliśmy świętych Franciszka i Dominika. W kolejnych wiekach również pojawiali się wielcy święci, których dziełem była zmiana myślenia Kościoła o sobie. Nawet jeśli na początku błądzili, nawet jeśli natrafiali na opór, ostatecznie ich dzieło – dzieło Boga – zwyciężyło.

Czy dziś mamy takich proroków? Ludzi, którzy widzą Kościół taki, jakim chce go widzieć Bóg? Dla mnie są nimi kolejni papieże. Każdy z nich miał pewną wizję, oświetlał Kościół od innej strony. Te wizje są spójne, dopełniają się nawzajem, jedna wymaga drugiej. Nie na darmo przychodziły po sobie. Niestety, często ślizgamy się po papieskim nauczaniu nie sięgając głębi, nie próbując zrozumieć, a przede wszystkim odrzucając a priori wszystko, co wymaga naszej zmiany. Tyle że bez niej nadal będziemy kręcić się w kółko, lamentować nad kryzysem i błagać Boga o ratunek. Jeśli jednak nie pozwolimy Mu się zmienić, cóż po naszej modlitwie?