Skoro kurie pełne są księży, to znaczy, że mamy ich dużo. Zresztą i Kurii, i księży. Nie bez znaczenia jest także to, że im więcej świeckich w kościelnych urzędach, tym mniejsze prawdopodobieństwa utrwalania się korporacyjnej mentalności, która bywa niestety niszcząca dla wspólnoty Kościoła.

Do napisania suplementu do mojego ostatniego wpisu blogowego skłoniły mnie dwie rzeczy. Najpierw niektóre komentarze na Facebooku, które się pod tymże tekstem ukazały. Świadomie teraz przerysuję, ale trochę te komentarze były w stylu, że skoro autorem jest Draguła, to na pewno nie jest za zawierzeniem Panu Bogu w kwestii powołań. Jestem, czego udowadniać zamiaru nie mam. Pytanie, które mi towarzyszyło, brzmiało natomiast: co prócz zawierzenia? A na pytanie to odpowiedzi szukałem w Słowie Bożym. Drugim powodem są posty ks. Wojciecha Węgrzyniaka, który tak pisał na FB: „Jeśli ktoś mówi, że jest kryzys powołań kapłańskich, to albo nie wierzy, albo nie myśli. […] To Bóg daje powołania. I daje ich tyle, ile potrzeba. Problem jest, co my z tymi powołaniami robimy. […] Zrobić z księży dziennikarzy, filozofów, sekretarzy, ekonomów, budowniczych, a nawet biblistów, a potem narzekać, że nie ma powołań to ociera się o bluźnierstwo. Że się ludzie Boga nie boją… […]. Więcej wiary, namysłu nad pragnieniami i dobrego gospodarzenia tym, co mamy, bo mamy aż nadto, za co chwała Panu!”. Zaraz do tego wrócę.

Kryzys powołań?

Diagnoza stanu, który określany jest mianem „kryzysu powołań”, nie jest prosta. Wszystko zależy, jakie przyjmie się miary i punkty odniesienia. Zacznijmy jednak od teologii. Stwierdzenie ks. Węgrzyniaka, że „to Bóg daje powołania. I daje ich tyle, ile potrzeba” przyjmijmy za punkt odniesienia. Jakby nie było, to Jego Kościół, Jego – że tak powiem – biznes, to znaczy Panajezusowy. Trudno nad tym aksjomatem dyskutować, dlatego tak bardzo podkreślałem słowa, że Jezus „wiedział, co ma czynić”. Wiedział i wie. Co nie znaczy, że nie należy się modlić. Ojciec wie, czego nam potrzeba, a jednak o chleb powszedni każe nam wołać do Siebie. Tak samo konieczna jest modlitwa o powołania. To ona ustawia problem we właściwych ramach, uświadamiając nam przede wszystkim, że to Boże dzieło, a nie nasze. Czy da się jednak wykluczyć, że „kryzys powołań” (jeśli taki jest, a o tym potem) nie jest z dopustu Bożego? Kojarzą mi się słowa z Księgi Daniela: „Nie ma obecnie władcy, proroka ani wodza, ani całopalenia, ani ofiar, ani darów pokarmowych, ani kadzielnych. Nie ma gdzie ofiarować Tobie pierwocin i doznać Twego miłosierdzia” (Dn 3, 38). Taki czas też jest możliwy. Czas braku proroków i kapłanów. I to też może być od Pana Boga.

Interesujące byłyby statystyki pokazujące stosunek liczby powołań do liczby praktykujących wiernych, a nie do liczby mieszkańców czy nominalnych członków Kościoła

Pozostaje pytanie, czy rzeczywiście mamy kryzys powołań. Jest poza wszelką dyskusją, że mamy do czynienia ze spadkiem liczby powołań. Księży święci się mniej, mniej wstępuje kleryków do seminariów. Na pewno jest to także wypadkowa czynników demograficznych, takich jak choćby mniejsza dzietność i emigracja. Oczywiste się wydają także czynniki natury eklezjalnej. Trudno spodziewać się utrzymania poziomu liczby powołań przy spadającej liczbie praktykujących rodzin. Mniejsza liczba wiernych siłą rzeczy będzie generowała mniejszą liczbę powołanych. Rzadko się zdarza, że powołanie rodzi się poza naturalnym środowiskiem wiary, jakim jest rodzina, choć – trzeba to podkreślić – coraz więcej powołań rodzi się w małych wspólnotach i ruchach. Interesujące byłyby statystyki pokazujące stosunek liczby powołań do liczby praktykujących wiernych, a nie do liczby mieszkańców czy nominalnych członków Kościoła.

Sekretarze sekretarzy

Kolejna uwaga, którą należy poczynić, to pytanie, czy rzeczywiście winniśmy uznać poziom liczby powołań za czasów pontyfikatu Jana Pawła II za normę. Dzisiaj coraz częściej się podkreśla, że wracamy do stanu sprzed tej – wyraźnej przecież – hossy. Na pewno będzie księży mniej, ale czy rzeczywiście będzie za mało? I tutaj przychodzi mi się zgodzić z ks. Wegrzyniakiem. Zresztą pisałem o tym we wcześniejszym tekście. „W sytuacji nadwyżki podaży nad popytem nikt się zbytnio o ułomki nie troszczy. I może właśnie ta wysoka podaż powołań trochę nas uśpiła. W niektórych rejonach Polski tego «chleba powołań» bywało aż nadto, można było sobie pozwolić nawet na rozrzutność”. To prawda. Że wielu księży – w pewnym sensie – „marnuje” swoje święcenia w tym znaczeniu, że nie wykorzystujemy (ja także!) maksymalnie tych kompetencji, które ze święceń wynikają, w których realizacji nikt nas zastąpić nie może. O ile co do tezy, że bycie biblistą to zmarnowanie święceń, należałoby się spierać, ale nie ulega wątpliwości, że łatwiej udowodnić związek kapłaństwa ze studiami nad Biblią niż z przybijaniem pieczęci w biskupiej Kurii. A tych przybijających jest naprawdę dużo za dużo: kanclerze, wicekanclerze, sekretarze i sekretarze sekretarzy. Zapomina się przy tym, że nawet Kodeks prawa kanonicznego sugeruje, iż urzędy te można powierzyć osobom świeckim.

Jeśli księży będzie mniej, to będą musieli się zająć tym, co wyłącznie należy do nich i do czego wyłącznie oni mają prawo i kompetencje. A świeckim trzeba będzie oddać to, do czego święceń nie potrzeba

Skoro kurie pełne są księży, to znaczy, że mamy ich dużo. Zresztą i Kurii, i księży. Nie bez znaczenia jest także to, że im więcej świeckich w kościelnych urzędach, tym mniejsze prawdopodobieństwa utrwalania się korporacyjnej mentalności, która bywa niestety niszcząca dla wspólnoty Kościoła. Gospodarowanie „zasobami ludzkimi” – choć bardzo nie lubię tego wyrażenia – w Kościele można by naprawdę poprawić. Znam parafie, gdzie w niedziele trudno się dorwać do ołtarza, a ksiądz spędza dzień na chodzeniu „za tacą”, i takie, gdzie przydałyby się chociaż jeszcze jedne kapłańskie ręce. Poza tym – bądźmy szczerzy – ilość robotników nie zawsze się przekłada na jakość roboty. W roku 1950 na terenie Administracji Gorzowskiej pracowało tylko 398 księży, a w roku 2015 na mniej więcej tym samym terenie pracowało aż 1960. Dodajmy: w o wiele lepszych warunkach bytowych, komunikacyjnych i politycznych. A robota jest wciąż ta sama.

Teologiczna nadzieja i socjologiczny niepokój

Raz jeszcze wrócę do niedzielnej Ewangelii, biorąc ją za teologiczny model. Rozmnażanie tego „chleba powołań” niewątpliwie należy do Pana. To On rozdaje. Nie kto inny. Naszym zadaniem jest rozpoznawanie możliwości i potrzeb. I w tym potrzebny jest realizm, którego pilnują statystyki: „Jest tu jeden chłopiec, który ma pięć chlebów jęczmiennych i dwie ryby”. I tak właśnie wygląda socjologiczna diagnoza powołań: wielkie potrzeby i małe możliwości. Prawdą jest, że może nas ta świadomość – jak wówczas Apostołów – przerazić: „Cóż to jest dla tak wielu?”. Okazuje się jednak, że to wystarczy, bo zebrali jeszcze dwanaście koszy ułomków. I to jest ogromne zadanie Kościoła wobec kwestii powołań: zbieranie ułomków, właściwe zagospodarowanie tego, co się posiada. I nie chodzi tylko – jak podkreślałem w poprzednim wpisie – o troskę o chwiejące się powołania, ale po prostu o to, by nie zmarnować tych, które są. A Pan zatroszczy się o resztę. I to jest ta teologiczna nadzieja, która jest konieczna, by pokonać socjologiczny niepokój.

A jeśli księży będzie mniej, to – siłą rzeczy – będą musieli się zająć tym, co wyłącznie należy do nich i do czego wyłącznie oni mają prawo i kompetencje. A świeckim trzeba będzie oddać to, do czego święceń nie potrzeba. Kiedy zaczynałem moje życie kapłańskie, mówiło się często, że księża muszą zajmować się wieloma świeckimi sprawami, bo komunistyczne władze szykanują zaangażowanych katolików świeckich. Dziś chyba już nie szykanują. A księża wciąż zajmują się często tym, do czego ani święceń, ani studiów teologicznych naprawdę nie potrzeba. Kryzysy mają to do siebie, że bywają ozdrowieńcze.