Jestem przeciwny pogardzie do jakiejkolwiek grupy społecznej. Gratuluję sukcesu wszystkim, którzy osiągnęli go uczciwą pracą lub wykorzystali korzystne warunki społeczne. Nie uważam, że powinni się tego wstydzić, ani przed nikim z tego powodu korzyć. Oczekiwałbym jednak od elity więcej autorefleksji, wyobraźni i empatii.

Kiedy rok temu osiągnęliśmy maksimum społecznej mobilizacji, na ulicach polskich miast w obronie niezależnego od polityków sądownictwa wyszły setki tysięcy ludzi. To była wielka sprawa, tym bardziej, że zakończona niespodziewanym sukcesem, nawet jeśli zaledwie częściowym – bo prezydent Andrzej Duda zawetował tylko dwie z trzech ustaw godzących w polski ustrój. Po roku wróciliśmy do punktu wyjścia: niekonstytucyjne zmiany przeszły pełen proces legislacyjny, tylko na ulicach jakby pusto.

Rozumiem rozgoryczenie sporej części komentatorów – a momentami wręcz histerię, którą najlepiej ilustruje wpis na Facebooku prof. Magdaleny Środy, wzywający do budowania podziemnych instytucji i uniwersytetów – zawiedzionych, że na gruncie zeszłorocznych protestów nie powstała nowa siła demokratyczna zdolna przeciwstawić się Prawu i Sprawiedliwości. PiS wciąż niszczy instytucje państwa, a w sondażach dystansuje opozycję parlamentarną. Taka sekwencja zdarzeń napędza emocje i prowadzi do eskalacji napięć, zwłaszcza w sytuacji, gdy okolice Sejmu, Senatu i Pałacu Prezydenckiego zamieniane są w policyjne twierdze, a środki użyte do „ochrony” tych miejsc – nieproporcjonalne do zagrożenia.

A jednak jestem przekonany, że nie da się stworzyć szerokiego poparcia społecznego dla obrony demokratycznych instytucji, gdy będzie temu towarzyszyć komunikat „wypierdalaj” wymalowany na kostce brukowej przed Pałacem Prezydenckim. Ani wtedy, gdy na widok policjantów tłum krzyczy „ZOMO, ZOMO, ZOMO!”. Nie pomogą również hasła „precz z kaczorem-dyktatorem”, bo straszenie Jarosławem Kaczyńskim zostało politycznie ograne do maksimum w czasach poprzednich rządów.

Potępiam przemoc ze strony policji wobec pokojowo protestujących, nic jej nie usprawiedliwia. Ale nie sądzę, by walka z policjantami, choćby werbalna, służyła obronie trójpodziału władzy. Tym bardziej, że już dochodzą głosy o słabym morale wśród policjantów, którzy czują się wykorzystywani przez polityków partii rządzącej do brutalizacji walki politycznej. Policjanci, podobnie jak sędziowie, mają swoje grzechy na sumieniu, ale to nie powód, by podważać wiarygodność całej instytucji, prawda?

Co więcej, niewiele wyjdzie z obrony demokratycznych instytucji, jeżeli opozycja będzie posługiwała się językiem, którego używa część liberalnych komentatorów. Przytaczałem wyżej wpis Magdaleny Środy, ale przykłady można mnożyć. Eliza Michalik, niegdyś młoda gwiazda prawicowych mediów, a dziś twarz Superstacji, pożaliła się na Facebooku, że jest w Polsce pogardzana za przynależność do elity: „W Polsce hołubi się nędzę materialną, duchową i intelektualną, a zdolnych, mądrych, bogatych się karze i nimi pogardza, mówiąc, że ich życie to jakiś żart, że nie jest prawdziwe”. Podobne wpisy regularnie publikuje Witold Gadomski, publicysta „Gazety Wyborczej”, a Rafał Trzaskowski, kandydat PO na prezydenta Warszawy, chwalił się niedawno: „Wszystko, co tak dobrze wygląda w moim CV, zawdzięczam sobie. Moi rodzice zainwestowali w naukę języka, a mama przyjaciela zaprosiła mnie do Australii”.

Jestem przeciwny pogardzie do jakiejkolwiek grupy społecznej. Gratuluję sukcesu wszystkim, którzy osiągnęli go uczciwą pracą, a także tym, którzy wykorzystali sprzyjające warunki społeczne i zagraniczne znajomości rodziców. Musieli prawdopodobnie włożyć wiele wysiłku, by wykorzystać swoje szanse. Nie uważam, że powinni się tego wstydzić, ani przed nikim z tego powodu korzyć. Ale – skoro tak wiele w życiu widzieli i tyle osiągnęli – oczekiwałbym od nich, tytułujących siebie elitą lub inteligencją, nieco więcej autorefleksji, wyobraźni i empatii.

Autorefleksji – bo trudno przypisywać sobie jako zasługę zagraniczne znajomości matki, ciotki lub dziadka. Wyobraźni – żeby odkryli, że nie wszyscy utalentowani i pracowici Polacy mogli dojść do takiej kariery jak członkowie elity, bo na przykład ich rodziców nie było stać na opłacenie wyjazdu na porządne studia (w Polsce), a dojazd z miejsca zamieszkania nie wchodził w grę przez zlikwidowane w ostatnich latach połączenia kolejowe. Empatii – bo skoro łatwo w wypowiedziach dobrze wykształconej elity dopatrzeć się pogardy dla innych (jak słynny wpis sprzed kilku tygodni, rozpowszechniony między innymi przez Komitet Obrony Demokracji, o młodzieży, która rzekomo masowo wyjeżdża na adventure-cluby w Nowej Zelandii), to być może pogarda w języku mniej wykształconych obywateli jest tym bardziej zrozumiała (co wcale nie znaczy, że dobra).

Tym, którym zależy na demokratycznych instytucjach w Polsce, potrzeba nowego języka, który otworzyłby im drogę do mniejszych ośrodków i innych grup społecznych

Nie sądzę też, że wykorzystywanie śmierci znanych postaci do dzielenia społeczeństwa, pomoże zbudować społeczny konsens w sprawach ważnych dla Polski. Czy Kora – bardziej niż na bohaterkę Polski „niepisowskiej”, jak malują ją niektóre media – nie nadawałaby się raczej na ikonę krytycznego myślenia o świecie, niezależnie od preferowanej opcji politycznej? Czy naprawdę legenda polskiej sceny rockowej zasługuje na miano „Joanny d’Arc polskiej demokracji” (jak określił ją na antenie Radia TOK FM Tomasz Raczek)? Czy należy prezydentowi Dudzie odmawiać prawa do wspominania Kory na swoim Twitterze?

Obawiam się, że jednym z powodów, dla których frekwencja podczas tegorocznych protestów w obronie sądownictwa była niższa, jest właśnie zawłaszczanie przez dzisiejszy konflikt polityczny kolejnych sfer życia – a nawet, jak zdaje się sugerować przypadek Kory, umierania. Uciekamy w rozwiązania znane z przeszłości, a kompletnie niezrozumiałe dla młodego pokolenia (jak Magdalena Środa), albo w język własnej, często malutkiej, grupy społecznej (jak Eliza Michalik).

Nie mam gotowej propozycji politycznej, jak tę patową sytuację rozwiązać. Jako publicysta łatwo mogę użyć wymówki, że nie do mnie należy formowanie programów politycznych. Ale tym, którym zależy na demokratycznych instytucjach w Polsce, potrzeba nowego języka, który otworzyłby im drogę do mniejszych ośrodków i innych grup społecznych.

Żeby nie kończyć postulatywnie, przywołam słowa Ignacego Dudkiewicza z gorących, lipcowych protestów przed Sejmem w 2017 r.: „Jestem heteroseksualnym, żonatym mężczyzną, praktykującym katolikiem, rodowitym, białym Polakiem pracującym na umowie o pracę. Ale nie wszyscy są w tej uprzywilejowanej pozycji, w której jestem ja. I oczywiście również po mnie «dobra zmiana» w sądownictwie może kiedyś przyjść, ale nie w pierwszej kolejności. Brak niezależnych sądów w pierwszej kolejności uderzy w tych, którzy już nie mają ochrony: mniejszości LGBT, cudzoziemców, muzułmanów, ofiary przemocy domowej i pracowników skonfliktowanych z pracodawcą”. Taki język empatii i solidarności międzypokoleniowej oraz międzyklasowej może być dobrym punktem wyjścia dla zatroskanych stanem polskiej demokracji.