Naturą naszej pracy jest pomaganie drugim, czyli to, co jako chrześcijanie mamy robić – mówią Zuzana i Przemysław Ulmanowie, którzy prowadzą klinikę dla uchodźców w irackim Kurdystanie.

Rozmowa z Zuzaną i Przemysławem Ulmanami, pracownikami słowacko-polskiej organizacji STEP-IN w Irackim Kurdystanie.

Marta Titaniec: Pracujecie niestandardowo, nie w klimatyzowanych biurach, ale w obozach i mobilnych klinikach, w miejscowościach, gdzie przebywają uchodźcy i uchodźcy wewnętrzni (IDPs). Na czym polega Wasza praca?

Zuzana Ulman: Tutaj w Kurdystanie mamy dwie stacjonarne kliniki oraz jedną mobilną, która dojeżdża do różnych miejsc wokół Dahuku. Nasi lekarze, jak również logistycy, są w większości spoza Iraku, ale pracuje z nami również personel lokalny, szczególnie tzw. paramedyczny, czyli farmaceuci i laboranci. Pracujemy pięć dni w tygodniu.

Stacjonarna klinika w Irbilu powstała jako pierwsza w 2014 r. Założyliśmy ją na obrzeżach miasta, gdzie przebywało ok. 10 tysięcy uchodźców, w tym także chrześcijan, którzy mieszkali w wynajętych przez Kościół domach, w każdym cztery do pięciu rodzin. A w pobliżu nie było żadnej kliniki medycznej! Dojazd do szpitali w centrum Irbilu był zbyt kosztowny dla uchodźców, więc zdecydowaliśmy się otworzyć klinikę stacjonarną. Cały czas jest ona potrzebna, bo uchodźców nie brakuje. Chrześcijanie powoli wracają, ale za to przybyło więcej ludzi z Anbaru, a do tego Syryjczycy. W Dahuku co roku klinika stacjonarna zmienia swoje miejsce, w zależności od wskazań Ministerstwa Zdrowia. Teraz pracujemy w trzecim obozie z rzędu – w Dawoodi. Mobilna klinika działa w miejscach, w których, po naszym rozeznaniu, widzimy największe potrzeby.

Jak wybieracie miejsca, w których pracujecie, szczególnie jako klinika mobilna?

– Pytamy się naszych lokalnych pracowników albo ludzi, których znamy, gdzie znajduje się dużo uchodźców żyjących poza obozami. Wtedy ktoś z nas wraz z lokalnym pracownikiem jedzie we wskazane miejsca. Spotykamy się z muhtarem – odpowiedzialnym za wioskę albo region – i pytamy, gdzie mają najbliższą pomoc medyczną, ile osób mieszka w danym miejscu, ilu jest uchodźców. Jeśli miejsc potrzebujących wsparcia jest więcej, niż jesteśmy w stanie objąć opieką, to siadamy i wybieramy według potrzeb.

Jak to się stało, że jesteście w Kurdystanie już od prawie czterech lat?

Przemysław Ulman: To trochę zbieg okoliczności. Zuzana dostała propozycję pracy w Kurdystanie w 2014 r. jako lekarz w charytatywnej klinice, a potem razem z prof. Kruczmerem otworzyli klinikę pod auspicjami Wyższej Szkoły św. Elżbiety z Bratysławy. Ja dołączyłem jako pierwszy logistyk. Od tamtej pory prowadzimy wspólnie projekt.

Jesteśmy tu, bo praca, którą wykonujemy, jest dla nas ożywcza. Widzimy, że to, co robimy, ma natychmiastowy rezultat. Ci ludzie do nas wracają, opowiadają, jak dużo to dla nich znaczy, że tu jesteśmy i nie pracujemy w biurze, ale razem z nimi wśród ludzi – to przynosi dużo satysfakcji. Widzimy, że nasza praca jest potrzebna. Wiemy, że lekarze są potrzebni wszędzie, w Europie również. Tutaj jednak dyskryminacja osób wykluczonych społecznie jest olbrzymia, a nasza obecność znaczy dla nich bardzo dużo. I to jest niezwykle wzruszające.

Czy to jest ważne dla Was, że pracujecie tutaj jako Słowaczka i Polak? Wasza praca kontrastuje z obrazem naszych państw, w których klimat wokół uchodźców nie jest zbyt pozytywny.

Z.U.  Nigdy tak o tym nie myślałam. Ale gdy zadałaś to pytanie, to przyszło mi do głowy, że to bardzo ważne, że jesteśmy tu jako Słowacy, bo ja nie jestem jedyna. To pokazuje, że nie wszyscy ludzie na Słowacji myślą tak, jak sugerują media.

P.U. – To, że tutaj pracujemy, na pewno wpływa pozytywnie na obraz Polski, choćby dlatego, że nasz projekt jest współfinansowany z Polskiej Pomocy MSZ. Ta informacja jest wszędzie eksponowana, dlatego ludzie widzą, że pomaga im Polska i doceniają tę formę pomocy, jaka przez nas się dokonuje. Nie wydaje mi się, żeby tutejsi mieszkańcy mieli obraz Polski jako kraju ksenofobicznego. Wielu z nich nawet nie wie, gdzie jest Polska, a jeśli wiedzą, to dlatego że jest to kraj sąsiadujący z Niemcami, którym się bardzo interesują jako państwem, do którego chcą uciekać. Natomiast ja bym bardzo życzył przeciwnikom uchodźców, żeby doświadczyli spotkania z osobami uciekającymi przed wojną i głodem, którzy są takimi samymi ludźmi, jak my. Z naszego punktu widzenia postawy antyuchodźcze są kompletnie nieuzasadnione.

Kim są ludzie, którym pomagacie?

– To niezwykle różnorodne osoby. Wśród nich są przede wszystkim Irakijczycy przesiedleni wewnętrznie, którzy przyszli spoza Kurdystanu: muzułmanie, chrześcijanie oraz Jezydzi. Pomagamy również lokalnej społeczności oraz uchodźcom syryjskim.

Przeciwnicy uchodźców powinni doświadczyć spotkania z osobami uciekającymi przed wojną i głodem

Gdyby się przyjrzeć temu z bliska, widać, że pomocy humanitarnej najbardziej potrzebują Jezydzi. Są to ludzie z najniższej warstwy społecznej, niewyedukowani, nie potrafiący też odnaleźć się w trudnej sytuacji, w jakiej się znaleźli. Z kolei pomoc chrześcijanom przynosi widoczne rezultaty, bo są wyedukowani i wiedzą, jak z tej pomocy korzystać, co daje motywacje do dalszego ich wspierania. Mają też do czego wrócić, bo ich tereny są w dużej części wyzwolone i nie są aż tak zniszczone, jak tereny jezydzkie. Nie znaczy to wcale, że zaczniemy teraz pomagać tylko chrześcijanom, bo widać tego efekty. Jezydzi to grupa bardzo poszkodowana i dyskryminowana, dlatego tak trudno im skutecznie skorzystać z pomocy. Jeśli nie są powiązani z Demokratyczną Partią Kurdystanu, która od lat rządzi w regionie, to nie dostaną pracy, a mając państwo na karku, nie mogą mówić otwarcie, co myślą. Generalnie ich położenie jest najtrudniejsze, a kapitał społeczny znacznie mniejszy od innych grup. Nie stoi też za nimi międzynarodowa wspólnota, jaką dla chrześcijan jest Kościół. Zostali też dużo bardziej skrzywdzeni przez ISIS niż chrześcijanie, co się odbija na ich zdolności do odbudowania swojego życia.

Co Wam daje Wasza praca?

Z.U. – Mnie daje satysfakcję, że to, co robimy, jest potrzebne, a efekty naszej pracy są widoczne. To jest najważniejsze.

Jesteś osobą wierzącą. Jakie znaczenie ma ta praca dla Twojej wiary?

– Z tym jest różnie. Są dni, kiedy brakuje mi domu, wspólnoty, która mnie buduje i wspiera. Tutaj przez te cztery lata miałam okresy trudne, bo np. chodzę na msze, których nie rozumiem. Naturą naszej pracy jest pomaganie drugim, czyli to, co jako chrześcijanie mamy robić. Pomimo, że nie ma tutaj zbytnio możliwości do pogłębiania duchowości, nasza praca ma wpływ na przeżywanie wiary. W sumie więcej dzięki temu zyskuję, niż tracę.

A jednak coś tracisz, spędzasz tutaj swoje najlepsze lata. Wasze życie małżeńskie też chyba nie jest do końca normalne?

– Coraz bardziej zdaję sobie sprawę, że wiedziałabym, jak zagospodarować czas w Europie. Praca jest super, ale brakuje nam wolnego czasu. Obecnie staramy się znaleźć lepszą równowagę pomiędzy pracą, a życiem prywatnym, ale nawet nie wiadomo, jak ten czas wolny tutaj wykorzystać. Co prawda są tu ciekawe miejsca, ale odwiedzanie przez cztery lata ciągle tego samego robi się w końcu nudne. Brakuje mi trochę wolności. U siebie poszłabym w góry, do teatru, tutaj mi tego brakuje.

A Ty, Przemku? Co Ci daje ta praca?

P.U. – Wielką satysfakcję, że robimy coś naprawdę ważnego i potrzebnego. Zawodowo również mam wielką satysfakcję, bo praca jest pełna wyzwań i wymusza uczenie się wciąż nowych rzeczy i dostosowywanie się do nowych sytuacji.

Podzielcie się doświadczeniem, które było dla Was w Kurdystanie najtrudniejsze.

Z.U. – Dla mnie najtrudniejszym momentem był pierwszy raz, gdy znaleźliśmy się w konflikcie z rządem oraz z policją. Wszystko dlatego, że nasze zasady nie pozwalają nam traktować priorytetowo ludzi ze względu na ich status społeczny. Zrodził się z tego wielki problem, byliśmy oskarżeni o rzeczy, których nie zrobiliśmy. To było z jednej strony niezwykle trudne doświadczenie, a z drugiej bardzo dobre, bo wyszliśmy z niego umocnieni, a dodatkowo nasz projekt na nim nie stracił. Kontynuujemy więc pracę na takich samych zasadach, co jest bardzo ważne.

A najpiękniejszy moment?

P.U. – Najpiękniejszym dla mnie momentem, związanym jakoś z pracą, był nasz ślub. Jedną trzecią gości stanowiły rodziny z jednej strony, jedną trzecią z drugiej strony, a jedną trzecią osoby związane z naszym projektem, którzy specjalnie przyjechali z różnych krajów. Koleżance udało się przyjechać nawet z Iraku. To był jakiś znak, że przez te lata połączyło nas wszystkich coś wyjątkowego, co wynika nie tylko z tego, że się świetnie rozumiemy, ale również to, że przeżyliśmy wspólnie coś pięknego.

Z.U. – Tak, zgadzam się. Taki ślub był możliwy dzięki atmosferze, jaka tutaj panuje. To jest największe błogosławieństwo, że mamy ekipę, która lubi przebywać ze sobą, chodzi do kościoła, interesuje się potrzebami tutejszych mieszkańców. Dzięki temu ludzie zostają z nami dłużej, mimo że nie oferujemy im równie dobrych stawek jak inne organizacje. Większość ludzi przyjeżdża na trzy miesiące, a zostaje minimalnie pół roku, a niektórzy na rok i więcej. Ważne jest dla nich, że nie pracują w biurach, ale w terenie z ludźmi. Gdyby nie było takiej atmosfery, to sami byśmy nie wytrzymali. Wszyscy wiemy, po co tu jesteśmy.

Czego tutaj najbardziej potrzeba?

– Potrzeba, żeby ludzie na całym świecie zainteresowali się tym, co się dzieje na Bliskim Wschodzie. Żebyśmy nie byli zamknięci tylko we własnych potrzebach, ale otwierali się na innych. Potrzeba, żeby ludzie poczuli współodpowiedzialność za świat, w którym żyją. Wsparcie musi się zacząć od zainteresowania obywateli państw zachodnich, a następnie ich rządów – wtedy potrzebujący otrzymają pomoc nie tylko materialną, ale i polityczną, która jest szczególnie ważna dla Jezydów, pozostawionych pod wieloma względami samym sobie.

Brakuje leków, odpowiedniej edukacji, projektów odbudowania miast i miasteczek, by ludzie mogli do nich wrócić. Potrzeba również naprawdę solidnego, dobrego, psychosocjalnego wsparcia. Organizacje, które tutaj pracują, nie dają sobie z tym rady, bo brakuje im doświadczenia. W efekcie często bardziej szkodzą. Tutaj potrzeba specjalistów, którzy znają temat i go rozumieją. Wiele osób nie będzie w stanie sama się podnieść i odbudować domu, jeśli najpierw się ich nie wesprze psychicznie.

Jakie są wasze plany na przyszłość?

– Chcemy zbudować dom na Słowacji, ale nie wiemy, kiedy w nim zamieszkamy, bo dalej zamierzamy pracować w obszarze pomocy humanitarnej. Zobaczymy czy tu, czy gdzie indziej. Udało się nam zbudować dobry projekt, przy którym pracuje dużo ludzi, ale nie będziemy się upierać, by go sztucznie podtrzymywać. Chodzi o to, by pomóc ludziom stanąć na nogach, i iść dalej, tam, gdzie jest większa potrzeba. Problemów na świecie nie brakuje.


Klub Inteligencji Katolickiej w Warszawie realizuje projekt w irackim Kurdystanie pt. „Pomoc medyczna w rejonie Dahuku i Irbilu w Irackim Kurdystanie dla IDPs, uchodźców i społeczności lokalnej”. Projekt jest współfinansowany w ramach polskiej współpracy rozwojowej Ministerstwa Spraw Zagranicznych RP i potrwa do końca 2019 r. Wartość dofinansowania wynosi 2 100 000 zł. Partnerem jest  Stowarzyszenie STEP-IN,  które  powstało na bazie działalności w Kurdystanie Wyższej Szkoły Opieki Zdrowotnej i Pracy Społecznej im. św. Elżbiety z Bratysławy, działające na miejscu od października 2014 r. Potrzeba realizacji projektu wynika z pojawiających się zdrowotnych konsekwencji długotrwałego konfliktu w Iraku i Syrii dla przesiedlonych wewnętrznie, uchodźców i biedniejącej społeczności lokalnej. W ramach projektu będą w Dahuku i Irbilu prowadzone kliniki stacjonarne oraz mobilna, świadczące pomoc medyczną, usługi rehabilitacyjne i badania na rzecz uzyskania niezbędnej szczepionki dla wyżej wymienionych grup ludności.