Czy po to czytamy eseje Zbigniewa Herberta, by służyły nam za przewodnik po kraju, który chcemy zwiedzać? Czy jego książki są dla nas źródłem wiedzy, czy może przede wszystkim odbiciem wzoru tego idealnego odbiorcy sztuki, obdarzonego niecodzienną wrażliwością i władzą nad słowem, która tę wrażliwość potrafi nam przekazać?

Kochamy wiersze Herberta, zachwycają nas jego eseje o sztuce. A on przesyła nam z Tamtej Strony wciąż nowe dary. Wkrótce po jego śmierci ukazał się najbardziej może osobisty, intymny, liryczny – bo pisany już w obliczu nieskończoności – tom wierszy, „Epilog burzy”. Teraz z kolei otrzymaliśmy zbiór siedmiu esejów, „Labirynt nad morzem”, opublikowany w formie książkowej w dwadzieścia pięć lat po jego ukończeniu. Ale właśnie, czy „po ukończeniu”? Do publikacji tych szkiców, które uprzednio drukowane były w „Twórczości”, „Odrze” i „Więzi” nie doszło w „Czytelniku” nie tylko z powodu przeszkód formalnych (jest na maszynopisie ślad zainteresowania nimi władz partyjnych), również sam autor zwlekał z ogłoszeniem tego tomu, zamierzał go bowiem rozszerzyć i uzupełnić. Była w tym tak charakterystyczna dla niego potrzeba perfekcji, widoczna we wszystkim, co robił. Maszynopis przeleżał się więc w domu, a jego autor nie spieszył się z publikacją, mimo że w ostatnich latach jego życia wznawiane były raz po raz poszczególne tomiki jego wierszy, a nowy tom esejów przywitany byłby na pewno przez wydawców z najwyższym ukontentowaniem. Dlaczego więc nie puścił tej książki w obieg? Czego mu w niej brakowało? Nasza opinia w tej sprawie nie przyniesie oczekiwanej odpowiedzi.

Zbigniew Herbert lubił podróżować, podróżował też wiele od czasu, kiedy uchyliły się przed nim drzwi urzędów paszportowych (by znów wielokrotnie się zatrzasnąć) i do podróży swoich przygotowywał się z wielką starannością. Zasięg jego peregrynacji obejmował kraje, które odegrały szczególną rolę w kształtowaniu się kultury europejskiej i stanowiły jej najbogatszą skarbnicę. Przez czas jakiś mieszkał co prawda w Niemczech, a także w Stanach Zjednoczonych, gdzie przez semestr wykładał na jednym z uniwersytetów kalifornijskich, ale pobyty te nie pozostawiły w jego twórczości żadnych wyraźniejszych śladów.

„Labirynt nad morzem” jest w porządku chronologicznym drugą napisaną przez Herberta książką esejów, po „Barbarzyńcy w ogrodzie”, a przed „Martwą naturą z wędzidłem”. „Barbarzyńca” obraca się w kręgu duchowym Francji i Włoch, „Martwa natura z wędzidłem” jest zbiorem studiów nad sztuką holenderską, „Labirynt nad morzem” zaś, poza ostatnim szkicem, poświęcony jest głównie Grecji i śladom kultury minojskiej na Krecie.

„Barbarzyńca w ogrodzie” ukazał się we wczesnych latach sześćdziesiątych (1962), a więc w okresie, kiedy jeszcze w Polsce podróżowało się niewiele. Powitano tę książkę z entuzjazmem, wychodziła naprzeciw ukrytej tęsknocie za krajami słońca, sztuki i wolności, przywodziła na pamięć tradycje kultury europejskiej, zasypywane u nas na co dzień popiołem wypalonych marzeń o lepszym i piękniejszym bytowaniu. Element bezpośredniego przeżycia, ton jakby poetyckiego reportażu towarzyszył pełnym znawstwa opisom dzieł sztuki i pejzażu w Senlis, Arles i Valois, w Sienie i w Orvieto, zjednując sobie rzesze czytelników słabo nawet wtajemniczonych w tajniki architektury i malarstwa. Nie bez wpływu na powodzenie książki miało tu magiczne brzmienie nazwiska Herberta, już wówczas znane miłośnikom poezji. Bez przesady stwierdzić można, że była to, i jest do dzisiaj, książka sławna.

Podobną technikę, powiązania przeżycia osobistego z dyskretnym wykładem o oglądanych zabytkach, odnajdujemy w „Labiryncie nad morzem”, który dopiero dziś dociera do naszych rąk. Znam czytelników, którzy udawali się w podróż do Francji czy Włoch, używając „Barbarzyńcy w ogrodzie” jako przewodnika. Myślę, że i dziś moglibyśmy się wybrać do Aten czy na Kretę z „Labiryntem nad morzem” w ręce. Czy po to jednak czytamy eseje Herberta, by służyły nam za przewodnik po kraju, który chcemy zwiedzać? Czy jego książki są dla nas źródłem wiedzy, czy może przede wszystkim odbiciem wzoru tego idealnego odbiorcy sztuki, obdarzonego niecodzienną wrażliwością i władzą nad słowem, która tę wrażliwość potrafi nam przekazać? Obecność Herberta towarzyszy nam nieustannie przy lekturze i kto wie, czy nie po to właśnie go czytamy, by móc z nim przebywać, zwłaszcza tam, w Grecji, po której podróżuje. Pamiętamy bowiem jego wiersze, świadczące o tym, jak głęboko zakorzenione są w nim mity antyczne, wraz z ich bohaterami, Apollem i Marsjaszem, Minotaurem, Tezeuszem, Nike, Hermesem.

Książka „Barbarzyńca w ogrodzie” wychodziła naprzeciw ukrytej tęsknocie za krajami słońca, sztuki i wolności

Wywód historyczny, przeprowadzany konsekwentnie w esejach poświęconych Grecji i Krecie, znajduje szczęśliwą równowagę w plastyczności wizji i błyskach refleksji, jakby bezwiednie i od niechcenia wtrąconych, ukazując swobodę, z jaką Herbert obraca się w kulturze. Sytuacja, w której opisuje spotkanie odkrywcy Knossos, Evansa, ze Schliemannem, ma w swoim nastroju coś conradowskiego. Zdanie zaś, dotyczące również Evansa: „Mając siedemdziesiąt pięć lat przeżył na Krecie trzęsienie ziemi, które obserwował z uwagą, chłodno, jak Pliniusz wybuch Wezuwiusza”, przesycone jest głębokim światłem poetyckiej, a zarazem historycznej analogii. Przytaczam je tu tylko dla przykładu, bo podobnych zdań spotykamy w tej książce więcej. Kiedy wyszedłszy rano na pokład autor widzi „Na deskach poplamionych dziegciem i oliwą, ciała mężczyzn i kobiet porzucone w nieładzie jakby jakaś uczta zakończyła się rzezią”, obraz ten przywiedzie, być może, niektórym, wspomnienie pola bitewnego z Homera, innym, „Rzeź w Chios” Delacroix; tak czy inaczej, plastyczność tego obrazu jest niezapomniana.

Rozważania Herberta wykraczają poza opis, są wynikiem przemyśleń naszego stosunku do przeszłości, do naszego w niej udziału: „Jednym z grzechów naszej kultury współczesnej jest to – pisze – że tak małodusznie unika on formalnej konfrontacji z wartościami najwyższymi, a także aroganckie przeświadczenie, że możemy obyć się bez wzorów. Istnieje błędne pojęcie, że tradycja jest czymś podobnym do masy spadkowej, że dziedziczy się ją mechanicznie, bez wysiłku (…)”.

Za centralny esej książki, wokół którego skupiają się wszystkie inne, uznać trzeba „Akropol”. Stanowi on szczytowy punkt tej podróży. Wskazuje na to opisany stan napięcia, poprzedzający moment pierwszego wzrokowego spotkania z Akropolem ujrzanym z daleka i olśnienie tym widokiem. Jest to przeżycie, do którego autor najbardziej chyba się przygotowywał, erudycyjnie i duchowo. Rzeczywistość go nie zawiodła.

W „Akropolu” i w „Labiryncie nad morzem” Herbert ukazuje nam dwa stany, na jakie przygotowany być musi każdy podróżnik: spełnienie i zawód. „Akropol” jest doskonałym przykładem spełnienia oczekiwań, relacja z podróży na Kretę wnosi z kolei cień melancholii, wynikającej z zawodu, jaki odczuł oglądając freski w muzeum w Heraklionie. Uczucie szczęśliwej pełni, jakie dzielimy z Herbertem czytając „Akropol”, ustępuje miejsca niedomówieniom i niepewności, jaką niosą ze sobą dzieje Krety, niejasne zarówno dla historyków, jak i dla historyków sztuki. Tu wszystko niemal okryte jest tajemnicą i jeszcze nieodczytane: sens pisma zachowanego na tabliczkach, przeznaczenie niektórych odkopanych przedmiotów, czas i przyczyny zaginięcia kultury minojskiej. Nie wiadomo nawet, czy pałac odkopany w Knossos to był naprawdę pałac, czy może nekropolia.

Kultura minojska opisana przez Herberta sprawia wrażenie czegoś bajkowego, nierealnego, ze swoją lekkością, niefrasobliwością, dworskimi manierami, ze swymi władcami, którzy zdają się stronić zarówno od despotyzmu, jak i hieratyczności. „Wydaje się, że mieszkańcom Krety obca była pycha wielkich cywilizacji – pisze. – Szczątki imperium, potężnych zamków i stolic nie wzruszają mnie tak bardzo, jak ruiny pałaców minojskich, które przyrównuje do ruin kołyski, ruin pokoju dziecinnego”. Siła tych esejów polega na umiejętności przekazania nam wzruszeń i obrazów, które ich autor powołuje do życia. Na tym polega podróżowanie z Herbertem.

Tekst ukazał się w miesięczniku „Więź” nr 1/2001.