Nie „wykonuję zawodu”, czy „wypełniam funkcję” księdza, ale jestem księdzem. Tak jak jestem człowiekiem, jak jestem mężczyzną. Można być tym wszystkim lepiej, gorzej, bardziej, mniej, ale nie można przestać być tym, kim się jest.

Dlaczego (nadal) chcę być księdzem? Teraz? Po 47 latach bycia nim? Pytanie chyba nie całkiem na miejscu. Muszę na wstępie wyznać, że ja sobie takiego pytania w ogóle nie zadaję, zwłaszcza z tym wpisanym w nawias „nadal”.

Dlaczego chcę? Najpierw jednak powiem kilka słów o tym, dlaczego chciałem. Kiedy dziś wracam do motywów, które wtedy szczerze przedstawiłem w urzędowej prośbie o dopuszczenie do święceń kapłańskich, widzę, że były to motywy piękne, ale słabe w swej wzniosłości i do tego nie całkiem kompletne. Nie żebym chciał nabierać moich przełożonych. Wtedy, przed pół wiekiem, chyba sam przed sobą ukrywałem motywy mniej wzniosłe. Te, które podawałem, były prawdziwe: ja naprawdę chciałem służyć Panu Bogu i ludziom. Ale na przykład nie napisałem, że w byciu księdzem widzę jedyny sposób sensownego i coś znaczącego istnienia w ówczesnej (lata pięćdziesiąte zeszłego stulecia) sytuacji kraju. Nie napisałem, że Kościół – widziany przeze mnie jako instytucja, wręcz organizacja – jawi mi się jako jedyne miejsce, gdzie można, bez większych kłopotów, zachować przyzwoitość. To też były dla mnie motywy bardzo ważne. Ucieczka od złego świata, szukanie azylu… Któż się do takich rzeczy przyznaje?

Nie mam wyrzutów sumienia z powodu tego niezamierzonego zatajenia, bo w gruncie rzeczy moja decyzja nie wynikała ani z motywacji wzniosłych, ani z tych mniej wzniosłych. Ja po prostu wiedziałem, że mam być zakonnikiem i księdzem. Nikt mnie do tego nie namawiał, nawet nie zachęcał. To przekonanie towarzyszy mi do dziś, a już wtedy, w miarę zbliżania się święceń, oznaczało wewnętrzny spokój. Owszem, odczuwałem lęk, zastanawiałem się, czy sprostam, czy potrafię. Ale nie – czy wytrzymam.

Spełniając kapłańską posługę, jestem co chwila naocznym świadkiem działania Boga

Prawdopodobnie gdybym zbudował życie wyłącznie na samych ówczesnych motywach, budowla by się rozsypała. Bo człowiek nie zdaje sobie sprawy z czekających go prób i trudności, nawet jeśli teoretycznie o nich słyszał. Ale też nie ma żadnego wyobrażenia o tym, czym jest łaska kapłaństwa, nie jest w stanie sobie wyobrazić, jak bardzo Pan Bóg – jeśli nie stawia się mu przeszkód, a nawet jeśli się je stawia – staje się towarzyszem drogi.

Spełniając – jak się to mówi – kapłańską posługę, jestem co chwila naocznym świadkiem działania Boga. Dlatego, bez względu na charakter obowiązków, które miałem i mam, staram się nie odchodzić od tego, co jest zadaniem księdza. Teraz na przykład moje obowiązki są mało księżowskie. Mógłby je z powodzeniem wykonywać człowiek świecki. Ale, dzięki Bogu, każdego dnia rano spowiadam, odprawiam Mszę świętą dla wspólnoty parafialnej, w każdą niedzielę mówię kazanie, każdego roku prowadzę rekolekcje. To życiowa potrzeba i źródło energii na resztę dnia. Nawet nie chodzi o samo „wykonywanie” funkcji. Przecież bywają dni, że nikt lub prawie nikt nie podchodzi do konfesjonału. Wtedy mam tę godzinę dla siebie na modlitwę. Ważna jest świadomość, że jestem tu, gdzie jest moje miejsce, nawet jeśli w danym dniu nikomu to się na nic nie przydało.

Innymi słowy: ja jestem księdzem. Nie „wykonuję zawód”, czy „wypełniam funkcję” księdza, ale jestem księdzem. Tak jak jestem człowiekiem, jak jestem mężczyzną. Można być tym wszystkim lepiej, gorzej, bardziej, mniej, ale nie można przestać być tym, kim się jest. Dlatego postawione przez „Więź” pytanie przekracza granice mojej wyobraźni. To nie jest dla mnie kwestia „chcę-nie chcę”, ja po prostu jestem księdzem.

Tekst ukazał się miesięczniku „Więź” nr 6/2007 jako odpowiedź na ankietowe pytanie redakcji: „Dlaczego (nadal) chcę być księdzem?”.