Aby uniemożliwić pluralistyczną debatę w Sejmie, organizatorzy 550-lecia polskiego parlamentaryzmu posłużyli się wytrychem: zwołali Zgromadzenie Narodowe, które miało jedynie wysłuchać orędzia prezydenta.

550-lecie parlamentaryzmu wydaje się rocznicą wykraczającą poza bieżące polityczne spory. Parlament nie jest wszak własnością PiS-u: rządy partii Jarosława Kaczyńskiego – jakkolwiek oceniane – przeminą, a Sejm i Senat nadal będą trwały. Co innego, gdybyśmy mieli świętować rocznicę jakiegoś dokonania właśnie tej partii. Dlatego raził przesadą odgórny (rozważany jeszcze przed ustaleniem dokładnego programu wydarzenia) plan części opozycji, aby zbojkotować oficjalne uroczystości wyznaczone na 13 lipca. Sensowne uzasadnienie bojkotu pojawiło się dopiero wtedy, gdy było wiadomo, że marszałek Sejmu Marek Kuchciński w programie uroczystego Zgromadzenia Narodowego nie planuje tego, co jest istotą parlamentaryzmu: debaty o stanie państwa.

Jako pierwsza informacje o pomyśle zbojkotowania Zgromadzenia Narodowego zamieściła „Rzeczpospolita” 25 czerwca. Zacytowany przez nią szef Platformy Obywatelskiej Grzegorz Schetyna uzasadniał bojkot uroczystości samym faktem, że w parlamencie rządy sprawuje PiS. „Prezydent Andrzej Duda i marszałek Marek Kuchciński to ostatnie osoby, które powinny organizować i czcić rocznicę 550 lat polskiego parlamentaryzmu” – mówił Schetyna. Bojkot zasugerowała także Monika Rosa z Nowoczesnej, ironizując, że „PiS wykorzysta każdą okazję, by zorganizować okolicznościową fetę”. W artykule z 25 czerwca „Rzeczpospolita” donosiła też o planach zbojkotowania uroczystości przez Polskie Stronnictwo Ludowe. Dzień później cytowany przez PAP przewodniczący PSL zaprzeczył tym informacjom: „Nie wiem, skąd się wziął ten pomysł, ani kto powiedział, że planujemy bojkotować Zgromadzenie Narodowe, bo nie planujemy. (…) Dziś marzeniem rządzących jest to, żeby być sami w parlamencie. My im tej satysfakcji nie damy i myślę, że reszta opozycji też nie powinna. Tu nie chodzi o legitymizowanie marszałka Kuchcińskiego” – powiedział Władysław Kosiniak-Kamysz.

Opublikowane w mediach społecznościowych wypowiedzi eurodeputowanej Julii Pitery oraz posła Ryszarda Petru pozwalają stwierdzić, że dopiero dwa tygodnie później, około 10-11 lipca, parlamentarzyści oraz inni zaproszeni goście otrzymali program wydarzenia. Dopiero wtedy, jak sądzę, nadszedł sensowny impuls do zbojkotowania uroczystości: program wskazywał, że posiedzenie Zgromadzenia Narodowego z okazji 550-lecia parlamentaryzmu będzie zaiste nieparlamentarne, bo poza Mszą świętą i obiadem planowana jest tylko jedna godzina obrad, przeznaczona w domyśle na orędzie prezydenta Andrzeja Dudy. We wtorek, 10 lipca, klub parlamentarny PSL skierował do marszałka Kuchcińskiego pytanie, czy posłowie każdej partii będą mogli zabrać głos. „Liczymy, że marszałek Kuchciński, stojąc na straży wszystkich ugrupowań politycznych w Sejmie, ich praw do zabierania głosu, może zorganizować debatę w dniu Zgromadzenia Narodowego w taki sposób, żeby każdy mógł zabrać głos” – wyjaśniał Władysław Kosiniak-Kamysz. Tego samego dnia Andrzej Grzegrzółka, szef Centrum Informacyjnego Sejmu, odpowiedział szefowi ludowców, że zabieranie głosu podczas obchodów jubileuszu parlamentaryzmu nie będzie możliwe. Uzasadnieniem miał być fakt, że zgodnie z art. 140 konstytucji parlament nie debatuje nad orędziem prezydenta. Faktycznie, artykuł ten mówi, że „Prezydent Rzeczypospolitej może zwracać się z orędziem do Sejmu, do Senatu lub do Zgromadzenia Narodowego. Orędzia nie czyni się przedmiotem debaty”.

Wyjaśnijmy tu, że zgodnie z konstytucją Zgromadzenie Narodowe zwoływane jest w jednym z pięciu celów: przyjęcia przysięgi prezydenta, wysłuchania orędzia prezydenta, uznania niezdolności prezydenta do sprawowania urzędu, postawienia prezydenta przed Trybunałem Stanu i uchwalenia regulaminu Zgromadzenia Narodowego. Innymi słowy, organizatorzy 550-lecia posłużyli się wytrychem, który uniemożliwia debatę: Zgromadzenie Narodowe na cześć rocznicy parlamentaryzmu oparli na orędziu prezydenta.

Ciekawe, że w 1993 roku, kiedy (przed weryfikacją danych historycznych i ustaleniem, że najstarszy polski Sejm odbył się w 1468 roku, a nie w 1493) świętowano 500-lecie istnienia Sejmu, uroczystości nie odbywały się w trybie Zgromadzenia Narodowego, a zatem dopuszczona była debata. Jednak nawet uznając obostrzenia prawne dotyczące Zgromadzenia, można powiedzieć, że zorganizowanie w 550-lecie parlamentaryzmu debaty różnych stronnictw nad kondycją Polski i jej parlamentaryzmu nie było niemożliwe. W przypadku wydarzeń 13 lipca istniała możliwość, żeby najpierw zwołać oficjalne Zgromadzenie Narodowe w celu wysłuchania prezydenta, a potem zorganizować debatę w ramach czasem stosowanego tzw. wspólnego posiedzenia Sejmu i Senatu. Ciekawym przypadkiem, jakim można by się niesfornie, acz w dobrej wierze – w celu prawdziwej, a nie mającej autorytarny posmak celebracji parlamentaryzmu – zainspirować, to nieuregulowane jeszcze konstytucyjnie posiedzenie Zgromadzenia Narodowego z lutego i marca 1997 roku. Posiedzenie to miało na celu przygotowanie i uchwalenie konstytucji i zdecydowanie miało charakter politycznej debaty. Można powiedzieć, że skoro teraz sami posłowie – w tym przypadku klub PSL – prosili o debatę podczas obchodów 550-lecia parlamentaryzmu, to czymś nienaturalnym byłaby odmowa, zwłaszcza biorąc pod uwagę charakter święta.

W przeciwieństwie do Platformy i Nowoczesnej, którzy ogłosili bojkot uroczystości, nie wiedząc jeszcze, czy podczas niej będą, czy też nie będą mogli w ramach debaty skrytykować PiS, Polskie Stronnictwo Ludowe zapowiedziało bojkot dopiero po uzyskaniu druzgoczącego potwierdzenia od władz Sejmu, że święto parlamentaryzmu będzie świętem bez esencji parlamentaryzmu, czyli debaty. Wydaje się, że widać tutaj różnicę między histeryczną a merytoryczną krytyką rządów PiS. Być może gdyby nacisk na moralny obowiązek debaty podczas Zgromadzenia Narodowego kładły wszystkie partie opozycyjne, marszałek Sejmu pod presją udzieliłby głosu – a nawet jeżeli tak by się nie stało, to do powszechnej świadomości przebiłby się właśnie ten absurdalny, ale i budzący grozę fakt, że PiS-owskie władze Sejmu i Senatu nie chcą parlamentarnej debaty podczas święta parlamentaryzmu.

Gdyby uroczystość 550-lecia parlamentaryzmu zasadzała się na debacie, celebrację jubileuszu parlamentaryzmu można by było postrzegać jako celebrację polskości, która trwa od stuleci i jest trwalsza od bieżących sporów

Zakazanie debaty wiele także świadczy o pojmowaniu polskości przez obecnych rządzących oraz wielu wspierających PiS prawicowych intelektualistów, którzy częstokroć pomstują na nadmierny subiektywizm opinii i głoszą możliwość wykluczenia ze wspólnoty „ludzi bez sumienia” (trzeba przy tym przyznać, że niektóre z tych osób, choć nadal stroszą pióra, po trzech latach od przejęcia władzy przez PiS zaczęły chyba nie bez przyczyny łagodzić stanowisko i podkreślać wagę m.in. „nieustannego dialogu”). Gdyby uroczystość 550-lecia parlamentaryzmu zasadzała się na debacie, celebrację jubileuszu parlamentaryzmu można by było postrzegać jako zgodę ponad podziałami, jako celebrację polskości, która trwa od stuleci; która jest trwalsza od bieżących sporów. Byłoby to przyznanie, że owszem, mamy różne wizje Polski, ale jesteśmy jedną wspólnotą polityczną i właśnie świętując rocznicę zaistnienia parlamentaryzmu, wypowiadamy różne diagnozy na temat Polski, wzajemnie się krytykując i kłócąc. Byłoby to przyznanie, że mimo różnic jesteśmy jednym narodem; że spór nadaje Polsce paradoksalną harmonijność.

Zamiast „celebracji trwałości polskości” środowisko Zjednoczonej Prawicy wybrało jednak absolutyzację własnego stronnictwa: zakazując debaty, dało znak, że wyklucza opozycję z grona tych, którzy mają moralne prawo do bycia kontynuatorami Rzeczypospolitej na przestrzeni dziejów. Z podobnych powodów w lutym upolityczniony Trybunał Konstytucyjny nie dał szansy nikomu spoza środowisk PiS – dziennikarzom czy zainteresowanym ludziom nauki –  na uczestnictwo w debacie o tożsamości konstytucyjnej.

Taką dzielącą wizję dobrze odzwierciedla przemówienie prezydenta Andrzeja Dudy, które rozpoczynało i jednocześnie kończyło pozbawione debaty święto parlamentaryzmu. „Sejm i Senat są miejscem debaty, wymiany argumentów, także szermierki na słowa. Lecz spory te muszą toczyć się w granicach, które zakreśla poczucie odpowiedzialności za całość naszej wspólnoty i za to najwyższe dobro, którym jest Rzeczpospolita” – mówił wywodzący się z PiS prezydent. To zdanie mogłoby streszczać wizję polskości i politycznego sporu prezentowaną przez posłów i senatorów Zjednoczonej Prawicy: rządzący politycy uznali, że spór, owszem, może się odbywać, ale w granicach wyznaczonych przez dobro wspólnoty, a tak się akurat składa, że obecna opozycja nie posiada poczucia odpowiedzialności, więc nie może być dla niej zorganizowana debata. Obecna opozycja to ludzie niemoralni, ludzie – jak mówił Jarosław Kaczyński – gorszego sortu. Podejście to można dostrzec w widocznym już od grudnia 2015 roku – jak również obecnie przy pracach nad zmianami w Sądzie Najwyższym – niedopuszczaniu opozycji do głosu na sejmowych komisjach. Mimo że za poprzednich rządów Sejm też bywał „maszynką do głosowania” (np. w kwestii OFE w 2013 roku), to przed jesienią 2015 roku nie zdarzało się nachalne zabieranie głosu opozycji, a poprawki zgłaszane przez opozycję były rozpatrywane.

Smutnym obrazem triumfu światopoglądu, wedle którego parlament to nie miejsce polskości mimo różnic, ale polskości „jedynie słusznej”, poza którą nie ma „prawdziwej” przynależności do narodu, pozostaje zakończenie nader krótkiego sprawozdania stenograficznego obchodów 550-lecia parlamentaryzmu. „Jedynym sprawiedliwym”, który postanowił w beznadziejnej sytuacji zawalczyć o debatę, był Witold Zembaczyński, poseł Nowoczesnej, jedyny opozycjonista na sali. Po tym, jak wyznaczona posłanka zaprotokołowała posiedzenie, marszałek Kuchciński powiedział: „Zastrzeżeń nie wniesiono. W związku z tym stwierdzam, że Zgromadzenie Narodowe protokół przyjęło”. Następnie autor sprawozdania notuje: „Poseł Witold Zembaczyński: Jest, panie marszałku, zastrzeżenie do protokołu”; „Głosy z sali: Siadaj, siadaj!”. Tuż potem marszałek mówi: „Zamykam obrady Zgromadzenia Narodowego”. Parlament, w którym przed chwilą padały zdania prezydenta o tym, że jest to miejsce debaty, zignorował zapalny punkt, dzięki któremu prawdziwy parlamentaryzm właśnie mógł być celebrowany. Być może jednak jeszcze nie jest tak źle, skoro informacja o sprzeciwie Zembaczyńskiego została odnotowana w sejmowym sprawozdaniu. Jest to świadectwo, że różnica poglądów – o której mówił Duda – naprawdę istnieją. Chciałabym wierzyć, że rządzący nie przekroczą granicy i nie zaczną kazać wykreślać wypowiedzi opozycjonistów z parlamentarnych stenogramów.

Nie zapominajmy też, że polski parlament odgrodził się w dniu swojego 550-lecia nie tylko od parlamentarnej opozycji, ale też od obywateli, którzy mogli w ten dzień jedynie z daleka obserwować Zamek Królewski, otoczony barierkami i funkcjonariuszami służb mundurowych. Lepiej się bowiem zabezpieczyć przed obywatelką, która w swojej brawurze chciałaby przyjść posiedzieć na debacie, błędnie uważając, że polskość jest zjednoczeniem mimo różnic.