Kiedy dowiaduję się, że jestem śmiertelnie chory, to Bóg we mnie i ze mną przeżywa lęk i rozpacz – sam Chrystus choruje ze mną. I jest w tej sytuacji równie bezbronny jak ja – mówił ks. Jan Kaczkowski w książce „Żyć aż do końca. Instrukcja obsługi choroby”.

Katarzyna Jabłońska: Szpital i hospicjum to miejsca, gdzie ksiądz wydaje się bardzo na swoim miejscu.

Ks. Jan Kaczkowski: No jasne: jak trwoga, to do Boga!

Najpierw do księdza. Ale mówiąc serio: myślisz, Janie, że dla Boga ma znaczenie, czy człowiek zwraca się ku Niemu w momencie, kiedy spotyka go coś złego, czy w sytuacji, kiedy dobrze mu się wiedzie?

– Żartowałem. Rzeczywiście, prawdą jest, że kiedy człowiek znajduje się w kryzysie, wówczas w jego życiu może zadziać się wiele ważnych i dobrych rzeczy. Takim kryzysem jest na pewno choroba własna albo kogoś bliskiego. To sytuacja często ekstremalna, w której człowiek gotów jest na radykalne zmiany w swoim życiu – i dotyczy to nie tylko kwestii jego relacji z Panem Bogiem, ale także z żoną, dziećmi, bratem, z którymi na przykład od lat jest skłócony czy po prostu zaniedbywał z nimi relacje. Oczywiście nie należy tych kryzysów celowo wywoływać, skoro jednak samo życie je nam podsuwa, warto je twórczo wykorzystać. A to znaczy, że ja jako kapelan w hospicjum i szpitalu czy szkolny katecheta powinienem się czasem wychylić, nawet jeśli istnieje niebezpieczeństwo, że dostanę w łeb.

Zdarzyła ci się taka sytuacja?

– Że dostałem w łeb? No, nie dosłownie, ale niejeden posłał mi takie wiązanki słowne, że w pięty mi poszło, chociaż nie jestem przecież facetem, który dałby sobie w kaszę dmuchać. Kapelan w szpitalu musi być przygotowany na to, że jego dobre intencje mogą być zupełnie opacznie zrozumiane, a zaangażowanie duszpasterskie uznane za nachalność. Tego się człowiek szybciutko uczy, dwa razy dostanie po nosie i będzie uważał, żeby nie być zbyt przebojowym lub obcesowym – podprowadzenie człowieka do decyzji uporządkowania życia duchowego wymaga starań nieco subtelniejszych niż promocja parówek czy szamponu. Subtelniejszych i zwykle rozciągniętych w czasie. Każdy człowiek jest inny, jednego można „podejść” poważną rozmową, innego śmiechem albo wręcz wygłupem. Czasem warto nawet zrobić z siebie małpę, żeby jakoś zahaczyć się w rzeczywistości konkretnych ludzi.

To jest właśnie ta okoliczność, w której cel uświęca środki?

– Na pewno nie uczyniłbym z tej zasady reguły, ale rzeczywiście czasem bywa nad wyraz skuteczna, sądzę więc, że niekiedy można się nią posłużyć. W szpitalu czy hospicjum spotykamy wierzących i niewierzących – pacjentów, ich bliskich, personel szpitalny czy hospicyjny – i na wszystkich tych ludzi możemy mieć pozytywny lub negatywny wpływ.

Kapelan w szpitalu musi być przygotowany na to, że jego dobre intencje mogą być opacznie zrozumiane, a zaangażowanie duszpasterskie uznane za nachalność

Zaś agresja człowieka wobec księdza to często przykrywka złości wobec choroby i trudnej sytuacji, w jakiej się znalazł on albo jego bliski, o którą niesłusznie oskarża Pana Boga. Tak jakby to On był bezpośrednim sprawcą doświadczanego przez nas zła czy cierpienia. Kapelan obrywa niejako rykoszetem.

Obrywa, ponieważ uznawany jest za naziemny personel Pana Boga. Co mówisz człowiekowi, który wprost formułuje oskarżenia wobec Boga, bo jest przekonany, że za cierpienie i zło, których doświadcza, odpowiedzialny jest właśnie Bóg?

– Mówię, że tu musiała zajść jakaś piramidalna pomyłka, tu nie może chodzić o Boga chrześcijan, bo On jest maksymalnie bliski człowiekowi. I niejako „wdziera się” w naszą biologię, a my wszyscy – bez względu na to, czy wierzymy, czy jesteśmy ateistami – dzięki temu zyskujemy niezbywalną godność. Dla katolika oznacza to dodatkowo coś jeszcze bardziej niezwykłego: nasza uświęcona odtąd biologia ma prawo przyjąć Jego ciało. I to ciało nie jedynie symboliczne, ale prawdziwe. Skoro więc Bóg jest tak niewyobrażalnie blisko człowieka, absurdem jest obwinianie Go o zło, które spotyka nas czy świat. Kiedy więc dowiaduję się, że jestem śmiertelnie chory, to On we mnie i ze mną przeżywa lęk i rozpacz – niejako sam Chrystus choruje ze mną. I jest w tej sytuacji równie bezbronny jak ja. Kiedy tracę pracę, Chrystus we mnie współodczuwa i współcierpi – i ze mną tę pracę traci.

Fragment książki Katarzyny Jabłońskiej i ks. Jana Kaczkowskiego „Żyć aż do końca. Instrukcja obsługi choroby”. Tytuł tekstu pochodzi od redakcji.