Przed mundialem wszelkie nieliczne i ciche sugestie, że król – trener i polska reprezentacja – jest nagi, wystawiały ich autorów na hejt lub pośmiewisko. Aż nadszedł pierwszy mecz.

Dla polskich piłkarzy i kibiców lepiej by było, gdyby w mistrzostwach świata nie startowała reprezentacji Chorwacji. Bez niej może mielibyśmy mniejsze wyrzuty sumienia. Chorwaci pokazali jak się gra w piłkę, mając choćby i nóż na gardle. Prezydent kraju, Kolinda Grabar-Kitarović, ubrana w koszulkę reprezentacji, nie tylko dopingowała rodaków na kilku meczach i bratała się z kibicami, nie tylko przylatywała na mecze za prywatne pieniądze w ramach urlopu bezpłatnego, ale po przegranym finale pokazała klasę, tuląc swoich piłkarzy i gratulując serdecznie zwycięzcom. Rozmawiała z Władimirem Putinem po niemiecku, z prezydentem FIFA Giannim Infantino po angielsku, z prezydentem Emmanuelem Macronem i francuskimi piłkarzami w ich języku, a z argentyńskim sędzią Nestorem Pitaną po hiszpańsku. Jego akurat to powinna trochę skrzyczeć, bo – szczególnie w pierwszej połowie – skrzywdził Chorwatów swoimi decyzjami. Niektórzy tonują zachwyty nad panią prezydent, bo nie dość zdecydowanie przeciwstawia się w swoim kraju nacjonalistycznym nurtom, nawiązującym do tradycji faszystowskich ustaszowców.

Czy prezydent Chorwacji powinna w ogóle pojawić się w Rosji? To samo pytanie dotyczy innych przywódców i monarchów. Owszem, politycy lubią się wygrzewać w świetle wygranych, ale tak było zawsze, niezależnie od ustrojów i ideologii. Można zapytać: a czy do Moskwy pojechałaby premier Theresa May, gdyby w finale wystąpili Anglicy? Nie sądzę, biorąc pod uwagę napięte stosunki dyplomatyczne między Londynem a Moskwą. Piłkarzy francuskich wspierał z trybun prezydent Macron, a reprezentację Belgii – król Filip I i królowa Matylda. Byli ze swoimi rodakami, walczącymi na boisku.

Sport i polityka będą zawsze stykały się ze sobą, na dobre i na złe. W Polsce ten związek przybiera niekiedy formy absurdalne

Dobrze, że byli. Bojkot imprez sportowych z powodów politycznych nigdy nie przynosił rezultatów. Sama obecność znanych polityków na stadionach w Rosji nie oznacza przecież akceptacji polityki Putina, aneksji przez Rosję Krymu, uwięzienia Olega Sencowa i nie rozwiewa wątpliwości związanych z przyznaniem przez FIFA Rosji prawa organizacji mundialu. A zachęcanie piłkarzy do jego bojkotu nie miało sensu. Co oni mają do tego? Dlaczego mieli się pozbawiać szansy udziału w turnieju, który dla większości uczestników zdarza się raz w życiu? Takie gesty służą tylko politykom do umywania swoich rąk. Łatwo też żądać bojkotu od sportowców w zaciszu swojego pokoju, siedząc przy laptopie na FB, oburzać się na hipokryzję tego świata.

W finałowym meczu na boisko wtargnęli członkowie grupy Pussy Riot. Oglądając transmisję sądziłem, że to jakiś ekshibicjonistyczny wybryk. Dopiero z późniejszych relacji dowiedziałem, że to był protest wymierzony w politykę Putina. W internecie pojawiło się też nagranie z ordynarnego przesłuchania na posterunku milicyjnym na Łużnikach. Taki protest można było przewidzieć, i on też przejdzie do historii mundiali, zwrócił on uwagę światu, że istnieje inna rzeczywistość, radykalnie różniąca się od radosnych obrazów roześmianych i bawiących się kibiców różnych narodowości.

Sport i polityka będą zawsze stykały się ze sobą, na dobre i na złe. W Polsce ten związek przybiera niekiedy formy cokolwiek absurdalne. Na jednym z meczów, rozgrywanych niedawno na Stadionie Narodowym w Warszawie prezydent siedział schowany w loży, w otoczeniu obstawy. Wyszedł na trybunę dopiero na ostatnie minuty. Spiker nie mógł poinformować o obecności głowy państwa w obawie, że oklaski na jego część nie będą zbyt głośne.

Polskie rozczarowanie

Powiedzieć, że Polacy zawiedli to nic nie powiedzieć. Trzeci mundial w XXI wieku był dla nas najsłabszy. Wprawdzie powtórzony został scenariusz: mecz otwarcia, mecz o wszystko, mecz o honor, ale nawet z tym honorem nie bardzo wyszło. W końcówce, przy prowadzeniu Polski 1:0 Japończycy zaczęli grać na czas, bo obliczyli, że przy wyniku drugiego meczu w grupie, Senegal – Kolumbia, niska porażka gwarantuje im awans do drugiej rundy.

„Niebiescy samuraje” podawali sobie więc piłkę na środku boiska, „biało-czerwoni ułani” biernie się temu przyglądali, a przy linii bocznej stał Jakub Błaszczykowski. Nie mógł wejść na boisko, bo mecz trwał. I wtedy Adam Nawałka zastosował nowatorski, nieznany na cywilizowanych stadionach wariant taktyczny. Trenerzy w takich sytuacjach zazwyczaj mówią piłkarzom: walczcie, zabierzcie im piłkę! Nawałka powiedział stojącemu najbliżej Kamilowi Grosickiemu: „Połóż się, to sędzia przerwie grę”.

Nim Grosicki się położył, sędzia rzeczywiście zagwizdał, bo upłynął czas gry. Tyle zostało z ułańskich szarż. Błaszczykowski stał tak sobie przez kilka minut i poszedł do szatni, bo właśnie dla Polaków skończył się mundial.

Ten żenujący epilog pasował do poprzedzających go wydarzeń. Po udanym dla Polski EURO 2016 (znaleźliśmy się w gronie ośmiu najlepszych reprezentacji) wydawało się, że przyszła pora na zawojowanie świata. Trener zdał egzamin, kilku piłkarzy grało w dobrych europejskich drużynach, portale i niektóre gazety zasypywały czytelników informacjami o niebywałym zainteresowaniu klubów polskimi piłkarzami. Roberta Lewandowskiego przez ostatnie dwa lata dziennikarze „sprzedali” już kilkanaście razy do Realu, Chelsea, PSG. A on wciąż gra w Bayernie.

Eliminacje do mundialu wygraliśmy w niezłym stylu. To, w połączeniu z euforią, w jaką wpadła prasa, wytworzyło u części przeciętnych kibiców przekonanie, że polska piłka znalazła się w pępku futbolowej cywilizacji. Do tego dochodziła polityka PZPN, który wytworzył wokół kadry atmosferę tajemnic, otoczył ją widzialnymi i niewidzialnymi barierami, odgrodził od ludzi. Tworzył wrażenie, że oto jesteśmy świadkami misterium, którego nie możemy oglądać, bo jest zastrzeżone dla wąskiego kręgu wtajemniczonych.

Adam Nawałka znakomicie wkomponował się w tę atmosferę, sam ją zresztą umacniał. Nie udzielał wywiadów, jak już wypowiadał się na konferencjach to dawał do zrozumienia, że wszystko wie i nad wszystkim panuje. Mówił zawile o sprawach prostych, jakby chciał im dodać powagi. No i uprawiał te swoje gusła, w rodzaju zakazu wstępu kobiety do autokaru reprezentacji i zakazu używania przez kierowcę biegu wstecznego kiedy kadra wyruszała na mecz.

Trener jest sympatycznym, zawsze uśmiechniętym, dobrze ubranym człowiekiem, więc w połączeniu z wynikami miał wysoki wskaźnik zaufania społecznego. Wszelkie nieliczne i ciche sugestie, że król jest nagi, wystawiały autorów takich uwag na hejt lub pośmiewisko. Aż nadszedł mundial i stało się to, czego nikt, łącznie z krytykami w podziemiu, się nie spodziewał: pies myśliwski, zagłaskany, karmiony polędwicą, przekonany, że jest najładniejszy na wystawie, stracił węch.

Po reprezentacji Polski nikt nie płakał, nikt jej nie będzie pamiętał, bo poza wstydliwym kunktatorstwem w meczu z Japonią, nie zapisała się w mundialu niczym wyjątkowym

Na pierwszy mecz, z Senegalem, Adam Nawałka wystawił skład, w jakim nie mieliśmy prawa wygrać. Mimo głębokiej wiedzy o polskich zawodnikach, popartej wynikami badań na temat ich zdrowia, wydolności, meczów ligowych w nogach, trener podjął decyzje samobójcze, dotyczące zarówno składu, jak i taktyki. Przegraliśmy 1:2, a symbolem porażki był samobójczy gol Thiago Cionka. Przypadkowy, to fakt, ale zaliczył go obrońca, którego umiejętności nie dawały podstaw do powołania go do reprezentacji. Tylko Nawałka miał inne zdanie i trzeba było dopiero bolesnej próby, aby się o tym przekonał.

Dobry trener wyciąga po porażce wnioski. W drugim meczu „o wszystko” z Kolumbią, Nawałka pogrążył się jeszcze bardziej. Wrócił do systemu gry z trzema obrońcami, na co szybcy kolumbijscy skrzydłowi tylko czekali.

Kadra była już wtedy wewnętrznie rozbita. Robert Lewandowski nie przypominał zawodnika z eliminacji i Bayernu, Piotr Zieliński się przestraszył. Miał być drugim Deyną, a pozostał w piaskownicy. Grzegorz Krychowiak przechadzał się majestatycznie po boisku, jakby wciąż tkwił w drogim garniturze. Kiedy coś nie idzie, trener potrzebny jest szczególnie. Ale nasz nie bardzo wiedział, co się dzieje. Przegraliśmy 0:3.

Nie sprawia mi przyjemności pisanie o tym wszystkim jeszcze raz, bo przegrała reprezentacja mojego kraju, a ja lubię tych piłkarzy i trenerów, nad którymi teraz się pastwię. Dziś wszyscy krytykują, bo łatwo. Ale kiedy krytykować, jak nie po fakcie?

Smutne jest jeszcze coś. Po reprezentacji Polski nikt nie płakał, nikt jej nie będzie pamiętał, bo poza wstydliwym kunktatorstwem w meczu z Japonią (a przecież wygranym), nie zapisała się w mundialu niczym wyjątkowym. Wielu kibiców mówiło wprost, że po odpadnięciu najsłabszych zaczęły się prawdziwe mistrzostwa, do których nie pasowaliśmy. Z jednej skrajności w drugą.

Kogo zapamiętamy

Jednak nawet wśród tych najsłabszych byli piłkarze, świadomi swoich słabości, ale nadrabiającym braki ambicją, walczący do upadłego i czasami skutecznie. Zapamiętamy Koreańczyków, którzy w swoim „meczu o honor” pokonali 2:0 mistrzów świata, Niemców, wbijając im obydwa gole w doliczonym czasie i wyrzucając tym samym z turnieju. Do tej pory to „na końcu zawsze wygrywali Niemcy”.

Swoje wielkie mecze mieli Irańczycy, którzy napędzili stracha Portugalczykom, i Marokańczycy, z którymi Hiszpanie ledwo zremisowali. Meksykanie pokonali aktualnych mistrzów świata. Islandczycy, których jest w kraju tylu, co mieszkańców Lublina, zaczęli turniej od remisu z Argentyną. Islandzki bramkarz Hannes Halldorsson obronił rzut karny, wykonywany przez Leo Messiego i po takim wyczynie może zakończyć karierę. Charakterystyczny doping Islandczyków został przejęty przez kibiców innych krajów.

Odpadnięcie Niemców już po fazie grupowej to największa sensacja turnieju. Ale mistrzowie odpadali w podobnych okolicznościach już wcześniej: w roku 2002 (Francja), 2010 (Włochy) i 2014 (Hiszpania). Najlepsi zawodnicy rozgrywają w sezonie ligowym najwięcej meczów, więc przystępują do turnieju najbardziej zmęczeni. Czasami, jak w przypadku Hiszpanów, kończy się skuteczność pewnego sposobu gry (w tym wypadku tiki taki), na którą przeciwnicy znajdują sposób. Odchodzą najstarsi zawodnicy, inni nie wytrzymują ciężaru sławy.

Po miesiącu oglądania meczów, pisania i mówienia o nich, trudno żyć bez mundialu

Szczególnym przypadkiem jest Brazylia. Jeszcze prowadzi na liście tych reprezentacji, które mają najwięcej kibiców na całym świecie. Zapracowały na to pokolenia Pelego, Garrinchy, Zico, Romario, Ronaldo, Ronaldinho, Kaki, Roberto Carlosa czy Cafu. Żółte koszulki Canarinhos to w futbolu symbol piękna i skuteczności. Ale to się może skończyć. Neymar, niewątpliwie nadzwyczaj zdolny napastnik, stawiany w jednym rzędzie z Messim i Cristiano Ronaldo, zostanie po tym mundialu zapamiętany nie z powodu wyjątkowych akcji i strzałów, ale niekończących się dryblingów, prowadzących do nikąd oraz groteskowych upadków, po których turlał się po boisku jak bezradne dziecko.

Brazylia odpadła w ćwierćfinale, po meczu z bardzo dobrą Belgią. Eden Hazard, lider tej drużyny oraz Luka Modrić z Chorwacji przywrócili pamięć najlepszych „mózgów drużyny” z przeszłości. Mecz Belgów z Japonią, od 0:2 do 3:2 był niezwykle ekscytujący. Podobnie jak walka Chorwacji od 0:1 z Danią, Rosją i Anglią, po zwycięskie dogrywki lub karne. To były naprawdę waleczne serca w biało-czerwoną szachownicę, z małego kraju, jeszcze ćwierć wieku temu ogarniętego wojną domową.

Młoda reprezentacja Francji wytrzymała presję. Nie udało się strzelić gola napastnikowi Oliverowi Giroud, to zastępował go o dwanaście lat młodszy Kylian Mbappe. Francuzi nie mieli słabych punktów, a ich trener Didier Deschamps okazał się takim samym mistrzem teraz, jak dwadzieścia lat temu, kiedy podnosił Puchar Świata jako piłkarz.

***

Po miesiącu oglądania meczów, pisania i mówienia o nich, trudno żyć bez mundialu. Mimo, że lepsze już widziałem.

Koniec mistrzostw to dla kibica początek czekania na następne. Czy Jerzy Brzęczek i prowadzona przez niego reprezentacja sprawią nam więcej radości? Tego nie wie nikt, to „tajemnica mundialu”: słowa-klucze dla wszystkiego, co związane jest z piłką. Wiem tylko, że nowym selekcjonerem został przyzwoity człowiek, w przeszłości bardzo dobry piłkarz, jeden z trzech Polaków, którzy wbili Anglikom bramkę na Wembley. I robię sobie nadzieję.