Psychoterapia – choćby uprawiał ją bardzo wierzący i praktykujący katolik – nie powinna być miejscem ewangelizacji. Natomiast ksiądz nie powinien po dyletancku wpychać paluchów w cudze powikłania i emocje.

Dzięki nieco przewrotnemu zabiegowi, umieściłem w tytule obok siebie nazwiska dwóch wybitnych myślicieli: Zygmunta Freuda i Tomasza z Akwinu. Uznałem, że można wskazać istotne podobieństwa w nauce o sumieniu jednego i drugiego, choć kontekst i treść nauczania każdego z nich są zupełnie różne. Jestem jednak głęboko przekonany, że freudowskie odkrycia stanowią interesujące uzupełnienie klasycznej nauki Tomasza z Akwinu. Mogą także pomóc rozświetlić od innej strony istotne dla człowieka sprawy sumienia i poczucia winy.

Superego i poczucie winy

To, co Zygmunt Freud mówi o sumieniu jest przede wszystkim związane z funkcją superego. „Z punktu widzenia ograniczeń popędu, z punktu widzenia moralności, można powiedzieć tak: «id” jest całkowicie amoralne; «ego» stara się być moralne; «superego» może być przesadnie moralne i staje się wtedy okrutne”. Moralność jest zdaniem Freuda częścią superego, częścią uwewnętrznionej kultury. A kultura jest źródłem cierpienia, bo stawia bariery naszemu Lustprinzip, czyli „zasadzie przyjemności”. Jest jednak konieczna dla współżycia społecznego, albowiem bez niej ludzie staliby się wzajemnie dla siebie katami i ofiarami.

Freud twierdzi, że nie przychodzimy na świat z gotowym sumieniem. Ono dopiero kształtuje się w nas i pojawia się gdzieś około piątego roku życia. Zakazy i ideały zostają wówczas uwewnętrznione i odtąd przemawiają do nas już nie tylko głosem naszych rodziców, lecz jesteśmy przekonani, iż przemawiają do nas n a s z y m własnym głosem. Rodzic kształtuje w nas wymagania superego nie w oparciu o swoje ego, lecz w oparciu o swoje superego. To znaczy, że przekazuje nam zarówno zakazy, jak i ideały zgodnie z pewnymi normami, które są już przyjęte w kulturze i usankcjonowane przez tradycję, przekazywane z pokolenia na pokolenie. Zwraca też uwagę na zróżnicowane typy postaw rodzicielskich. Rodzic może być albo bardzo wymagający, albo bardzo pobłażliwy. Pisze: „Wbrew naszym oczekiwaniom okazuje się jednak, że również wtedy, gdy dziecko było wychowywane łagodne i dobrotliwie, gdy w miarę możności unikano gróźb i kar, to Nad-ja może zyskać te same cechy nieprzejednanej surowości. Dziecko chowane wyjątkowo łagodnie i pobłażliwie daje ujście swojej agresji w stosunku do innych, natomiast gdy jest wychowywane w sposób bardzo surowy, często owocuje to agresją przeciw samemu sobie i to jest źródłem nerwic”.

Freuda, jako psychiatrę, interesuje przede wszystkim związek pomiędzy poczuciem winy a nerwicą. Jak sądzę, utożsamia on poczucie winy z głosem sumienia. U niego sumienie to jednak nie pełne poczucie winy, tylko jego część uświadomiona. „Sumienie to uświadomione, zwerbalizowane poczucie winy, podczas gdy w przypadku nerwic mamy do czynienia zawsze z pewną dozą nieświadomego poczucia winy. (…) Poczucie winy, surowość owego superego jest tym samym, co przyznanie, że ja postrzegam, że oto jestem w pewien sposób nadzorowany. To napięcie między spontanicznym dążeniem do realizowania moich pragnień a cenzorską funkcją Nad-ja, jest u podstaw całego stosunku, w którym rodzi się w człowieku lęk”. Zasadniczą siłą sprawczą nerwicy są różne postacie lęku.

Freud pisze dalej: „Jest pewne, że poczucie winy jest bardzo ściśle związane ze świadomością skruchy”. Ważne jest wzięcie odpowiedzialności za swoją winę i dążenie do jej naprawienia. Jak wiadomo, Freud w swej „Genezie kultury i religii” posłużył się mitem pierwotnej wspólnoty ludzkiej. Była ona zorganizowana w formie plemienia, w którym władzę sprawował najstarszy i najsilniejszy samiec, do którego należały wszystkie samice. Nie podobało się to młodszym samcom i postanowili zabić ojca. W ten sposób narodziła się kultura, moralność i religia. Zabójstwo ojca było – w tej interpretacji – początkiem całej historii ludzkości i w pewnym sensie jest obecne w historii każdego człowieka. Z tego rodzi się „nieświadome poczucie winy”, które w późniejszych swoich pracach Freud zamienia na „nieświadomą potrzebę bycia ukaranym”. Dzięki temu określeniu połączył on problem poczucia winy z problemem skruchy.

Freud twierdzi, że nie przychodzimy na świat z gotowym sumieniem

Poczucie winy – świadome i nieświadome – niewątpliwie jest źródłem przynajmniej dwóch rodzajów nerwic, mianowicie nerwicy natręctw oraz melancholii. „W różnych postaciach nerwicy natręctw poczucie winy odzywa się bardzo głośno, jednakże nie może się przed ego usprawiedliwić; dlatego też Ja chorego broni się przed przypuszczeniem, że jest winne i żąda od lekarza, by dodał mu siły w walce z owym poczuciem winy”. Oczywiście jest to absurdalne żądanie, albowiem lekarz niewiele może tu pomóc. Trzeba natomiast wykryć jakieś stłumione impulsy, które dają początek takiemu poczuciu winy. „Chory na nerwicę natręctw, w przeciwieństwie do chorego na melancholię, właściwie nigdy nie dopuszcza do siebie samobójstwa. Jest uodporniony przed niebezpieczeństwem. Jego ego broni się zrzucając winę na innych”. Natomiast melancholik – to ego oskarżone przez poczucie winy. Uznaje swoją winę i poddaje się karze.

W literaturze freudowskiej na temat tych dwóch rodzajów nerwic szerzej został potraktowany związek pomiędzy poczuciem winy a samą etiologią nerwicy. „Nawet w histerii i stanach typu histerycznego poczucie winy pozostaje nieświadome” mówi Freud. Histeryczne ego broni się przed uświadomieniem sobie wszystkich ataków superego poprzez wyparcie się ich. Nie wiem, czy można byłoby powiedzieć, rezygnując z języka freudowskiego, że zasadnicza funkcja superego, czyli funkcja socjalizująca, jest odpowiedzią na wymóg spełniania oczekiwań tych, których uznajemy za autorytety. Jest to swego rodzaju interioryzacja oczekiwań innych ludzi, które są do nas skierowane i ciążą na nas. Niespełnianie owych oczekiwań owocuje często bolesnym i nerwicogennym poczuciem winy.

Sumienie

Jak freudowska teoria superego ma się do problemu sumienia w znaczeniu tradycyjnym? Przez stanowisko tradycyjne rozumiem to, które ukształtowało się zarówno w greckiej myśli filozoficznej, jak i w tradycji biblijnej.

Zacznijmy od fragmentu z „Antygony” Sofoklesa, w którym tytułowa bohaterka mówi do Kreona:

A nie mniemałam, że ukaz twój ostry
Tyle miał wagi i siły w człowieku,
Abyś miał łamać święte prawa Boże,
Które są wieczne i trwają od wieku,
Że ich początku nikt zbadać nie może
Ja też nie chciałam ulęknąć się człeka
I za złamanie praw tych kiedyś bogom
Zdawać tam sprawę.

A więc prawo, które Antygona odczytuje w swoim sumieniu, jest zgodne z poglądem Sokratesa, który mówił, iż musi słuchać głosu dajmoniona – czyli bóstwa, które do niego przemawia. Jego głos jest ważniejszy od głosu społeczności ateńskiej. Obecność tego zagadnienia w tradycji biblijnej wyraża bardzo dobrze fragment Listu św. Pawła do Rzymian (2, 14): „Bo gdy poganie, którzy Prawa [pisanego, obecnego w Starym Testamencie] nie znają, idąc za naturą czynią to, co nakazuje Prawo, sami dla siebie są Prawem. Wykazują oni, że sama treść Prawa wypisana jest w ich sercach. Gdy zarazem sumienie staje jako ich świadek, a mianowicie ich myśli na przemian ich oskarżające i uniewinniające”. Treść Prawa wypisana jest zatem w sercach. W nowoczesnej terminologii filozoficznej można byłoby termin „serce” zastąpić słowem „egzystencja”. W takim ujęciu człowiek sam dla siebie jest Prawem, bo odczytuje Prawo w sobie. Nomos to po grecku „prawo”, od tego pochodzą heteronomia, w myśl której prawo jest czymś obcym i narzuconym (heteros – obcy) i autonomia, czyli prawo brane z siebie. W teologii chrześcijańskiej człowiek odczytuje prawo w swoim sercu, ale nie jest sprawcą tego prawa. Sumienie zatem nie jest autorem prawa, lecz świadkiem tego prawa, wypisanego w sercu.

Poczucie winy u Freuda wynikało z tego, że ideał został narzucony z zewnątrz. Superego jest narzuconym cenzorem, który określa powinności.

Według doktryny św. Tomasza na życie umysłowe składają się dwa elementy: poznanie i działanie. Poznanie to intelekt. Intelekt jest czymś więcej niż rozum. Według średniowiecznej łaciny „posługiwać się intelektem” znaczyło tyle co intus legere – „czytać głębiej”. Z naszej nowożytnej terminologii odpowiada temu najbardziej pojęcie intelektu jako intuicji intelektualnej. Intelekt może być spekulatywny (czyli rozumujący) i praktyczny. Spekulatywny dąży do poznania, którego ostatecznym rezultatem jest wiedza, mądrość, rozumienie. Praktyczny natomiast jest częścią władz umysłowych, które kierują twórczością i działaniem. On zarówno kreuje postępowanie, jak i kieruje nim. Zasadniczą sprawnością etyczną, która w dojrzałej postaci wytwarza praktyczny rozum, jest roztropność – prudens. Pojęcie to nie ma nic wspólnego z oportunizmem czy cwaniactwem. Roztropność w klasycznym znaczeniu to umiejętność zastosowania niezmiennych zasad etycznych w zmiennej sytuacji. Człowiek etyczny nie jest doktrynerem. Nie przypomina czołgu, który jedzie miażdżąc po drodze wszystko, gdyż sam uważa się za cnotliwego. Przypomina raczej amfibię – pojazd umiejący dostosować się do konkretnych sytuacji.

U podstaw roztropności leży syndereza. Nawiązując do słów Pawła z Tarsu można powiedzieć, że to właśnie ona jest owym głosem słyszanym w sercu. Wyraża się w prostej, jeszcze nieskonkretyzowanej świadomości powinności: czyń dobro, unikaj zła. Innymi słowy przekonanie o istnieniu owej synderezy jest równoznaczne ze stwierdzeniem, że w człowieku istnieje w sposób zupełnie naturalny zdolność do tego, aby swoje czyny i działania oceniał nie tylko ze względu na ich skuteczność, ale na wartość etyczną. W tym nakazie czysto formalnym nie ma jeszcze precyzyjnego określenia, co to znaczy: dobro i zło. Człowiek rozstrzyga to sam w konkretnej sytuacji. Obecne jest tylko podstawowe dążenie, które każe człowiekowi ocenić. Nad nim nadbudowane jest sumienie, po łacinie conscientia. Scientia to wiedza, con oznacza współ-, a całe słowo – współwiedzę. Sumienie jest świadomością współtowarzyszącą każdemu mojemu działaniu. Tomasz z Akwinu umieszcza sumienie w sferze intelektu i twierdzi, że jest to akt rozumu praktycznego.

Człowiek etyczny nie jest doktrynerem. Nie przypomina czołgu, który jedzie miażdżąc po drodze wszystko, gdyż sam uważa się za cnotliwego

Sumienie jest więc aktem rozpoznania moralnej wartości czynu dokonywanego w konkretnej sytuacji i konkretnych okolicznościach. Sumienie jest aktem mojego własnego, praktycznego myślenia. Nie jest żadnym głosem, który do mnie przemawia. Ta definicja ma bardzo istotne znaczenie zarówno dla duszpasterza, jak i terapeuty. Jeden i drugi spotykają się z ludźmi, którzy przeżywają trudności i słyszą w sobie po parę głosów na raz. Czują się zdezorientowani, nie wiedząc, za którym pójść. Często owe głosy są wydawane przez poczucie niespełnionego oczekiwania. Na przykład może być tak, że matka chciała, żeby jej córka studiowała budownictwo lądowe, a ona wybrała psychologię. Matka ma jej to za złe. Studiując psychologię dziewczyna ma przez cały czas poczucie winy, bo nie spełniła oczekiwań i tkwi ono w niej głęboko. Dręczą ją nocne koszmary, a przed wyjazdem na weekend do domu budzi się chora. Poczucie winy nie jest głosem sumienia. Sumienie jest głosem rozumu praktycznego, który ma osądzać również i poczucie winy.

Człowiek nie żyje po to, aby spełniać oczekiwania innych, bo każdy z nas może wymienić co najmniej kilka takich oczekiwań, które mogą pozostawać ze sobą w sprzeczności. Mogę spełnić najwyżej tylko jedno z nich. I wtedy pojawia się poczucie winy wynikające z niespełnienia czyichś oczekiwań.

W tym sensie uważam, że Freud genialnie potrafił opisać owo poczucie winy jako superego, czyli uwewnętrznione oczekiwania innych ludzi w stosunku do mnie.

Sumienie, w myśl klasycznej doktryny, jest jednak czymś innym. Sądzę, że w praktyce pomocy zarówno duchowej, niezależnej od wyznania, jak i terapeutycznej, bardzo istotna jest umiejętność rozróżnienia i rozdzielenia tych dwóch rzeczy.

Spotkałem się kiedyś z próbą zestawienia głosu sumienia z głosem superego. Czym kieruje się człowiek posłuszny głosowi superego? Przede wszystkim chce aprobaty autorytetu. Chce zostać zaaprobowany, bo trudno mu zaaprobować samego siebie z powodu niskiej samooceny. Pragnie czerpać wiedzę o sobie i poczucie własnej wartości z aprobaty autorytetu. Posłuszeństwo wobec superego powoduje nie tyle egoizm, co egocentryzm.

Nie jestem zwolennikiem podziału na egoizm i altruizm, wprowadzonego przez francuskiego pozytywistę Augusta Comte’a. Sądzę, że znacznie rozsądniejsze jest sformułowanie ewangeliczne: „miłuj bliźniego jak siebie samego”. Trzeba kochać siebie. Kto nie umie kochać siebie, nie może też kochać innego. Kto nie kocha siebie, jest wielkim egocentrykiem. Największymi egocentrykami są ludzie emocjonalnie powikłani, którzy przez cały czas zajmują się tylko sobą i jeszcze wciągają w to innych.

Natomiast człowiek dojrzały, kierujący się sądami sumienia, a nie poczuciem winy, jest nastawiony twórczo, na dawanie. Stąd podkreślana przez wszystkich teoretyków terapii konieczność rozświetlania egzystencji – mówiąc językiem Jaspersa – przez samego terapeutę. Jeżeli terapeuta sam jest powikłanym emocjonalnie egocentrykiem, to nie może nikomu pomóc. Ranimy najbardziej naszymi ranami. Superego powoduje skupienie się na sobie i na swoim poczuciu winy. Człowiekowi ogarniętemu poczuciem winy odbiera ono siłę do twórczego życia. Podczas gdy człowiek kierujący się sumieniem będzie przede wszystkim skoncentrowany na dobru, na tworzeniu. Dla człowieka ogarniętego poczuciem winy charakterystyczne jest niezadowolenie z siebie. W tym przypadku ma to niewiele wspólnego z jakąś autentyczną oceną.

Terapia sumienia jest rzeczą bardzo ważną. Człowiekowi o sumieniu skrupulatnym trudno wyłonić jasny i zdecydowany osąd z powodu powikłań płynących z poczucia winy czy też niespełniania oczekiwań innych.

Człowiek z powikłaniami typu nerwicowego, które często owocują poczuciem lęku i poczuciem winy, wymaga zarówno pomocy terapeuty, jak i wsparcia duchowego.

W konfesjonale

Moje doświadczenie, moja praktyka, dotyczą konfesjonału, a nie kozetki, symbolizującej działanie psychiatry, dlatego chciałbym się podzielić kilkoma refleksjami na temat sakramentu spowiedzi i jego sprawowania. Myślę, że jest on, a każdym razie może być, miejscem terapii i kształtowania sumienia, jak również leczenia niezdrowego poczucia winy.

Sakrament Pokuty, w co wierzą katolicy i prawosławni – został ustanowiony przez Chrystusa w Dniu Zmartwychwstania, kiedy – mimo drzwi zamkniętych – wszedł do Wieczernika i powiedział, tchnąwszy w apostołów Ducha Świętego: „Komu grzechy odpuścicie, są im odpuszczone, komu zatrzymacie, są im zatrzymane”. Obraz Chrystusa Miłosiernego „Jezu, ufam Tobie!”, w zamyśle teologicznym, przedstawia ten właśnie moment.

Historia tego sakramentu była trudna i powikłana. Nie miejsce tu, aby ją streszczać.

Charakterystyczne dla pierwszych wieków chrześcijaństwa było to, że pokuta poprzedzała rozgrzeszenie. Jeżeli grzech miał charakter publiczny, wyznanie grzechów również odbywało się publicznie. Gdy jeden z cesarzy spalił miasto, biskup Ambroży z Mediolanu nie pozwolił mu wejść do kościoła – kazał mu czekać w worku pokutnym przed wejściem. Historycy wyróżniają różne grupy pokutników: płaczących, których miejsce było przed drzwiami kościoła; słuchających, w przedsionku; klęczących, z tyłu nawy i – pół stojących, czyli takich, których nie dopuszczano do komunii.

Dopiero ok. V wieku zaczęła się rozwijać praktyka indywidualnej spowiedzi, to znaczy – wyznawania grzechów najpierw Bogu, następnie Kościołowi, którego reprezentował kapłan, ale nie w formie publicznej, lecz w formie prywatnej rozmowy.

Największymi egocentrykami są ludzie emocjonalnie powikłani, którzy przez cały czas zajmują się tylko sobą i jeszcze wciągają w to innych

Można powiedzieć, że istniały dwa modele sprawowania spowiedzi. Pierwszy był bardzo wyraźnie modelem sądu, w którym winny przyznawał się do winy i otrzymywał wyrok – karę. Nacisk kładziono na stronę jurydyczną. Drugi model nazywano – medicina salutis – „zbawczą medycyną”. Kładziono w nim większy akcent na to, aby udzielić pomocy człowiekowi, który wyznaje winę i – poprzez nawrócenie – pragnie zmienić swoje życie.

W XVI wieku podczas Soboru Trydenckiego główny nacisk położono na stronę jurydyczną. Ówczesna teologia zakładała, że spowiednik jest sędzią, który ma powinność najpierw ustalić, jaka była prawda, potem osądzić i nałożyć pokutę. W dużym stopniu w praktyce ten model pozostał do dziś.

Niewątpliwie ten jurydyczny styl sprawowania Sakramentu Pojednania był związany z obrazem Boga jako srogiego sędziego: „A kiedy Ojciec rozgniewany siecze” – jak mówi tradycyjna polska pieśń. Dlatego tak bardzo ważną rzeczą jest uprzytomnienie sobie – kim jest tutaj Sędzia? Kto mnie sądzi? To bardzo dziwny sąd. W procesie odkrywania własnej ułomności i winy ważne jest, żebyśmy uświadomili sobie, że ten przedziwny Sąd kończy się egzekucją Sędziego, a nie zbrodniarza. Ów Sąd ma na celu ocalenie tego, który uświadomił sobie prawdę o sobie samym.

Mówiliśmy o sumieniu: nie masz ścigać swego poczucia winy; masz rozumnie, mądrze rozeznać się w swojej sytuacji etycznej, w złu, które czyniłeś, w krzywdzie, którą zadałeś i osądzić swoje czyny. Ale nie chodzi tylko o rozeznawanie, chodzi o podjęcie decyzji, o wzięcie odpowiedzialności.

Spowiedź jest bardzo trudnym doświadczeniem nie tylko z punktu widzenia penitenta, ale też i spowiadającego. Spowiadam już trzydzieści parę lat; dawniej bałem się spowiadać. Bałem się, że będę siedział pod jakimś rynsztokiem ludzkich grzechów i świństw. Jednak nie było tak. Z perspektywy tych lat mogę powiedzieć, że moje doświadczenie jako spowiednika nie jest doświadczeniem ludzkiej grzeszności, lecz – ludzkiej biedy: ludzie są dobrzy, a grzechy są nudne. Simone Weil powiedziała kiedyś, że kłamstwo literatury polega na tym, że to, co złe, w literaturze czy w ogóle w sztuce wydaje się interesujące, a to, co dobre – jest nudne. A w życiu jest odwrotnie.

Oczywiście, ludzie czynią zło, tylko zło nie ma dojścia do rdzenia człowieczeństwa. Jego słabość polega na tym, że musi udawać dobro, bo człowiek złu w czystej postaci nie da się skusić.

Miejsce szczególnej bezbronności

Kiedy rozmawiam z praktykującymi terapeutami, każdy z nich potrafi wyliczyć bardzo wiele przypadków, kiedy przychodzili do niego ludzie poranieni w czasie spowiedzi, bo spowiedź może mieć czasami przebieg nerwicogenny. Religia jest miejscem szczególnej bezbronności człowieka. Może się zdarzyć, że nieroztropny spowiednik nie rozpozna skrupulanta, u którego choroba przybrała postać nerwicy natręctw i „wyśle go do piekła”, tymczasem on się nadaje na kliniczne leczenie.

Ale może zdarzyć się też, że ktoś niezbyt sprawny czy delikatny jako terapeuta nie rozpozna autentycznego problemu egzystencjalnego.

Myślę, że istnieje powinność współpracy pomiędzy terapeutą a duszpasterzem, przy zachowaniu wzajemnej odrębności i autonomii. Psychoterapia – choćby uprawiał ją bardzo wierzący i praktykujący katolik – nie powinna być miejscem ewangelizacji. Natomiast ksiądz nie powinien po dyletancku wpychać paluchów w cudze powikłania i emocje. Terapeuta, gdy rozpoznaje, że istotnym problemem egzystencjalnym jego pacjenta jest problem duchowy, powinien odesłać go do kogoś reprezentującego tę samą tradycję religijną. Czyli katolika powinien skierować do księdza, choćby sam był na przykład buddystą. Nie można mieszać tych dwóch działań, bo pomieszanie ich może być niebezpieczne.

Najważniejszą troską i duszpasterza, i terapeuty powinien być przede wszystkim człowiek – ten oto konkretny człowiek. W czym mamy mu pomóc? W osiąganiu dojrzałości; dojrzałości emocjonalnej – przez wzmocnienie ego – i dojrzałości duchowej, która polega na przekraczaniu ego. Wtedy człowiek autentycznie dochodzi do swej dojrzałości.

Tekst ukazał się w miesięczniku „Więź” nr 2/2004, na podstawie wykładów Profesora wygłoszonych w Szkole Nauki i Wiary OO. Dominikanów w Warszawie w grudniu 2003 r., opracowała Anna Karoń-Ostrowska.