Czy zdawaliśmy sobie sprawę, że przebieg drugiej wojny światowej popycha nas w inne czasy, wolne od drogocennego niegdyś brzemienia romantyczno-mesjanicznego? Że patriotyzm głośny, egzaltowany, deklamacyjny, „wyznawczy”, niemal religijny, ustępuje miejsca czemuś innemu, jeszcze nie najlepiej rozpoznanemu?

Rów w którym płynie mętna rzeka
nazywam Wisłą. Ciężko wyznać
na taką miłość nas skazali
taką przebodli nas ojczyzną.

Zbigniew Herbert

Księże Arcybiskupie, w bardzo udanej książce rozmów z Księdzem Arcybiskupem, „Niewidzialne światło”, rozmówcy (Dorota Zańko i Jarosław Gowin) powiadają w pewnej chwili: „My też odbieraliśmy te wybory (z 4 czerwca 1989) jako dowód jedności społecznej i patriotyzmu Polaków, a dopiero po wielu miesiącach i gorzkich rozczarowaniach przyszła refleksja, że przecież w wyborach, które w gruncie rzeczy były głosowaniem «za» czy «przeciw» niepodległości, wzięło udział zaledwie sześćdziesiąt procent Polaków, z czego jedna trzecia poparła komunistów”. Na co Ksiądz Arcybiskup: „A jeszcze posępniejsza jest statystyka ostatnich wyborów z roku 1997. Mimo zwycięstwa obozu dawnej «Solidarności» trzeba dostrzegać, że ponad połowa uprawnionych do głosowania pozostała w dniu wyborów w domu”. To świadectwo niepokojącego stanu sumień i braku odpowiedzialności za los ojczyzny. Dorota Zańko i Jarosław Gowin za część przynajmniej owego stanu sumień i braku odpowiedzialności obciążają, przy aprobacie Księdza Arcybiskupa, „dziedzictwo czasów komunizmu”.

Bez wątpienia trójka rozmówców ma sporo racji, ale ja, w krótkim tym razem liście do Księdza Arcybiskupa, chcę wskazać inne, coraz mniej podskórne zjawisko naszych czasów: zmianę jakości polskiego patriotyzmu; zmianę, którą zapoczątkowała i potem stopniowo pogłębiała druga wojna światowa. „Na odmienną miłość skazuje nas, odmienną przebodła nas ojczyzną, współczesność”. Piękna strofa Herberta żyje i rozkwita w aurze epoki, odpływającej w przeszłość.

A trwała długo, niewiarygodnie długo, nie umarła, lecz zmieniła nieco formę w dwudziestoleciu 1918-1939, żywiła się sokami romantyzmu, mesjanizmu, mistycyzmu, nawet gdy od roku 1920 patriotyzm polski stał się z elitarnego powszechnym. Patriotyzm głośny, często egzaltowany, oświetlany wciąż jeszcze blaskiem wielkiej poezji z ubiegłego stulecia. Kiedy nazajutrz po wojnie powstał w Rzymie Instytut Literacki, wydawca późniejszej „Kultury” paryskiej, jego pierwszą pozycją były „Księgi narodu i pielgrzymstwa polskiego” ze wstępem piszącego te słowa. Zdawaliśmy sobie sprawę, że przebieg drugiej wojny światowej popycha nas w inne czasy, wolne od drogocennego niegdyś brzemienia romantyczno-mesjanicznego? Że patriotyzm głośny, egzaltowany, deklamacyjny, „wyznawczy”, niemal religijny, ustępuje miejsca czemuś innemu, jeszcze nie najlepiej rozpoznanemu? Przez jakiś czas nie. „Kultura” oddychała z początku rozrzedzonym powietrzem misji patriotycznej, usiłując nawiązać do chlubnej tradycji, starając się opóźnić póki można było proces transformacji zapoczątkowany w roku 1939. Słusznie Maria Janion wysuwa, w tej fazie miesięcznika, Józefa Czapskiego jako bardziej typowego od trzeźwego realisty Jerzego Giedroycia. Czapskiego, który naszych wieszczów zestawiał z prorokami hebrajskimi, który w patriotyzmie widział „przeanielenie”, uprawiał kult „niewinnych ofiar” i „cierpień niezawinionych”. W każdym moim kolejnym „miesiącu lafickim” wydawał mi się raczej zjawą przezroczystą i eteryczną z minionych lat, niż współczesnym emigrantem polskim stąpającym mocno po naszej ziemi (jałowej). W gruncie rzeczy był przede wszystkim rycerzem. O dwóch obliczach: nieco komicznym, gdy (jak mi sam opowiadał) w roku 1920 zdobył Virtuti Militari, przepędziwszy na czele oddziału polskiej kawalerii oddział kozaków z nieprzyjacielskiego wzgórza samym swoim wyglądem jak gdyby legendarnego olbrzyma; tragicznym, gdy błąkał się po Rosji w poszukiwaniu swych zaginionych kolegów-oficerów, wiedząc w duchu dobrze (jak mi sam wyznał), że już nie żyją. I nie było nic dziwnego w tym – choć Czapskiego rzecz bardzo bolała – że rósł wciąż dystans między nim i resztą zespołu Kultury”, z dnia na dzień świadomiej otwartego na nadchodzącą, jakże trudną, przyszłość.

Druga wojna światowa była dla Polaków pasmem zawodów, obietnic zawieszonych w próżni, obligacji wystawianych na wiatr

Ale wymiar tych spraw, ich istota nie upoważniają Marii Janion do histerycznego okrzyku: „Do Europy tak, lecz tylko z naszymi umarłymi!”. Może do NATO też z naszymi umarłymi? Niech śpią spokojnie snem wiecznym, należą tylko do nas.

Janusz Tazbir, w dialogu z Marią Janion, pisze: „Mamy prawo traktować nasze pretensje wobec Europy jako nie spłacony weksel, bo nie udzielono nam skutecznej pomocy w powstaniach, które były odsieczą Zachodowi”. Mamy istotnie takie prawo. Ale w okresie powstań to prawo nie było dostatecznie wyraźne w atmosferze uniesień romantyczno-mistyczno-mesjanicznych. Polacy żyli mimo klęsk wiarą, niewyczerpaną zdawałoby się i nieustępliwą, i co najwyżej zaciskali zęby w oczekiwaniu na następne drgnienie historii. To się zmieniło. Głośny, żarliwy, egzaltowany patriotyzm, żywy jeszcze po jakiemuś w dwudziestoleciu niepodległości pod postacią głupstw o „Polsce mocarstwowej”, a w okresie wojny odrodzony naturalną koleją rzeczy w czynie żołnierskim, zaczął się stopniowo przeistaczać w cichą cnotę patriotyzmu; najpierw, od roku 1939, podświadomie i dość niepostrzeżenie; potem, od roku 1945, z odsłoniętą w pełni siłą (i goryczą). Na to zjawisko, które szybko przekroczyło dawny „weksel” Tazbira, aby zamienić się w permanentny „weksel”, który stopniowo przekształcał umysłowość Polaków, chcę zwrócić uwagę Księdza Arcybiskupa w moim dzisiejszym liście.

Czym była dla Polaków, sprzymierzonych z Zachodem, wywyższonych wręcz do rangi „natchnienia świata”, druga wojna światowa? Pasmem zawodów, obietnic zawieszonych w próżni, wybiegów i wykrętów „dyplomatycznych”, manewrów w „drażliwych” sprawach, obligacji wystawianych na wiatr.

Adam Ciołkosz, mój nieżyjący już przyjaciel, przywódca PPS i płomienny patriota dawnego stylu, miał zwyczaj w powojennym Londynie powtarzać nieustannie: „Ale nas urządzili”. I rzeczywiście. Wolno sobie zaoszczędzić wymieniania wszystkich etapów owego „urządzania”, wystarczy wskazać najdotkliwszą bierność wobec Powstania Warszawskiego, oraz słowa skierowane przez Churchilla do Andersa (oczywiście Andersa z symbolicznym „wekslem”) po kampanii włoskiej: „Może pan sobie teraz zabrać swoje wojsko”. Pamiętam sens ulotki zaadresowanej do żołnierzy polskich przez ministra Bevina (w okropnej polszczyźnie): „Teraz, gdy skończyła się wojna, wzywamy was, byście bez żadnych obaw wrócili do swego wyzwolonego kraju rodzinnego”. Czyli murzyn zrobił swoje, murzyn może odejść.

Historii uczą się ludzie nie tylko z książek i podręczników. Przenika im w krew, formuje ich po cichu. Tak według mnie było z przyciszoną gwałtownie cnotą patriotyzmu, na którą złożyły się obecnie: sceptycyzm, zachwiana wiara, nieufność, podejrzliwość, dmuchanie na zimne. To ona – ta nowa cicha cnota patriotyzmu – wyrosła na miejscu umarłego patriotyzmu dawnego, pełnego egzaltacji, często samodurnego szaleństwa, obojętnego na wszelką przyziemną „rachubę”. Nie jest wcale powiedziane, że w sercach tych, co nieufnie pozostali w domu w dniu wyborów, wygasła całkowicie cnota patriotyzmu; pewne jest jedno: przycichła. Nie wiadomo, co kryje się naprawdę za odpowiedziami sondażowymi Polaków na temat patriotyzmu. Warto przemyśleć „Oblicza polskiego patriotyzmu” Jerzego Jedlickiego.

Wrócę jeszcze na chwilę do lat wojennych i bezpośrednio powojennych, by na przykładzie własnych doświadczeń i obserwacji pokazać zmianę jakości polskiego patriotyzmu. Wspominałem już wielokrotnie, z różnych okazji, że jestem dumny z udziału w bitwie pod Monte Cassino. I dumni byli (jestem pewien, że dalej są, jeśli żyją) moi towarzysze broni. A przecież wiedzieliśmy wszyscy dobrze, że po Teheranie ta bitwa nie służy więcej interesom naszej ojczyzny, że chcieliśmy wziąć w niej udział jedynie po to, by zaspokoić gwałtowną potrzebę częściowego bodaj rozprawienia się z Niemcami za ich zbrodnie. Adolf Bocheński, który zginął pod Anconą rozbrajając niemiecką minę, miał powiedzieć przed śmiercią: „Z tej wojny nie wypada wracać”. Nie wypada w tym właśnie sensie: bez uprzedniego zmierzenia się z wrogiem. Także w jego mężnym sercu ostała się tylko cicha cnota patriotyzmu. I poczucia własnej godności.

Patriotyzm głośny, egzaltowany, romantyczny przyczynił się w końcu do powstania swoistego „gniotu” polskiego, w którym Polak-katolik spode łba patrzy na „obcych”

W powojennym Londynie, w ciężkich warunkach emigracyjnej biedy, dostałem szczęśliwie stałą roczną, jakkolwiek licho płatną, posadę. Osobliwą posadę. Zostałem mianowicie korektorem literackim księgi o Armii Krajowej. Raz w tygodniu przyjeżdżałem z drugiego końca miasta do Instytutu Sikorskiego, gdzie zbierali się autorzy księgi (generałowie Pełczyński, Chruściel-Monter, Ziemski, czasem pułkownik Iranek-Osmecki), aby oddać im poprawione już i podszlifowane rozdziały, i zabrać na tydzień do domu następne. Do moich obowiązków należało też wielogodzinne, milczące przysłuchiwanie się relacjom i dyskusjom generalskim, na wypadek gdyby autorzy postanowili nagle zasięgnąć opinii tzw. próbnego czytelnika. Na twarzach dowódców malowały się uczucia, podobne do uczuć na naszych żołnierskich twarzach pod Monte Cassino. Co tydzień w ciągu roku śledziłem w tym co i jak mówili, w ich oczach, które kiedyś oglądały długo dzień po dniu, noc po nocy, powolną agonię Powstania Warszawskiego opuszczonego przez Zachód, znajomy cień cichej i przytłumionej cnoty patriotyzmu.

Jakkolwiek to zabrzmi, nie ukrywam, że według mnie nabyta przez Polaków cicha cnota patriotyzmu jest zjawiskiem pozytywnym. Patriotyzm głośny, egzaltowany, romantyczny, zachłanny – spadek po dawnych dziejach – przyczynił się w końcu do powstania swoistego „gniotu” polskiego, w którym Kościół uniwersalny przemieszany jest z umiłowanym przez Boga narodem (oczywiście „pępkiem świata”), w którym Polak-katolik spode łba patrzy na „obcych”, w którym nieuchronnie nacjonalizm i szowinizm wyrastają z ojczystej gleby jak dwa bliźniacze grzyby trujące, w którym „polskość” jest wszechmiarą wszechrzeczy (jak była nią w czasach faszyzmu we Włoszech, nie używana prawie w potocznym języku włoskim italianitŕ).

Czy nowe zjawisko cichej cnoty patriotyzmu będzie pozytywne zawsze? Tego nie wiem, jako że amerykański Japończyk obwieszczający „koniec historii” należy do gombrowiczowskiej kategorii: „Im mądrzej, tym głupiej”. Kto dziś ośmieli się przewidzieć losy Rosji, pół czy ćwierć-bankruta, siedzącego na stosach pocisków nuklearnych? Byłem zawsze zwolennikiem wstąpienia Polski do UE i do NATO nie dlatego, że (jak twierdził Miłosz w wielkiej gazecie amerykańskiej) jest to „wyjście logiczne”, lecz dlatego po prostu, że jest to wyjście jedyne. Ale większość życia spędziłem na Zachodzie i z jego psychologii przyrodzonej zapamiętałem jedno: gdy mały kraj, historycznie przypisany do Zachodu, staje naraz wobec śmiertelnego zagrożenia, duże kraje zachodnie zaklinają go na wyścigi (i na wszystkie świętości): ustąp, ustąp, w imię ocalenia pokoju światowego. A jak mogę zapomnieć, że wschodząca gwiazda nowej wierchuszki rosyjskiej, generał Lebiedź, kilka lat temu pouczał jedno z pism moskiewskich: „Nie wolno nam pogodzić się z utratą (sic!) Polski”?

Oby nie była nam już nigdy więcej potrzebna głośna „mobilizacyjna” cnota patriotyzmu, Księże Arcybiskupie.

Neapol, 1 września 1998

Tekst ukazał się w miesięczniku „Więź” nr 11/1998.