Prof. Jacek Leociak sam pisze, że jego książka to „wybór stronniczy”. Stronniczość zaś może być ciekawa, lecz ex definitione jest pokazywaniem tylko części prawdy.

Dziękuję prof. Jackowi Leociakowi za glossę do mojej recenzji. Sądzę, że wobec trudnych tematów najnowszej historii – a bez wątpienia tematyka polsko-żydowska do nich należy – warto, żeby w przestrzeni publicznej mogły wybrzmieć różne opinie na ten temat.

Autor „Młynów Bożych” nie zgadza się z moją polemiką, twierdząc, że czytam jego pamflet jako książkę naukową. A przecież w moim tekście wyraźnie piszę, jaki charakter ma ta pozycja. Całkowicie zgadzam się z prof. Jackiem Leociakiem, że w jego książce „nie podoba [mi] się jej manifestacyjna fragmentaryczność, sarkazm i ironia, przewrotne metaforyzacje, stylistyczne i interpretacyjne prowokacje”.

W swojej glossie do mojej recenzji prof. Leociak pisze, że zarzucam mu napisanie „książki pełnej uproszczeń i obrazów nieprawdziwych. Zarzut pisania nieprawdy to bardzo mocne stwierdzenie. Szkoda, że nie zostało ono poparte rzetelnymi dowodami”. W recenzji wyjaśniam jednak, dlaczego moje zastrzeżenia budzi obraz Kościoła w „Młynach Bożych” i sposób, w jaki został wprowadzony w dyskurs publiczny przez autora.

Przypomnę jeden tylko przykład. W książce prof. Leociaka czytamy: „W czasie wojny działo się «coś niebywałego»: przez cały 1941 rok wierni nie modlą się w ogóle o pokój”. Dowodem są „Intencje Apostolstwa Modlitwy na rok 1941”, jednego z wielu stowarzyszeń kościelnych. Posługując się taką metodą, bardzo szybko można by zapełnić debatę o Polakach, Kościele i Żydach także innymi uproszczonymi opisami, w których np. jedyną wizytówką postawy wiernych Kościoła katolickiego w czasie Zagłady będzie zdanie, że katolicy nic innego nie robią w czasie wojny jak tylko modlą się za Żydów – skoro w źródłach można znaleźć (a można!) choć jeden dokument świadczący o takiej postawie.

W przedmowie do „Młynów Bożych” prof. Leociak pisze, że jego książka „to zapis subiektywny, a wybór stronniczy”. Z tą właśnie, zamierzoną przez autora, stronniczością mam największy kłopot w jego książce. Stronniczość bowiem może być ciekawa, lecz ex definitione jest przecież pokazywaniem tylko części prawdy. I nie chodzi mi wcale o – odrzucamy przez prof. Leociaka – „bezosobowy chłód czy wyprany z emocji obiektywizm”. Chodzi właśnie o prawdę. Ze stronniczo wybranych (nawet prawdziwych) szczegółowych faktów bardzo łatwo stworzyć nieprawdziwy obraz całości zagadnienia.

Ważne jest dla mnie, jakie treści wprowadzamy w debatę publiczną. Tym kierowałam się w czasie pisania recenzji, nie zaś obroną bliskiej memu sercu wizji Kościoła

I o tym pisałam w mojej recenzji. Opis Kościoła w średniowieczu – zredukowany do przemocy i chciwości – nie jest prawdziwy. Gdzie w takim obrazie jest miejsce na bogactwo i różnorodność inicjatyw Kościoła w tej epoce, w tym także, działań charytatywnych czy dotyczących ograniczenia okrucieństw wojny? Maciej Zięba OP w jednej ze swoich książek napisał, że „nie chodzi o bezkrytyczną afirmację wieków średnich, ale oddanie sprawiedliwości ludziom, ich dziełom oraz czasom, w których przyszło im żyć”. Uważam także, że pokazanie dobra obok zła pozwala lepiej zrozumieć, że człowiek ma wybór. Rozumiem, że prof. Jacek Leociak nie pisze naukowej monografii o Kościele w średniowieczu, jednak jego książka wprowadza w przestrzeń publiczną pewien obraz Kościoła w tym czasie.

Autor „Młynów Bożych” pisze w swojej książce, iż papież Benedykt XVI „zdaje się sądzić, że Auschwitz zbudowali ateiści”; przypomina dewizę na paskach nazistów: „Bóg z nami”. W mojej recenzji zauważam, że w tym uproszczeniu „znikają zasadnicze, neopogańskie korzenie Zagłady, a zostają tylko «dwa tysiące lat chrześcijaństwa»”. Teza Hilberga i antysemityzm w Kościele każą stawiać pytania o miejsce Zagłady – chrześcijańską Europę. Nie przemilczam tego w mojej recenzji. Piszę: „nie ma wątpliwości, że zajmując wrogie stanowisko wobec Żydów, Kościół łamał przykazanie miłości bliźniego”, wspominam wyznanie przez Kościół win przeciwko Izraelowi.

Mój sprzeciw budzi jednak uproszczone postawienie znaku równości między budowniczymi Auschwitz a ludźmi wierzącymi (nawet jeśli to pamflet, metafory, uproszczenia…). Ci, którzy „budowali Auschwitz”, nie byli ludźmi wierzącymi i zabijali tych, którzy w Boga wierzyli: za praktyki religijne, za bycie księdzem… Nie uważam, że popełniany przez Kościół grzech antysemityzmu pozwala, by w związku z tym można było formułować na ten temat każdą opinię.

Ważne jest dla mnie, jakie treści wprowadzamy w debatę publiczną na temat trudnej tematyki dotyczącej Kościoła i Żydów. I tym kierowałam się w czasie pisania recenzji, nie zaś obroną – jak pisze prof. Jacek Leociak – „bliskiej [mojemu] sercu wizji Kościoła”.

Wkrótce pojawią się kolejne głosy wokół tekstu „Utrwalanie uproszczeń” Bożeny Szaynok.