Niszczenie świątyń prawosławnych w Polsce od maja do lipca 1938 roku było tym bardziej oburzające, że dokonywała go władza przedstawiająca się jako broniąca chrześcijańskiej cywilizacji.

Tego lata obchodzimy osiemdziesiątą rocznicę wydarzenia, będącego jednym z najbardziej wstydliwych kart nie tylko w dziejach Polski międzywojennej, ale również całej polskiej kultury. Kultury, w której idee tolerancji religijnej i pokojowego współistnienia pomiędzy wiernymi różnych wyznań odgrywały przez wieki ogromną rolę. Późną wiosną i latem 1938 roku rządy sanacyjne rozpoczęły szeroko zakrojoną i metodyczną akcję niszczenia cerkwi prawosławnych na Chełmszczyźnie i południowym Podlasiu.

O tzw. akcji polonizacyjno-rewindykacyjnej, która uderzyła w tysiące obywateli Rzeczpospolitej, będących wiernymi Cerkwi prawosławnej, wręcz nie wypada dziś przypominać publicznie, podobnie jak o krwawej pacyfikacji strajków chłopskich w 1937 roku, Berezie Kartuskiej i innych przejawach represji rządów przedwrześniowych wobec opozycji politycznej. Na horyzoncie nie widać także, aby do takiego upamiętnienia gotowa była jakakolwiek instytucja centralna, reprezentująca władzę wykonawczą lub ustawodawczą.

W 1938 roku nie uszanowano naturalnego azylu, jakim jest każdy Dom Boży

Warto zapytać, co takiego stało się z instytucjami naszego państwa i polskimi elitami na przestrzeni ostatniej dekady. Jeszcze bowiem podczas obchodów siedemdziesiątej rocznicy wydarzeń we wschodniej Polsce, prezydent RP Lech Kaczyński, tak bardzo odwołujący się przecież do tradycji sanacyjnej, skierował specjalne posłanie. Napisał w nim m. in: „Dramatyczne wydarzenia roku 1938 na Chełmszczyźnie i Podlasiu, gdzie doszło do burzenia prawosławnych cerkwi, pokazują, że w działaniach władz każdego państwa podstawowe prawa i wartości nie mogą być pomijane czy ignorowane. W 1938 roku nie uszanowano naturalnego azylu, jakim jest każdy Dom Boży. Na terenach mieszanych wyznaniowo i etnicznie zdarzyły się wypadki, które nigdy nie powinny się zdarzyć. Obowiązkiem historyków jest odkrywanie prawdy i jej upowszechnianie. Powinnością wszystkich jest pamięć o tragicznych kartach w historii polskiego prawosławia. Wyrazić należy ubolewanie z powodu zła, które zostało wyrządzone. Jednak przeszłość nie powinna kłaść się cieniem na współczesności i przyszłości. Wchodząc w XXI wiek, budujmy dobre relacje, umacniajmy wspólnotę losów, patrzmy w przyszłość”.

Lech Kaczyński pisał o odkrywaniu prawdy i jej upowszechnianiu. Czy dzisiaj rzeczywiście jego optymistyczna wizja jest realizowana? W debacie publicznej dominuje jednostronna i bezkrytyczna ocena II RP, stanowiąca swoisty mit założycielski dla wielu wpływowych środowisk politycznych w naszym kraju. Ocena ta nie wydaje się dopuszczać żadnych wątpliwości wobec arbitralnie ustanowionych dogmatów. Większość ciemnych kart Polski międzywojennej bywa usprawiedliwiana przez historyków, publicystów lub nawet polityków narracją o obiektywnych prawach historii. Powtarza się więc wciąż, że w naszym regionie Europy w połowie lat trzydziestych tendencje autorytarne były przecież powszechne, a ustrój demokracji parlamentarnej – nie zawsze skuteczny. Znajdowaliśmy się w kleszczach pomiędzy dwoma agresywnymi systemami totalitarnymi. Relacje z prawie 30-procentowym odsetkiem mniejszości narodowych, w tym rysujący się coraz mocniej antagonizm polsko-ukraiński, wymagały prowadzenia twardej polityki wewnętrznej.

Co ciekawe, na podobny obiektywizm mało kto chce się jednak współcześnie zdobyć w stosunku do PRL. Argumentacja pod tytułem „takie były czasy” jest w przypadku dziejów naszego kraju po 1945 roku zazwyczaj dość jednoznacznie odrzucana. „Zła nie można relatywizować!”, „dość ukrywania prawdy i wybielania nieprawości!” – takie opinie słyszymy najczęściej w codziennej debacie o historii najnowszej. Czy nie przyszedł czas, aby zdobyć się na podobne, pryncypialne oceny w sprawie czarnych kart Polski międzywojennej? Wówczas również popełniano zło i nieprawość, co więcej, popełniali je sami Polacy chętnie posługujący się frazeologią patriotyczną i narodowo-katolicką.

W polskiej debacie publicznej dominuje jednostronna i bezkrytyczna ocena II RP, stanowiąca mit założycielski dla wielu środowisk politycznych

Niszczenie świątyń prawosławnych na wschodnich obszarach Polski od maja do lipca 1938 roku było tym bardziej oburzające, że dokonywała go władza przedstawiająca się jako chrześcijańska i broniąca cywilizacji, która w wielu krajach europejskich wydawała się wówczas być w odwrocie, lub, jak w sąsiednim ZSRR – była skazana na wyniszczenie.

Władze opracowały i następnie konsekwentnie przeprowadziły burzenie i likwidację 91 świątyń prawosławnych, 10 kaplic, 26 domów modlitwy. Trzy cerkwie przekazano Kościołowi katolickiemu, a cztery świątynie pozostawiono jedynie w charakterze kostnic (według oficjalnych danych Urzędu Wojewódzkiego w Lublinie). Wszystko to pod nośnymi hasłami „rewindykacji tego wszystkiego, co niegdyś w czasach przedrozbiorowych było polskie i katolickie na wschodnich ziemiach województwa lubelskiego”, jak dobitnie określił cel akcji kierujący nią w pierwszych miesiącach generał Bruno Olbrycht, dowódca 3 Dywizji Piechoty Legionów w Zamościu (21 maja 1938 roku zastąpił go płk Marian Turkowski). Ówczesny prawosławny metropolita Warszawy i całej Polski Dionizy (Waledyński) informował, że pomimo zapewnień o niszczeniu i rozbiórce cerkwi nieczynnych i posiadających niewielu wiernych, do lata 1938 zniszczono ponad 50 czynnych parafii. Często dochodziło do gorszących scen przerywania modlitwy i liturgii, niszczenia i demolowania wyposażeń świątyń, aresztowań duchownych oraz bicia przez siły bezpieczeństwa osób usiłujących bronić swoich parafii. Wielu z nich wytaczano później procesy.

Akcji towarzyszyła hałaśliwa kampania prasowa na rzecz „rekatolizacji” Kresów oraz stworzenia „polskiego prawosławia”, w pełni lojalnego wobec władz i odcinającego się od wschodnich, głównie ukraińskich i ruskich korzeni. Dramatyczny apel Soboru Biskupów Autokefalicznego Kościoła Prawosławnego w Polsce z 16 lipca 1938 roku mówiący o „burzeniu domów Bożych i profanacji świętości” pozostał praktycznie bez echa.

Protestowali wówczas tylko nieliczni Polacy. Stanisław Cat-Mackiewicz pisał, że gdyby do niego należały decyzje polityczne, organizatorów akcji rewindykacji cerkwi prawosławnych należałoby postawić przed Trybunałem Stanu. Z kolei jego brat Józef, wówczas pisarz znajdujący się jeszcze początku swojej twórczej drogi, w prywatnej korespondencji zapewniał, że w geście solidarności z prześladowaną Cerkwią przeszedł na prawosławie (do dzisiaj trudno jednoznacznie ocenić, czy konwersja Mackiewicza rzeczywiście miała miejsce, czy była tylko symboliczną retoryką).

Sanacja bezpardonowo podeptała dawne polskie tradycje

Sprawiedliwi znajdowali się również wśród palestry. W Zamościu sędzia okręgowy Stanisław Markowski uniewinnił chłopów ze wsi Chmielek w powiecie biłgorajskim, odważnie zwracając uwagę w sentencji, iż burzenie świątyń nie miało żadnych podstaw prawnych i moralnych.

Bolesne było z pewnością milczenie i brak protestów ze strony hierarchów Kościoła katolickiego w czasie akcji niszczenia miejsc, w których odprawiano Boską Liturgię, a chrześcijanie przystępowali do sakramentów świętych; miejsc, które – jak każda świątynia – miały swojego własnego Anioła Stróża stojącego dzień i noc przy ikonostasie i prestole (stole ołtarzowym).

„14 lipca zburzono cerkiew w Międzylesiu (powiat bialski). Ludzie domyślali się tego jeszcze w przeddzień, gdy rozebrano cerkiew w niedalekim Zahorowie. Zeszli się ludzie, powynosili i pochowali niektóre cenniejsze rzeczy. Zdejmując dzwony, kupione kilka miesięcy wcześniej, trzykrotnie, na pożegnanie, uderzyli w wielki dzwon. Zebrani zaczęli płakać i całą noc nie opuszczali swojej świątyni. I całą noc we wsi, czując nieszczęście, wyły psy. Rano, o godzinie 7, na ośmiu ciężarowych samochodach do wsi przyjechali policjanci i robotnicy-Polacy. Policja zaczęła gumowymi pałkami rozganiać ludność i gęsto otoczyła cerkiew. Wójt zaczął szukać duchownego, który ukrył się w sąsiedniej wsi. Robotnicy zaczęli zdzierać dach, łamać i wyrzucać z cerkwi ikony i ikonostas. Około godziny dwunastej przewrócili wielką banię, potem zaczęli piłami rozcinać z góry do dołu ściany cerkwi i rozciągać je sznurami. Około godziny trzeciej w nocy, skończywszy swą kainową pracę, policja i robotnicy odjechali” – tak gorącą atmosferę tamtych dni oddają wspomnienia jednego z wiernych, Jana Korowickiego.

Ironią losu pozostaje, że „akcja polonizacyjno-rewindykacyjna” w województwach wschodnich nastąpiła niemal równo dwadzieścia lat po słynnej „Odezwie do mieszkańców byłego Wielkiego Księstwa Litewskiego”, napisanej przez Józefa Piłsudskiego po pierwszym zajęciu Wilna przez wojska polskie pod koniec kwietnia 1919 roku. W dwujęzycznym – napisanym po polsku i litewsku – dokumencie Naczelnik Państwa obiecywał przestrzeganie na Kresach tradycyjnego, sięgającego czasów Jagiellonów ducha tolerancji religijnej i równouprawnienia wszystkich wyznań. Nabierający po śmierci Marszałka coraz bardziej totalistycznego charakteru system sanacyjny bezpardonowo podeptał jednak dawne polskie tradycje. Wiedział doskonale, że Cerkiew w Polsce nie może liczyć na poparcie żadnego znaczącego ośrodka zagranicznego, a przesyłane kanałami dyplomatycznymi protesty z MSZ krajów prawosławnych (w tym z państw postrzeganych jako sojusznicy naszego kraju, jak chociażby Rumunia), odbijać się będą jak groch o ścianę.

Bolesne było milczenie ze strony hierarchów Kościoła katolickiego wobec niszczenia miejsc, w których odprawiano liturgię

Wykorzystując pretekst narastającego konfliktu z Ukraińcami, ówczesne władze uderzyły w niezależną strukturę bratniego Kościoła chrześcijańskiego i – nie licząc się z jego uwarunkowaniami kanonicznymi – dokonały brutalnej ingerencji w jego życie liturgiczne i duszpasterskie. Pod względem metody przypominało to niestety działania XX-wiecznych rządów totalitarnych, posługujących się instrumentami inżynierii społecznej. Stanowiło też niechlubną próbę podporządkowania religii machinie państwowej propagandy oraz nosiło znamiona czystek etnicznych. Jak bowiem inaczej można rozumieć zalecenie gen. Olbrychta wygłoszone jeszcze przed początkiem akcji: „musi być przyjęta zasada: ani jeden skrawek ziemi nie może się dostać w ręce inne jak polskie”?

Wydarzenia z 1938 roku poważnie zakłóciły relacje pomiędzy siostrzanymi wyznaniami na terenie Polski. Wciąż stanowią niezabliźnioną ranę, nie tylko dla ofiar oraz ich potomków na Chełmszczyźnie i południowym Podlasiu, ale również dla sprawców i wszystkich, którzy chcieliby o tej tragedii zapomnieć. Czy w Roku Pańskim 2018 ktoś zdobędzie się na gest, który jeszcze nie tak dawno temu wykonał Lech Kaczyński?