W atmosferze zastraszenia i przekupstwa, rozpoczęło się przygotowywanie prawosławnych Ukraińców do powrotu na łono Kościoła katolickiego. Niewykształceni chłopi ukraińscy mieli przeciwko sobie silnego i pewnego siebie przeciwnika: wojskowych, policję, urzędników, miejscową inteligencję, wreszcie patriotycznie i buńczucznie nastawionych sąsiadów – Polaków.

Okoliczne wsie, zwłaszcza na wschód i na południe, zamieszkane były w większości przez Ukraińców. W Turkowicach istniała mniej więcej rów­nowaga obu narodowości. Do 1938 r. nie występowały między nimi żadne antagonizmy, a społeczność wiejska była zżyta. Rodziny polskie (katolicy) i ukraińskie (prawosławni) były ze sobą częstokroć skoligacone, toteż święta ciągnęły się przez dwa-trzy tygodnie: najpierw katolickie, potem prawosławne. Jeszcze na Boże Narodzenie 1939 r., a więc w pierwszym roku okupacji, odbył się we wsi ślub „mieszany”: prawosławny Ukrainiec, kapral Jędruszczak, ożenił się z Polką, zapraszając naturalnie na wesele przedstawicieli obu stron.

W 1929 r. w ramach przeprowadzanej przez polskie władze adminis­tracyjne pierwszej akcji likwidowania nieużywanych cerkwi na dawnej Chełmszczyźnie (druga taka akcja nastąpi w 1938 r.), rozebrano w Turko­wicach dużą cerkiew stojącą na placu w środku wsi. Pozostała jednak mała cerkiewka przy wspólnym, katolicko-prawosławnym cmentarzu. Coro­cznie 15 lipca (2 lipca według „starego stylu”) odbywały się tu odpusty prawosławne, na które zjeżdżało wiele tysięcy ludzi z okolicznych wsi i z dalszych stron, nawet z Wołynia. W cerkiewce znajdowała się oto­czona kultem kopia obrazu Matki Bożej Turkowickiej, a w pobliżu Zakładu dla sierot „święte źródełko”, z którego prawosławni pielgrzymi czerpali wodę.

Siostra Stanisława dobrą znajomością języka ukraińskiego, którą wyniosła jeszcze z rodzinnego Buczniowa, a przede wszystkim ludzkim, sprawiedliwym podejściem do każdego człowieka – zjednała sobie przez kilkanaście lat pracy szacunek i sympatię mieszkańców wsi. Gdy przywo­żono do Zakładu węgiel, polscy i ukraińscy gospodarze solidarnie przewo­zili go furmankami ze stacji kolejki wąskotorowej. Siostra przełożona prowadziła Koło Gospodyń: dziewczęta i młode kobiety ze wsi – Polki i Ukrainki – przychodziły do niej zdobywać umiejętności przydatne w prowadzeniu domu: gotowania, szycia, wychowywania dzieci. Radziły się jej w różnych życiowych sprawach.

Kulturalno-społeczną działalność w polskim duchu patriotycznym inspirowali w Turkowicach kierownik szkoły Konstantynowicz oraz ks. Marian Dąbski, kapelan zakładowy. We wsi założono Katolickie Stowa­rzyszenie Młodzieży Polskiej. Pod patronatem księdza organizowano zaję­cia świetlicowe i potańcówki podnosząc kulturę codziennego życia: jak wspominają świadkowie tamtych lat, na turkowickich zabawach, w któ­rych brał też udział ksiądz, nie zdarzały się nigdy awantury czy bijatyki, które z reguły towarzyszyły takim imprezom w okolicznych wsiach, prowadząc nawet do zabójstw z powodu zwykłych waśni sąsiedzkich.

Do roku 1938 nie było w Turkowicach żadnych faktów świadczących o wzajemnej wrogości

Kierownik szkoły prowadził wśród polskich gospodarzy oświatę pozaszkolną: młodzi uczyli się pisać listy, podania, załatwiać różne sprawy. Były też inne organizacje (zrzeszające zapewne te same osoby), wyraźnie już upolitycznione: koło Centralnego Związku Młodej Wsi „Siew” („Wici” w Turkowicach nie było), a także paramilitarna organiza­cja „Krakusy” powiązana ze Związkiem Strzeleckim, która prowadziła przysposobienie wojskowe i ćwiczenia w jeździe konnej. Ukraińcy miejs­cowi wyrażali się o „Krakusach” z przekąsem: „to pańskie wojsko”. W rozmowach, jakie w 1986 r. przeprowadziłem w Turkowicach ze starszymi gospodarzami pamiętającymi tamte czasy, powtarzało się wielok­rotnie określenie „dobry Polak”, względnie „mocny Polak” – katolik, czujący się Polakiem i gotów do czynu zbrojnego w obronie Polski, dob­rze wychowany i kulturalny, dobry gospodarz.

Z drugiej strony mniej więcej na dwa lata przed wybuchem wojny społeczność ukraińska również zaczyna ujawniać swą świadomość naro­dową. Do roku 1938 jednak – powtórzmy to z naciskiem – nie było w Turkowicach żadnych faktów świadczących o wzajemnej wrogości. W takiej to sytuacji dociera do Turkowic akcja tzw. rewindykacji, prowadzona w 1938 r. na terenie Lubelszczyzny i kresów wschodnich.

Kwestii narodowościowej, jednemu z najistotniejszych i najtrudniej­szych zagadnień wewnętrznych Drugiej Rzeczypospolitej – poświęcili w latach 1935-39 wiele uwagi wojskowi, którzy mieli coraz większy udział we władzy[1].

Otóż, widząc w kresach wschodnich teatr przyszłej wojny, uważali oni, że należy wzmocnić na tych terenach czynnik polski, poloni­zując w miarę możności ludność białoruską i ukraińską. Polskość utożsa­miano z wyznaniem rzymskokatolickim, postanowiono więc posłużyć się religią jako narzędziem politycznym. W latach 1938-39 czynniki woj­skowe podjęły akcję „nawracania” prawosławnej ludności ukraińskiej na religię rzymskokatolicką. „Nawracaniem” albo – jak inaczej mówiono – rewindykacją narodową prawosławnej ludności ukraińskiej na wiarę rzymsko-katolicką objęto Wołyń i Polesie, natomiast najbardziej drasty­cznie akcja ta przebiegała właśnie na Chełmszczyźnie. 11.XII.1936 r. pod przewodnictwem dowódcy Okręgu Korpusu w Lublinie, gen. Mieczys­ława Smorawińskiego, powstał Komitet Koordynacyjny. Na ziemi chełm­skiej akcją tą kierowali kolejni dowódcy 3. dywizji piechoty Legionów stacjonującej w Zamościu – gen. bryg. Brunon Olbrycht, a następnie, od 21.V.1938 r., płk Marian Turkowski.

Przedsięwzięciu zakrojonemu na lat kilkadziesiąt (dwa pokolenia) przyświecała zasada, że wszyscy prawosławni byłej Chełmszczyzny są zruszczonymi Polakami, z niewielkim dodatkiem elementu napływowego. Prawosławnych podzielono na trzy kategorie: tych, których będzie można nakłonić do przyjęcia wyznania rzymskokatolickiego; tych, którzy są silnie przywiązani do prawosławia, ale nie są zdeklarowanymi Ukraiń­cami; i wreszcie tych, którzy „znajdują się pod całkowitym wpływem partii nacjonalistyczno-ukraińskich lub komunistycznych”. W stosunku do wymienionych trzech kategorii miały być zastosowane różne metody postępowania.

Polskość utożsa­miano z wyznaniem rzymskokatolickim, postanowiono więc posłużyć się religią jako narzędziem politycznym

Pierwszą grupę zamierzano przekonywać, że ich przodko­wie przyjęli prawosławie pod przymusem i że powinni teraz przejść na religię rzymskokatolicką (istotnie w 1875 roku nastąpiło na Chełmszczyźnie wcielenie unitów do prawosławia, ale przecież unici na tym terenie byli Ukraińcami, nie zaś Polakami). Wobec drugiej grupy planowano nato­miast liberalną politykę wyznaniową polegającą na przekonywaniu (jakże sprzecznym z przyjętym na wstępie założeniem o utożsamieniu polskości z rzymskim katolicyzmem), że religia nie stanowi o przynależności naro­dowej, że dobrym Polakiem może być jednakowo katolik, prawosławny czy ewangelik…

W praktyce realizację tych dalekosiężnych planów zastąpiono zwy­kłymi represjami. Prześladowania na tle religijnym osiągnęły punkt kulmi­nacyjny w połowie 1938 r. Ogółem – jak podaje Stawecki – do połowy lipca 1938 r. na Lubelszczyźnie zlikwidowano 127 obiektów kultu religij­nego, w tym rozebrano 91 cerkwi, 10 kaplic i 26 domów modlitwy. Do burzenia cerkwi używano członków miejscowych oddziałów straży ognio­wej oraz wojskowe oddziały saperów. Choć wojskowi inspirowali ofensywę księży rzymskokatolickich, Kościół lubelski zachował dystans wobec tej akcji. Było to jednak stanowczo za mało, zwłaszcza że niektórzy księża dali się wciągnąć do współpracy z wojskiem. Taki przypadek niestety miał miejsce również w Turkowicach. Spróbujmy odtworzyć wydarzenia na podstawie relacji naocznych świadków – Polaków, bo od 1945 roku Ukraińców już tutaj nie ma.

„Nawracanie” prawosławnych turkowiczan poprzedziło zniszczenie czynnej cerkiewki (tej przy cmentarzu). W prawosławne święto Matki Boskiej 15 lipca 1937 roku po południu, kiedy rozjechali się liczni pielg­rzymi, policja otoczyła cmentarz, a robotnicy przywiezieni z Hrubieszowa ciężarówką w ciągu paru godzin rozebrali drewnianą cerkiewkę.

Wczesną wiosną 1938 r. ppłk Niementowski, dowódca 2. pułku strzel­ców konnych z Hrubieszowa wysyła swojego oficera – nie znamy jego nazwiska, ale to raczej niewielka strata – aby ten przeprowadził akcję w Turkowicach. Piotr Guźmięga, ur. 1914, powszechnie szanowany gos­podarz, tak wspomina dziś treść prowadzonej przez owego oficera agitacji: „nie rozmawiajcie z Rusinami po rusku, tylko po polsku; nie pozwólcie, aby oni pracowali na swoich polach w wasze święta, bo to jest bezczeszcze­nie waszej religii” (jak wiadomo, kalendarz prawosławny nie pokrywa się z katolickim). Zaczęło się wybijanie szyb Ukraińcom przez bojówki pol­skie. „To się organizowało na terenie Zakładu”. Kto organizował tę akcję i kto wybijał szyby? Dziś nikt, nawet jeśli uczestnicy jeszcze żyją, do tego się nie przyzna, ale myślę, iż z dużym prawdopodobieństwem można przyjąć, że robili to owi młodzi ludzie, nad których „polskością” czuwał kierownik szkoły Konstantynowicz. W akcję zastraszania i szantażu włączały się lokalne władze administracyjne. Gospodarz prawosławny dostawał zezwolenie na budowę pod warunkiem, że przejdzie na rzymski katolicyzm. W atmosferze zastraszenia i przekupstwa, rozpoczęło się przygotowywanie prawosławnych Ukraińców do powrotu na łono Kościoła katolickiego. Niewykształceni, nie orientujący się w swoich obywa­telskich prawach chłopi ukraińscy mieli przeciwko sobie silnego i pewnego siebie przeciwnika: wojskowych, policję, urzędników gminy i powiatu, miejscową inteligencję (nauczyciel, ksiądz), wreszcie patriotycznie i buńczucznie nastawionych sąsiadów – Polaków (może nie wszystkich, ale z całą pewnością część młodzieży).

Wreszcie w kwietniu 1938 r., na Wielkanoc, doszło w Turkowicach do powszechnej spowiedzi i komunii św. (katolickiej) dla prawosławnych. Z Hrubieszowa na tę uroczystość przyjechał ppłk Witold Eugeniusz Nowina-Sawicki z 2. pułku strzelców konnych, z orkiestrą wojskową.

„Widać było, że niektórzy prawosławni przystępowali do spowiedzi z musu, a wewnętrzny bunt nienawiści odbijał się na zbolałej twarzy” – wspominała s. Hermana

Posłuchajmy, jak wspomina tamte wydarzenia jedna z sióstr turkowickich, s. Hermana (Józefa Romansewicz)[2]:„… od samej wiosny odczuwało się skutki wojny domowej we wsi Turkowice. A to z tego powodu: przyszło zarządzenie od władz państwowych z powiatu, że wszyscy prawos­ławni mają przyjąć wiarę rzymskokatolicką i święta wielkanocne będą obchodzone w jednym Kościele – katolickim. Mieli prawosławni jeszcze małą drewnianą cerkiew na swoim cmentarzu, a obok mieszkały dwie siostry monaszki, co jakiś czas przyjeżdżał prawosławny ksiądz i odpra­wiał nabożeństwo. Kiedy przyjechała z Hrubieszowa policja i w jednej godzinie porąbali cerkiewkę, jedna rozpacz była dla prawosławnych i nam żal było, bo to były rodziny mieszane – polskie i ruskie – i żyli w zgodzie. Władze z gminy, kierownik szkoły Konstantynowicz i nasz ks. kapelan przemawiali do prawosławnych: że takie przyszło zarządzenie od władz, że jedna ma być wiara katolicka. Na końcu dość ostro powiedział kierownik Konstantynowicz: a kto się nie podporządkuje, to zostanie ukarany i wy­siedlony z Turkowic! Z pomstą, dobrze zapamiętali te słowa! Ks. kapelan Dąbski wspomniał prawosławnym, że wszyscy jesteście z unickich rodzin. Wasi pradziadowie należeli do Kościoła rzymskokatolickiego. Siłą i mocą zmusili ich przejść na prawosławie. Same wasze nazwiska świadczą o tym, jak Podlaski, Dąbrowski itd. A ten krzyż przy waszym cmentarzu to dokument męczeńskiej śmierci waszych ojców. W kwietniu 1938 rozpo­częła się spowiedź prawosławnych. Przyjechali do pomocy księża z Hru­bieszowa i Sahrynia. Widać było, że niektórzy przystępowali do Sakramentu tylko z musu, a wewnętrzny bunt nienawiści odbijał się na zbolałej twarzy. Powstała we wsi nienawiść. Jedni drugim wybijali szyby w nocy, w polu czynili szkody. Przyszło z powiatu zarządzenie, że na terenie Zakładu będzie wspólnie obchodzone święcone jajko. Przysłali na ten dzień świeże pieczywo, jajka. Ustawiło się na boisku w dwa rzędy stoły, przybrane świątecznie. Zeszli się ludzie z całej wsi, więcej z ciekawości niż z gorliwości. Zbolałe twarze prawosławnych smutny robiły nastrój świąte­czny, raczej pogrzebowy. Mało który prawosławny zasiadł do stołu czy złożył życzenia dzieląc się jajkiem święconym. Prawie wszystkie pokarmy zostały na stole. Pragnęłyśmy jak najprędzej zakończyć tę uroczystość pogrzebową”.

Pisze historyk Andrzej Chojnowski[3]: „Wysiłki kół wojskowych nie przy­niosły spodziewanych efektów. Według oficjalnych, zapewne zawyżonych danych, jedynie 10 proc. ludności prawosławnej przeszło na wyznanie rzymsko­katolickie. Duchowieństwo łacińskie uchylało się przy tym od współuczest­nictwa w całej akcji, spotkała się ona także z zastrzeżeniami części aparatu państwowego. Prawdopodobnie z tych właśnie powodów została ona w po­czątkach 1939 r. w znacznym stopniu wstrzymana. Do tego jednak czasu skutecznie wzburzyła ludność ukraińską, przysparzając państwowości pol­skiej całych rzesz nowych nieprzejednanych i pałających chęcią odwetu wrogów”.

Sądząc z relacji, jakie udało mi się zebrać, w Turkowicach akcja rewindykacyjna została przeprowadzona dość gorliwie. Niestety kapelan Zakładu dla sierot, ks. Marian Dąbski, skądinąd bardzo zasłużony kapłan i wycho­wawca młodzieży, zaangażował się, jak twierdzą niektórzy świadkowie, bardziej niż inni księża.

Fragment reportażu, który ukazał się w miesięczniku „Więź” nr 4/1987 oraz w książce Cezarego Gawrysia „Ścieżki ocalenia” (Wydawnictwo „Więź”, Warszawa 1997).


[1] W przedstawieniu zagadnienia opieram się głównie na książce Piotra Staweckiego „Następcy Komendanta. Wojsko a polityka wewnętrzna Drugiej Rzeczypospolitej w latach 1935-1939”, Wyd. MON, Warszawa 1969.
[2] Wspomnienia s. Józefy Romansewicz, Archiwum Główne Służebniczek w Starej Wsi. Z siostrą Józefą rozmawiałem w Liskowie w listopadzie 1981 r. Zmarła 12.VI.1984, spoczywa na parafialnym cmentarzu w Liskowie.
[3] Andrzej Chojnowski, „Koncepcje polityki narodowościowej rządów polskich w latach 1921-1939”, Ossolineum, Wrocław 1979, s. 231.