Ludobójstwo na Wołyniu jest przerażającym faktem. Nie można zapomnieć o ludziach, którzy zginęli. Ale na pamięć zasługują też ci, którzy zginęli „dla odstraszenia”, albo „bo dali chleb wrogom”. Zbrodnie się nie bilansują.

Od wydarzeń na Wołyniu minęło 75 lat. Rocznica i jej obchody, także oficjalne, ponownie wywołała w przestrzeni publicznej spór. Trudno się dziwić. Pozostali ostatni świadkowie, żyją też ich dzieci, wyrosłe w domowej pamięci o rzezi. Domowej, bo oficjalnie pamięć nie istniała. Nie było możliwości, by wyrazić emocje, by pojechać na groby bliskich (grobów nie ma!), by opłakać. Ofiary chcą w końcu móc krzyczeć. Móc pamiętać. Móc pochować swoich bliskich, stanąć choć na ich symbolicznym grobie tam, gdzie zginęli. Mają do tego prawo. Nie sposób im go odebrać.

Przeglądając kolejne numery pisma wydawanego w latach dziewięćdziesiątych w Jarosławiu, dotyczącego działalności Armii Krajowej na tym terenie, odniosłam wrażenie, że wojna domowa, która toczyła się tam do 1948 roku, wywarła na ludziach znacznie silniejsze piętno niż II wojna światowa i niemiecka okupacja. Z całej okupacji właściwie najbardziej dotknęły miasto aresztowania jarosławskiej młodzieży, dokonane w pierwszych dniach maja 1940 roku. Większość, jeśli nie wszyscy, przez więzienie w Tarnowie trafili pierwszym transportem do Auschwitz. Poza tym, owszem, była partyzantka… i była wojna domowa, z którą można się było zmierzyć dopiero po wielu latach. Trzeba mieć tego świadomość. Traumy nie leczy się przez zapomnienie czy zagłaskanie. Trzeba ją wypowiedzieć, czasem wykrzyczeć. Dopiero wypowiedziane i usłyszane może być przebaczone.

Spór o Wołyń ma wymiar międzynarodowy. Czytam dziś, że oceny po stronie polskiej i ukraińskiej będą różne. To również nie dziwi. O rzezi wołyńskiej i reakcji na nią na Ukrainie również przez lata milczano. Podobnie jak u nas, z przyczyn politycznych. Trzeba przy tym mieć na uwadze to, o czym mówił abp. Szewczuk w wywiadzie „Dialog leczy rany”: na Ukrainie dopiero po rewolucji godności w 2013 roku udostępniono historykom archiwa sowieckiej służby bezpieczeństwa. Część została wywieziona. Co mogli zrobić ukraińscy historycy w kwestii edukacji społeczeństwa w ciągu pięciu lat? Co może wiedzieć na ten temat samo społeczeństwo, poza – być może – opowieściami domowymi? Mieliśmy znacznie więcej czasu, przeprowadziliśmy śledztwa, powstały publikacje, a nadal jest problem z powszechną percepcją prawdy o takich wydarzeniach jak pogrom kielecki czy Jedwabne. Nie oczekujmy od Ukraińców niemożliwego.

Dobro naszych relacji (międzyludzkich, międzypaństwowych) wymaga sięgnięcia głębiej, niż do dyskusji o ocenach. Trzeba by zacząć od rzetelnego opisania faktów. Tych, o których mówi jedna i druga strona. Tych, których ślady pozostały w dokumentach. Wielkich zbrodni i małych (ale tylko w tej skali) krzywd.

Traumy nie leczy się przez zapomnienie czy zagłaskanie. Trzeba ją wypowiedzieć

Podkarpacki Instytut Książki i Marketingu w Rzeszowie wydał w latach 2008-2012 trzytomowe „Opowieści jarosławskiego Zasania” Jana Kucy. To przede wszystkim spisane opowieści ostatnich świadków.

W 1939 roku granica niemiecko-rosyjska biegła rzeką San. Zasanie to teren na prawym brzegu. Ubogie, mieszane narodowościowo wioski. Ludzie, którzy dopiero w latach 20. i 30. XX w. zyskiwali świadomość narodową, zaczynali się określać jako Ukraińcy, nie Rusini. Najpierw, właściwie od przełomu roku 1939/40 dotknęły ich wywózki. Znaleźli się na terenie Basarabii, Mołdawii, aż do Morza Czarnego. Umierali w wagonach, chowali bliskich po drodze, ginęli na miejscu. Wysiedlano całe wsie. W 1946 roku części udało się wrócić. Bo – na przykład – zachowali święty obrazek z modlitwą po polsku. Czasem tych samych ludzi chwilę później objęła akcja Wisła. Do swojego domu ostatecznie często nigdy nie wrócili.

Część została. Zwykli ludzie, którzy mieli bardzo niewiele. Czasem „w lesie” były ich dzieci. Nie nakarmisz, jak przyjdą, czegokolwiek by nie robiły? A nawet jeśli to obcy, tylko znajomi, odmowa oddania chleba partyzantom mogła kosztować życie. Niestety, jego oddanie również: mogło zostać ocenione przez inną działającą w okolicy formację jako pomoc mordercom i stać się przyczyną spalenia wioski.

A były i takie historie. Rodzina mieszana, ojciec Ukrainiec, matka Polka. Dwoje dzieci: syn i córka. Syn dał się pochłonąć ideologii. Dowodem wierności miało być zabicie matki i siostry. Nie pamiętam już, jak ojciec się dowiedział, czy może ktoś go ostrzegł? Nie znalazł innego wyjścia, niż zabić przymierzającego się do zabójstwa syna i uciec z żoną i córką. Przeżyli. W wyniku akcji Wisła wylądowali gdzieś w północnej Polsce. Ojciec do końca życia się z tym zmagał…

Ofiary i ich rodziny mają prawo krzyczeć. Ale rządy państw powinny przede wszystkim dążyć do pozbawionego ocen wspólnego opisania faktów

Nie zamierzam bagatelizować ludobójstwa. Ono było faktem. Przerażającym faktem. Nie można zapomnieć o ludziach, którzy zginęli. Trzeba dążyć do tego, by mieli choć symboliczne groby. Zasługują na pamięć. Ale na pamięć zasługują też ci, którzy zginęli „dla odstraszenia”, albo „bo dali chleb wrogom”. Zbrodnie się nie bilansują, nie liczy się tylko nierównowaga w liczbie zwłok po obu stronach. Najgorszym chyba owocem wojny są jej wewnętrzne prawa, które próbują usprawiedliwiać mordowanie niewinnych. Cel, którym jest zwycięstwo, zaczyna uświęcać najbardziej barbarzyńskie środki. Nienawiść rodzi nienawiść. Nie jest w stanie urodzić niczego innego.

Ofiary i ich rodziny mają prawo pamiętać. Mają prawo krzyczeć. Ale rządy państw – jeśli chcą pojednania – powinny przede wszystkim dążyć do możliwie pozbawionego ocen wspólnego opisania faktów. Obustronnych rachunków krzywd i ich tła. Dopiero wtedy, gdy zgodzimy się co do faktów, gdy wspólnie zaczniemy o nich mówić, możliwa będzie próba wspólnej oceny przynajmniej w podstawowym zakresie. Na początek choćby takim: wspólnie uznajemy, że nie ma usprawiedliwienia dla mordowania niewinnych i wspólnie chcemy pamiętać o ofiarach. Wszystkich. Kolejnym krokiem jest wzięcie na siebie odpowiedzialność za wyrządzone zło.

Nie, nie mam złudzeń. To zadanie na dziesięciolecia. Ale im później je zaczniemy, tym będzie trudniej.