Przyszła wojna. Wszechobecne okrucieństwo nie mogło nie odcisnąć piętna na ludzkich sumieniach. Także na Polakach i Ukraińcach, u których nienawiść trafiała nierzadko na podatny grunt wzajemnych uprzedzeń i żalów.

Są takie miejsca, które dzielą. Dzielą zwykłych ludzi, stawiając najostrzejszą ze wszystkich granicę – granicę nienawiści. Tam, gdzie jeszcze niedawno byli sąsiedzi, dziś są po jednej stronie mordercy, po drugiej ich ofiary. Tam, gdzie było wspólne życie, jest teraz śmierć jednych i zwycięstwo drugich. Jest takim miejscem i Pawłokoma…

W tej niewielkiej podrzeszowskiej wsi żyli Polacy i Ukraińcy, rzymscy i greccy katolicy, ale nade wszystko żyli pawłokomianie, sąsiedzi. Razem pracowali, świętowali, żenili się między sobą.

Przyszła wojna. Wszechobecne okrucieństwo nie mogło nie odcisnąć piętna na ludzkich sumieniach. Także na Polakach i Ukraińcach, u których nienawiść trafiała nierzadko na podatny grunt wzajemnych uprzedzeń i żalów. W sierpniu 1942 roku Sługa Boży Andrzej Szeptycki, greckokatolicki metropolita Lwowa, pisał w dramatycznym liście do Papieża: „Nieopisana jest demoralizacja, jakiej ulegli ludzie prości i słabi. Uczą się złodziejstwa i zbrodni ludobójstwa; tracą poczucie sprawiedliwości i człowieczeństwa. […] Przewidujemy więc, że cały kraj będzie zatopiony w potokach niewinnej krwi”.

Prorocze słowa metropolity niedługo czekały na realizację. W lutym 1943 roku wybuchły rzezie na Wołyniu, aby w połowie roku przenieść się także do Galicji Wschodniej. Ukraińcy podpalali polskie wsie i mordowali ich mieszkańców. Polacy nie pozostawali im dłużni. Wiadomości o rzeziach wkrótce dotarły wszędzie tam, gdzie przedstawiciele dwóch narodów żyli obok siebie, burząc resztki wzajemnego zaufania.

Wieści z Wołynia dotarły i nad San. Potem już nie trzeba było wiele. Wystarczyła wiadomość, że oddział UPA zamordował 11 Polaków, aby całe pokłady nienawiści dały znać o sobie. W pierwszych dniach marca 1945 roku oddział polskiego podziemia z pomocą mieszkańców okolicznych wsi wymordował 366 Ukraińców. Pawłokomian.

Dziś w Pawłokomie nie ma już Ukraińców. Nie ma Polaków w Pawliwce-Porycku, Żydów w Jedwabnem. Bo historia podrzeszowskiej wsi wcale nas nie dziwi, znamy przecież tyle podobnych – z Wołynia, z ziemi łomżyńskiej, właściwie z całej, pogrążonej w mrokach wojny Europie. Znamy aż za dobrze historie sąsiadów, którzy żyli razem, aby nagle zacząć się wzajemnie mordować. Historie z niedalekich Bałkanów i odległej Rwandy.

Przebaczenie i pojednanie nie mogą być łatwe. Trudne dla przebaczających, ale przecież nie mniej bolesne dla tych, którym się przebacza

Przez lata o Pawłokomie pamiętało niewielu. Pamiętali mieszkający w Polsce Ukraińcy, pamiętał urodzony tu Petro Poticzny, który w wieku 15 lat z oddziałem UPA przedarł się na zachód, gdzie wiele zrobił dla upamiętnienia ofiar rzezi. Pamiętał wreszcie Dionizy Radoń, syn Polaka i Ukrainki, który jako jedyny w Pawłokomie – często wbrew sąsiadom – troszczył się o mogiły. 13 maja 2006 roku krzyż upamiętniający zamordowanych poświęcili metropolita lwowski obrządku greckokatolickiego Lubomyr Huzar oraz metropolita przemyski obrządku rzymskokatolickiego Józef Michalik. W uroczystości wzięli udział prezydenci Ukrainy i Polski.

Dokonał się kolejny krok na drodze polsko-ukraińskiego pojednania. Nie pierwszy: były już uroczystości wołyńskie, było otwarcie Cmentarza Orląt, wspólna modlitwa przebaczenia biskupów ukraińskich i polskich. Ale też i nie ostatni. – To jest krok naprzód na tej długiej jeszcze – zdaje mi się – drodze, krok za który musimy dziękować Panu Bogu – powiedział w czasie uroczystości kardynał Huzar.

Bo przebaczenie i pojednanie nie jest, nie może być łatwe. Trudne dla przebaczających, ale przecież nie mniej bolesne dla tych, którym się przebacza. Mówił o tym arcybiskup Michalik: – Wielką sprawą jest jednak nie uciekać od trudnych, bolesnych prawd, nie cieniować ich interpretacjami, które zamiast leczyć, ponownie ranią, upokarzają, a nawet znieważają i zadają ból. O wiele szlachetniej jest uznać prawdę i przyznać się do błędów, przebaczać i prosić o przebaczenie.

– Przed Polakami i Ukraińcami – mówił Wiktor Juszczenko – stały tylko dwie drogi, jedna to trzymanie wojny w duszach, liczenie krwi litr do litra, liczenie, ile niewinnych ofiar było z jednej i drugiej strony, druga to wyciągnięcie dłoni. Oba narody wybrały tę drugą drogę, od której – jak podkreślali obaj prezydenci – nie ma odwrotu.
Prezydent Ukrainy dodał, że stosunki polsko-ukraińskie mają nie tylko państwowy, ale i ludzki wymiar. Nawiązał do tego Lech Kaczyński, wspominając solidarność czasu pomarańczowej rewolucji. – Nasze narody pokazują całemu światu, że nie ma takiego zła w historii, którego nie można przezwyciężyć – powiedział.

Pawłokoma to dla Ukraińców miejsce symboliczne. Od lat przedstawiciele mniejszości ukraińskiej starali się o możliwość godnego upamiętnienia ofiar. Teraz przyjechało ich wielu, choć nierzadko mieli do pokonania daleką drogę, czasem dłuższą niż licznie obecni goście z Ukrainy – akcja „Wisła” wygnała ich przecież na ziemie północnej i zachodniej Polski.

Bo uroczystości w Pawłokomie były w pierwszym rzędzie ukraińskimi uroczystościami. Nad tłumem powiewały niebiesko-żółte flagi. Krój sutann stojących w tłumie duchownych wskazywał, że są obrządku greckokatolickiego, podobnie jak barwy harcerskich mundurów nie pozostawiały wątpliwości, że to członkowie ukraińskiego „Płasta”. W czasie Modlitwy Pańskiej słychać było zewsząd: „I prosty nam dowhy naszi, jak i my proszczajemo wynuwatciam naszym”.

Najdalej na greckokatolicki cmentarz mieli paradoksalnie ci, którzy byli najbliżej – pawłokomianie. To ich obecność była prawdziwym cudem

Ale nie zabrakło przecież i słów: „I odpuść nam nasze winy, jako i my odpuszczamy naszym winowajcom”. Wypowiedział je nie tylko prezydent Kaczyński w czasie swego przemówienia, ale także obecni tu licznie Polacy. Bo Ukraińcy nie byli tu sami. Harcerze z pobliskiego Dynowa roznosili wodę, miejscowi strażacy-ochotnicy udzielali pomocy tym, którzy nie wytrzymali słonecznego skwaru. Obecni byli wreszcie mieszkańcy Pawłokomy i okolic, którzy przyszli na mogiłę zamordowanych braci pomodlić się za nich, złożyć im hołd. I to właśnie słowa wdzięczności, jakie wyrazili dla mieszkańców Pawłokomy obaj prezydenci, wymagają szczególnego podkreślenia, choć znalazły się na marginesie prasowych relacji. Wdzięczności za obecność, tą obecność, której tak boleśnie zabrakło i nadal brakuje w Jedwabnem.

Spotkani w Pawłokomie Ukraińcy wyrażali swoje zdziwienie i uznanie, gdy dowiadywali się, że – choć Polak – na uroczystości przyjechałem z dalekiej Warszawy. A przecież najdalej na greckokatolicki cmentarz mieli paradoksalnie ci, którzy byli najbliżej – pawłokomianie. To ich obecność, z pewnością niekiedy bardzo trudna, była prawdziwym cudem.

Są takie miejsca, które łączą. Więzią najmocniejszą ze wszystkich: wzajemnego przebaczenia i pojednania. Jeśli bowiem wybaczy się to, czego wybaczyć niemal niepodobna, to cóż jeszcze może między ludźmi stanąć? Gdy w słoneczne, majowe przedpołudnie obserwowałem, jak mieszkańcy podbeskidzkiej wsi, w odświętnych strojach zdążają nieśpiesznym krokiem na ukraińską mogiłę, stało się dla mnie jasne, że jest takim miejscem i Pawłokoma…

Tekst ukazał się w miesięczniku „Więź” nr 6/2006.