Sahryń uchodził w oczach Ukraińców za wieś bezpieczną, mówiło się, że to „twierdza ukraińska”. Nocą otoczono wieś zwartym pierścieniem, tak aby nikt nie mógł się wymknąć. „Żywa dusza nie ocalała” – zeznaje jeden z uczestników akcji.

W podsycany pod niemiecką okupacją konflikt polsko-ukraiń­ski Zakład dla sierot w Turkowicach uwikłany był w dwóch płaszczyznach. Po pierwsze, po­przez bezpośrednie sąsiedztwo ze wsią. Po drugie, poprzez fakt, że kompleks budynków zakładowych do roku 1915 był siedzibą żeńskiego klasztoru prawosławnego, a drewniany kościółek-cerkiewka stojący na terenie Zakładu wraz ze źródełkiem stano­wiły dla prawosławnych Ukraińców ośrodek kultu. Jest rzeczą zrozumiałą, że duchowieństwo prawosławne pragnęło odzyskać zarówno cerkiewkę, jak i cały teren poklasztorny – i starania takie podjęło natychmiast po upadku polskiej państwowości we wrześniu 1939 r. Niemieckie władze okupacyjne prowadziły od początku politykę skłócania Ukraińców z Polakami, toteż naka­zały oddanie drewnianego kościółka przyzakładowego prawo­sławnym, a także oddanie im pomieszczeń szkoły, gdzie zamieszkał duchowny prawosławny i kilka mniszek. Prawosławni rościli sobie jednak pretensje do wszystkich budynków Zakładu. Odwoływali się do władz niemieckich, pomagając sobie poprzez donosy na Zakład. Stosunki między prawosławnymi lokatorami Zakładu a siostrami były więc chłodne. Siostra przełożona była uprzejma, ale przed oskarżeniami broniła się stanowczo.

Trudny był zwłaszcza okres trzech miesięcy, od stycznia do marca 1941, kiedy to z rozporządzenia landrata z Hrubieszowa na terenie Zakładu, na parterze domu dziewcząt, umieszczono przejściowo kilkanaście rodzin Ukraińców przesiedlonych z Wo­łynia. Niemcy obiecywali im gospodarstwa rolne po wysiedlanych z Zamojszczyzny Polakach. Zdarzały się między nimi awantury i bijatyki, interweniowała nawet ukraińska policja. Manifestowali też wrogość wobec Zakładu. Matka ks. Mariana Dąbskiego[1] notuje w swoich zapiskach pod datą styczeń 1941: „Nasi lokatorzy Ukraińcy urządzają wciąż ćwiczenia i śpiewy pod naszymi okna­mi. Urządzają musztry wojskowe, często śpiewają: Śmierć La­chom, śmierć”.

Tymczasem we wsi Turkowice Niemcy – jak wszędzie na tych terenach – usuwają z urzędów Polaków i obsadzają je Ukraiń­cami. I tak w listopadzie 1940 r. mianowano nowego wójta. Matka ks. Dąbskiego notuje pod datą grudzień 1940 ciekawą in­formację: „Nowy wójt Turkowic – Ukrainiec Choma z Włodzi­mierza Wołyńskiego – zrobił 1 grudnia 40 zebranie we wsi. Najpierw mówił o podatkach i innych rozporządzeniach, a potem kazał wszystkim Polakom wyjść, a Rusinom zostać. Jak niektórzy Rusini Polakom opowiadali, mówił, aby zakładali różne organiza­cje ukraińskie, aby wszyscy do nich należeli… po zebraniu przy­szedł do popa i nauczycieli i tu pozostał całą noc”. Wśród mieszkańców Turkowic wciąż jednak istniała więź sąsiedzka, niezależnie od poczucia narodowego. Umacniały ją represje ze strony Niemców (rewizje, ściąganie kontyngentów). Potwierdza to inna notatka matki ks. Dąbskiego z tego samego czasu: „Sołtys we wsi ogłosił rozporządzenie władz, że kto ośmieli się zabić świ­nię, to będzie kara śmierci. Po innych wsiach, gdzie już dawniej to ogłoszono, jest taka solidarność, że ani Rusin, ani Polak, jeden drugiego nie zadenuncjuje, i wszyscy po kryjomu biją”.

Wydawane przez AK wyroki bywały dyskusyjne. W Turkowicach Kedyw wykonał wyrok śmierci nie na „złym” Wojtowiczu, ale na zupełnie innym Iwanie Wojtowiczu

Niestety, wiele złego zrobiła ukraińska policja. Zdarzało się, że pod różnymi pretekstami policjanci odwiedzali w biały dzień, w mundurach, gospodarstwa Polaków, rozpoznając w ten sposób teren, a później pod osłoną nocy te same gospodarstwa były napadane i rabowane przez jakichś „nieznanych sprawców”. Wstrząsające wrażenie na mieszkańcach Zakładu i całej okolicy wywarło zamordowanie bardzo lubianego przez dzieci nauczy­ciela, Antoniego Pelca, kierownika szkoły w pobliskich Wronowicach. W nocy 18 marca 1943 r. przyszli po niego „nieznani osobnicy”, wyprowadzili z domu i zastrzelili pod przydrożnym krzyżem. Żonę z dziećmi siostra przełożona przygarnęła do Zakładu.

W tym samym czasie, wczesną wiosną 1943 roku, Kedyw Ob­wodu Hrubieszów przeprowadza likwidację dawnych wójtów ukraińskich, którzy we wrześniu 1939 r. wykazali się szczególną gorliwością w prześladowaniu Polaków. Akcja pomyślana była jako samoobrona ludności polskiej, miała przestraszyć Ukraiń­ców i powstrzymać dalsze akcje z ich strony. Skutek był odwrotny – podsyciło to nienawiść do Polaków, rozkręcając spiralę od­wetu. Sytuacje zresztą nie zawsze były czarno-białe i wydawane wówczas przez AK wyroki bywały dyskusyjne. W Turkowicach Kedyw wykonał wyrok śmierci nie na „złym” Wojtowiczu, który wtargnął do Zakładu we wrześniu 1939, ale na zupełnie innym Iwanie Wojtowiczu, wójcie z 1939 r. Według opinii p. Piotra Guźmięgi, mieszkańca Turkowic, „mocnego Polaka”, który pod­czas okupacji sam wiele wycierpiał od policji ukraińskiej, ów Iwan Wojtowicz zginął zamiast tamtego drugiego Wojtowicza, „czerwonoopaskowca” z września 1939. Iwan Wojtowicz był pa­triotą ukraińskim, ale zarazem porządnym człowiekiem, który nigdy nie prześladował Polaków, przeciwnie – wielu z nich ura­tował właśnie w fatalnym wrześniu 1939 roku, gdy do Turkowic przyszli „czerwonoopaskowcy” z innych wsi w okolicy (Pasieka, Tuczapy) i chcieli rozprawić się z niektórymi Polakami. Wojto­wicz sprzeciwił się: „To nasza wieś i my tu sami zrobimy porzą­dek, wy się nie wtrącajcie”. Okrutne prawo wojny i gorzka ironia losu sprawiły, że to właśnie on, osobiście niewinny, padł ofiarą polskiego odwetu.

Wiosna 1943 r. to na Wołyniu i w Galicji Wschodniej czas rzezi polskiej ludności oraz samoobrony podejmowanej przez AK. Wzajemne mordowanie się Polaków i Ukraińców przenosi się na tereny po lewej stronie Bugu. Ośrodkami bojówek ukraiń­skich w pobliżu Turkowic są wsie Szychowice i Sahryń. Od jesieni 1943 mordy zdarzają się w tej okolicy niemal co dzień.

Sytuacja staje się groźna dla Zakładu. Siostra przełożona donosi o tym inspektorowi Opieki Społecznej w Lublinie, Saturninowi Jarmulskiemu, w liście z 21 października 1943 r.: „Zawiadamiam o sytuacji, jaka wytworzyła się na terenie naszej gminy, miano­wicie mordowanie przez Ukraińców polskich rodzin po miesz­kaniach i palenie wiosek. Dochodzą nas słuchy, że z chwilą opuszczenia placówki przez wojsko niemieckie stacjonujące na terenie Zakładu w szkole, ukraińscy bojówkarze mają przygoto­wany plan napadu na Zakład w celu wymordowania personelu i dzieci. Podanymi informacjami zasadniczo nie przejmujemy się…”[2].

Położenie polskiej ludności na terenie powiatów Hrubieszów i Tomaszów Lubelski pogarsza się jeszcze z chwilą obsadzenia przez Niemców granicy na Bugu oddziałami dywizji SS-Galizien. Ukraińcy czują się panami sytuacji. Wówczas Komenda AK podejmuje decyzję o ewakuowaniu polskiej ludności w Krasnystawskie (do lasów) i pozostawienia za sobą spalonej ziemi. Jednocześnie podjęta została akcja odwetowa przeciwko niektó­rym wsiom ukraińskim. Głównym celem akcji, która ma miejsce w nocy 10 marca 1944, jest wieś Sahryń, a po drodze – Turkowice.

Wiosna 1943 r. to na Wołyniu i w Galicji Wschodniej czas rzezi polskiej ludności oraz samoobrony podejmowanej przez AK

Sahryń uchodził w oczach Ukraińców za wieś bezpieczną, mówiło się, że to „twierdza ukraińska”. Komenda AK Obwodu Hrubieszów poprosiła do pomocy oddziały partyzanckie BCh z powiatu biłgorajskiego. Nocą otoczono wieś zwartym pierście­niem, tak aby nikt nie mógł się wymknąć. „Żywa dusza nie ocalała” – zeznaje jeden z uczestników akcji. A więc zginęły także kobiety, starcy, dzieci…

Z Turkowic polscy gospodarze, uprzedzeni przez AK, ewaku­owali się parę dni wcześniej, dyskretnie, żeby nie wywołać popło­chu wśród Ukraińców. W nocy znienacka nastąpiła napaść – domy i zabudowania gospodarcze Ukraińców płoną. Mieszkańcy ratują co się da, konie, krowy, pościel – i uciekają do odległego o kilometr Zakładu, szukając schronienia pod opieką siostry przełożonej. Naturalnie s. Polechajłło przygarnia uciekinierów i co więcej, zapewnia im swoją opiekę przed represjami ze strony AK czy też przez ewentualnymi aktami wrogości ze strony Polaków. Ukraińcy całymi rodzinami koczują najpierw w holu i korytarzach głównego budynku, z czasem budują sobie prowizo­ryczne budy wokół domu.

Pogorzelcy nie mają do czego wrócić, poza tym boją się wy­chylić poza teren Zakładu ze strachu przed polskimi partyzan­tami. Z kolei Polacy turkowiccy boją się bojówek UPA. Wokół jest spalona ziemia, wyludnione wsie, opuszczone pola. Tylko w lasach bądź rozsianych na ich skraju koloniach ukrywają się z jednej strony oddziały UPA, z drugiej – AK. Zakład leży na umownej granicy (którą stanowią tory kolejki wąskotorowej biegnące z północy na południe) między obszarami kontrolo­wanymi przez AK a rozległym terenem ciągnącym się aż do Bu­gu, nad którym w zasadzie panuje UPA. W lasach po zachodniej stronie Huczwy stacjonuje tylko niewielki oddziałek AK. Niemcy w tym czasie praktycznie wycofali się z tych terenów i nie można było liczyć na ich ewentualną interwencję w razie zagrożenia przez zbrojne formacje ukraińskie. Zakład jest na tych terenach jedyną enklawą życia i to całkowicie bezbronną.

Siostra przełożona ufa w Bożą Opatrzność, a jednocześnie wykazuje zimną krew, roztropność i talent dyplomatyczny. Za­kład odwiedzają na przemian wysłannicy AK i UPA. Siostra od obu walczących stron domaga się bezwzględnego poszanowania neutralności swej placówki i stanowczo broni bezpieczeństwa i nietykalności wszystkich znajdujących się tutaj osób.

Oto cha­rakterystyczny epizod. Na terenie Zakładu mieszkał po spaleniu wsi pewien zamożny gospodarz ukraiński, nazywał się Popławski. Kiedyś zjawia się z lasu polski partyzant i każe Popławskiemu od­dać sobie porządne buty. Popławski zaczął już je posłusznie ścią­gać, kiedy nadeszła siostra przełożona. – Czy ty jesteś oficer? – pyta partyzanta. – Nie – odpowiada tamten grzecznie – prosty żołnierz. To jak ty możesz samowolnie zabierać komuś buty. Powiedz mi zaraz, gdzie twój dowódca! Tamten na te słowa wy­straszył się i odszedł. Wtedy siostra przełożona zbeształa z kolei Ukraińca: – Co z ciebie za chłop, zaraz siadasz i buty ściągasz…

Siostra Stanisława była odważna i budziła respekt. W pamięci byłego wychowanka zachował się obrazek Siostry pertraktującej z uzbrojonymi Ukraińcami z UPA. Tłumaczy im coś spokojnie, oni odchodzą. Innym razem zjawili się, kiedy była zajęta pszczo­łami w swojej ulubionej pasiece. Dostali trochę świeżego miodu i poszli. W rezultacie obie strony szanowały neutralność Zakła­du.

Spokój siostry przełożonej udzielał się jej współpracowni­kom. Oto zdarzenie, które wspomina ks. Bajko. Któregoś dnia zjawił się w Zakładzie oddziałek AK – kilkunastu partyzantów nędznie odzianych i obutych, z karabinami na sznurku. Ich do­wódca strzelił na postrach w ogrodzie. Koczujących tam Ukraiń­ców zdjął strach. Ksiądz wyszedł i powiedział dowódcy, by nikomu nie robili nic złego, bo przedtem była w Zakładzie dele­gacja obcych Ukraińców z ultimatum, że jeśli stanie się krzywda komuś z ukraińskich uciekinierów, to cały Zakład będzie zlikwi­dowany. Ks. Bajko miał im odpowiedzieć, że zgoda, ale i odwrot­nie – jeśli włos z głowy spadnie dzieciom, to będzie odwet AK.

Siostra przełożona ufa w Bożą Opatrzność, a jednocześnie wykazuje zimną krew, roztropność i talent dyplomatyczny

Innym razem przyszedł do księdza na zwiady młody Ukrainiec, były uczeń szkoły przyzakładowej (preparandy) i pytał, jak silne są oddziały AK za Huczwą. Ks. Bajko odpowiedział mu, że liczą trzy tysiące, choć partyzantów było najwyżej trzydziestu. Na tere­nie powiatu hrubieszowskiego UPA była zdecydowanie silniejsza i lepiej uzbrojona niż AK.

Kiedyś ks. Bajko stojąc w otwartym oknie podsłuchał rozmo­wę Ukraińców szykujących się do krwawej rozprawy z nim samym. Ich rodak zatrudniony w Zakładzie jako szewc, wziął ich jednak do siebie na wódkę i przekonał, że ksiądz nie jest „pol­skim nacjonalistą”, bo na przykład kiedy idzie przez wieś, to zawsze ukraińskie dziecko po główce pogłaszcze. „Nie róbcie tego, bo będzie bieda”.

Mimo opanowania siostry przełożonej, personel zdawał sobie sprawę z grożącego niebezpieczeństwa. Toteż ks. Bajko przygotował w tym czasie całą grupę przedszko­laków do wcześniejszej I Komunii Św., „na wszelki wypadek”.

Przez tych kilka najbardziej dramatycznych miesięcy, od marca do lipca 1944 r., Zakład był niemal zupełnie odcięty od świata. Jedyną „nitką” kontaktu były tory kolejki do Werbkowic, od­dalonych o 10 km, którymi chodziło się pieszo albo popychając drezynę, po listy czy żywność. Kolejka nie kursowała, odkąd Ukraińcy wymordowali w Gozdowie całą tamtejszą polską obsłu­gę – reszta kolejarzy zbuntowała się wówczas i porzuciła pracę.

Fragment reportażu, który ukazał się w miesięczniku „Więź” nr 4/1987 oraz w książce Cezarego Gawrysia „Ścieżki ocalenia” (Wydawnictwo „Więź”, Warszawa 1997).


[1] Ludwika z Sokołowskich Dąbska (1871-1956) prowadziła dziennik przez dwa lata okupacji, niestety, zachował się tylko jeden zeszyt (okres 1940-1941), reszta została zniszczona w obawie przed rewizją niemiecką (rękopis w posiadaniu syna, p. Jerzego Dąbskiego).
[2] Wojewódzkie Archiwum Państwowe w Lublinie; Lubelski Wojewódzki Związek Międzykomunalny Opieki Społecznej, sygn. 36 (odpis w Archiwum Głównym Służebniczek NMP w Starej Wsi).