Komiks to najtańsza forma opowiadania historii wysokobudżetowych.

Katarzyna Jabłońska, Damian Jankowski: Co pociągnęło Państwa do komiksu?

Jacek Świdziński: Już jako dziecko chciałem opowiadać historyjki, a ponieważ rysowałem od zawsze – jak wszyscy w rodzinie – komiks był wyborem oczywistym. Z czasem zacząłem zgłębiać, jak może działać narracja wizualna i bardzo mnie to zainteresowało. A na poważnie w swoich działaniach artystycznych postanowiłem zająć się komiksem, ponieważ ze wszystkich sposobów opowiadania właśnie ten najbardziej odpowiada mojej wrażliwości. W komiksie nie muszę nikomu oddawać żadnej jego sfery – w całości jestem jego autorem.

Michał Śledziński: Ja również jako dziecko dużo rysowałem. Moje rysunki wyglądały jak jeden duży kadr, co sprawiało, że można je było ułożyć w wielką komiksową planszę. Rysowałem wtedy najczęściej rycerzy i bitewne pola. Były to nacierające na siebie armie „patyczaków” i ich okrutne bitwy, podczas których – dzięki użyciu czerwonego flamastra – krew lała się strumieniami. Koniec tych historii to pola po horyzont usiane krzyżami i latające nad nimi kruki. Miałem wtedy jakieś sześć lat. Niedługo potem odkryłem w szafie ojca zeszyt „Kapitana Żbika” i zobaczyłem, że obrazki, które rysuję, można umieścić na jednej kartce, czyli na stronie komiksowej i następnie poukładać te kadry tak, jak sam zechcę.

Kołomycka: Komiks jest w stanie unieść każdą historię

Robiłem później różne rzeczy: słuchowiska radiowe, teczki cieni, z kolegami filmy animowane rosyjską kamerą. Łyknąłem różnorakich mediów, ale akurat komiks został ze mną już na stałe, bo to najtańsza forma opowiadania najdroższych budżetowo historii.

Berenika Kołomycka: Fascynacja komiksem u mnie również zaczęła się w dzieciństwie. Rodzice dość rzadko kupowali mi zabawki, ale zawsze miałam do dyspozycji klocki lego (po kuzynach) oraz blok, kredki i flamastry. To wystarczyło, żeby działała wyobraźnia. Podobnie jak Michał Śledziński na poszczególnych kartkach rysowałam całe sekwencje zdarzeń, zainspirowana m.in. komiksami o Thorgalu, które kolekcjonował mój tata. Wprawdzie potem studiowałam rzeźbę, jednak od ukończenia studiów raczej się nią nie zajmuję, jestem grafikiem. (…)

Komiks – jak zauważył pan Śledziński – to najtańsza forma opowiadania historii wysokobudżetowych. Zgoda, ale czy komiks uniesie każdą historię i problematykę? Jakie są jego możliwości i ograniczenia? Czy nie brakuje w komiksie na przykład ścieżki dźwiękowej?

Śledziński: Wydaje mi się, że problem ścieżki dźwiękowej rozwiązaliśmy już w erze otwieranych pozytywek. Gdyby zminiaturyzować to urządzenie, można by było mieć w komiksie nową melodię na każde stronie. Innym rozwiązaniem jest wypisanie ścieżki dźwiękowej na murach namalowanych budynków albo bezpośrednie polecenie przez autora komiksu danego kawałka do konkretnej sceny, co też zdarzało mi się w komiksach robić – na przykład w „Osiedlu Swoboda”. Nie wydaje mi się, żeby komiks nie mógł udźwignąć jakiejś historii.

Kołomycka: Komiks jest w stanie unieść każdą historię. Dodatkowo coś, co na przykład w filmie byłoby zbyt dosłowne, dzięki ilustracji daje czytelnikowi możliwość bardzo osobistej interpretacji.

Świdziński: Sam mam jednak wrażenie, że komiks jest takim sposobem opowiadania, który ma masę ograniczeń. Porównajmy go do dwóch najbliższych mu języków: literatury i filmu. W przeciwieństwie do kina tradycyjny komiks może tylko imitować ruch, dźwięk czy głos.

Niektóre teorie próbują wyjaśnić „magię kina”, mówiąc o tak zwanej projekcji-identyfikacji. Unieruchomiony widz, który siedzi w kinie, wpada w obieg zamknięty: projektuje świat ukazany w potoku ruchomych obrazów, a jednocześnie identyfikuje się z imitacją „żywego” spojrzenia instancji narracyjnej. Tymczasem w komiksie mamy do czynienia z bardzo silną projekcją – czytelnik wypełnia wszystkie elementy komiksowej opowieści, która jednak nie oferuje łatwej identyfikacji. Jest pełen widocznych szczelin, nie imituje ruchu, nie wciąga w obezwładniający potok obrazów.

Świdziński: Komiks jest świetnym medium dla treści humorystycznych albo odwrotnie – humor świetnie sprawdza się w komiksie

Sposób odbioru tradycyjnej literatury również wydaje mi się bardziej jednorodny i działający bardziej spajająco niż to, z czym mamy do czynienia w najzwyklejszym nawet komiksie. Tu mamy poszatkowane obrazy, zestawienia obrazu z tekstem, nie zawsze oczywistą kolejność lektury. Ta niejednorodność komiksu powoduje u niektórych czytelników fundamentalny problem związany z tym, czy komiksowe kadry najpierw powinno się czytać, czy oglądać. Moim zdaniem to świadczy o czymś bardzo istotnym dla komiksu.

Jednak mnie samego właśnie te „ograniczenia” najbardziej w komiksie fascynują. A wszystko to, co wcześniej powiedziałem, jest w istocie apologią komiksu, a nie jego krytyką! Są rzeczy, do których komiks idealnie się nadaje, w których dystansuje literaturę i film. Dowodzą tego dokonania mistrzów gatunku. Komiks znakomicie sprawdza się jako narzędzie do rozdrabniania rzeczywistości, wchodzenia w głąb wydarzeń, świetnie służy opowiadaniu w i o przestrzeni. Widać to choćby w „Building Stories” Chrisa Ware’a czy „Here” Richarda McGuire’a.

Jest jeszcze jeden aspekt komiksu, który ujawnia się w samej jego nazwie: comic stripes, czyli „zabawne paski”. Komiks jest świetnym medium dla treści humorystycznych albo odwrotnie – humor świetnie sprawdza się w komiksie. Przewrotność i ironia są niemal zakodowane w jego strukturze. Choćby memy w internecie bazują na języku komiksu, nawet jeżeli wykorzystuje się w nich jedynie obrazek i podpis.

Fragment tekstu, który ukazał się w kwartalniku „Więź”, lato 2018.

KUP „WIĘŹ” w wersji papierowej lub elektronicznej!

Więź, lato 2018

Kwartalnik WIĘŹ, nr 2/2018