Zło zaczęło się w ostatnich dekadach XIX wieku, kiedy po przegranej wojnie kaukaskiej i nieudanych powstaniach Abchazowie musieli uciekać do Turcji. Na opuszczone ziemie napłynęli Rosjanie, Ormianie, Megrelowie. Oraz Gruzini. Potem było tylko gorzej.

Giorgi Zurabowicz Anczabadze urodził się w 1949 roku. Jako pierwszy z rodu – w Tbilisi. I jako pierwszy rósł na Gruzina. Prawie nie mówił po abchasku.

Los, któremu się wymykał, dopadł go po śmierci ojca. Przybrał postać akademickiego skryptu z historii Abchazji. Ojciec napisał go wraz z dwoma abchaskimi profesorami, ale nie zdążył wydać i grupa gruzińskich historyków, wyznawców Ingorokwy, zażądała wstrzymania druku. Dowodzono, że Abchazja jest częścią Gruzji, więc oddzielny podręcznik nie ma sensu. W odpowiedzi historycy abchascy, gorące głowy, zarzucili książce, że przeciwnie – za bardzo skupia się na związkach Abchazji z Gruzją. Odpowiedzialny za podręczniki minister powołał komisję. Giorgiemu, który miał trzydzieści pięć lat, doktorat z historii Kaukazu i etat w Akademii Nauk, ale przede wszystkim bagaż własnego nazwiska, przypadła rola łącznika i negocjatora.

Suchumi było dla niego odkryciem. Niby wiedział, co się tam dzieje, miał obraz uśpionego konfliktu. Ale przybiła go skala frustracji. Abchazowie żyli obok, odrębnie. Bali się Tbilisi i własnych, gruzińskich sąsiadów, których było prawie trzy razy więcej od nich. Knuli. Abchaska elita okopała się w Instytucie Języka, Literatury i Historii. Dzięki ojcu miał tam wejście. Przeciętny Gruzin z Tbilisi czy Kutaisi, nawet jeśli rok w rok spędzał w Abchazji wakacje, nie miał szans zorientować się, że coś jest nie tak.

Giorgi zadawał sobie pytanie, kiedy nastąpiło pęknięcie. Przez większość historii jakoś się ze sobą dogadywali. Tysiąc lat temu Cesarstwo Abchaskie współtworzyło zjednoczoną Gruzję. Stało się to możliwe, bo miejscowa dynastia wygasła i władzę objęli spowinowaceni z nią Bagrationowie, którzy rządzili już szeregiem gruzińskich państewek. Gdyby Gruzja rozwinęła się w silne, scentralizowane królestwo, takie jak Francja czy Anglia, Abchazowie byliby dziś pewnie Gruzinami. Może nie przetrwałby nawet język? Ale ziem nie udało się scalić i pięćset lat temu kraj znów rozpadł się na odrębne dzielnice, księstwa i hrabstwa. Przez kolejne trzysta lat Abchazja była poza tym konglomeratem.

Suchumi było dla niego odkryciem. Niby wiedział, co się tam dzieje, miał obraz uśpionego konfliktu. Ale przybiła go skala frustracji

Stosunek do Gruzinów długo był taki, jak Litwinów do Polaków w dawnej Rzeczypospolitej: więksi i mocniejsi bracia, czasem zbyt szorstcy, ale bliscy, swoi. Arystokracja chętnie mówiła po gruzińsku, choć nie traciła świadomości narodowej. W gruzińskiej literaturze Abchazowie pełnili z kolei role pozytywnych bohaterów: dzielnych i prawych dżygitów, wiernych przyjaciół. Pomiędzy Abchazami a Gruzinami byli jeszcze Megrelowie, ale ich odrębność ograniczała się do języka i z czasem niemal zanikła (megrelski jest bliski gruzińskiemu).

Dwieście lat temu wszystko wzięła Rosja. Giorgi znał te czasy już z rodzinnych przekazów. Doszedł do wniosku, że zło zaczęło się w ostatnich dekadach XIX wieku, kiedy po przegranej wojnie kaukaskiej i nieudanych powstaniach Abchazowie całymi wsiami musieli uciekać do Turcji. Na opuszczone ziemie napłynęli Rosjanie, Ormianie, Megrelowie. Oraz Gruzini. Potem było tylko gorzej.

Przez dwa lata Giorgi krążył między Tbilisi a Suchumi. Namawiał, przekonywał. Złapał się na tym, że z Abchazami rozmawia jak Gruzin, a z Gruzinami – jak Abchaz. Skrypt jego ojca ukazał się z kosmetycznymi poprawkami.

Nie był na wiecu we wsi Łychny. W marcu 1989 roku trzydzieści tysięcy Abchazów – prawie jedna trzecia narodu – zebrało się i zażądało własnej republiki. Takiej, jaką w ramach ZSRR miała Gruzja. Namiastki państwowości. Petycję do Moskwy podpisały nawet komunistyczne abchaskie władze. Dla Gruzinów to była zdrada, cios w plecy. Na kontrwiecu w Tbilisi – politykę robiło się wtedy na ulicy – ludzie krzyczeli, żeby zabrać Abchazji autonomię. Stary filolog uśmiechał się zza grobu.

Gdyby Gruzja rozwinęła się w silne, scentralizowane królestwo, takie jak Francja czy Anglia, Abchazowie byliby dziś pewnie Gruzinami

Giorgi znów negocjował. W Tbilisi bronił Abchazów. Na wykładach, odczytach i w gazetach tłumaczył, że się po prostu boją. Bo za Stalina osiedlono im tylu Gruzinów, że stali się u siebie mniejszością. Bo kilka razy zmieniano im alfabet. Bo przemianowano na gruzińską modłę dziesiątki miejscowości. W Suchumi opowiadał o gruzińskim ruchu narodowym, w którym sam działał i który na początku wcale nie odnosił się wrogo do innych. Bywał też na wszystkich wiecach i mityngach – i abchaskich, i tych zwoływanych przez miejscowych Gruzinów (oni również się bali; był to strach kolonizatora przed zemstą tubylców). Jako historyk czuł, jak historia przyspiesza i zrywa się z uwięzi.

Brał udział w poufnych misjach. W imieniu gruzińskiego rządu jeździł do abchaskiej Rady Najwyższej, z Suchumi przywoził oferty tamtej strony. Na naradach u pierwszego sekretarza Gruzińskiej Partii Komunistycznej Dżumbera Patiaszwilego proponował telemosty i wymianę młodzieży. Ale szło już ku wojnie. Kolejne rządzące Gruzją ekipy – nacjonalisty Zwiada Gamsachurdii i nawróconego na demokrację Eduarda Szewardnadzego (był sekretarzem przed Patiaszwilim, a potem ministrem spraw zagranicznych ZSRR) – nie drążyły problemu, nie szukały rozwiązań. Wolały dawać posłuch gruzińskim aktywistom, którzy powtarzali, że są w Abchazji gnębieni. Po wystąpieniach w obronie rodaków politykom i partiom od razu rosło poparcie w sondażach.

Gruzinom, mówi po latach Giorgi, zabrakło roztropności. Mieli uznane przez sąsiadów granice i wsparcie Zachodu. Było ich cztery miliony, a Abchazów – czterdzieści razy mniej. Ale nie chcieli słyszeć o federacji, którą proponowali tamci. Dla siebie żądali wolności, innych trzymaliby pod butem. Abchazom, którzy na początku wcale nie chcieli się oddzielać, zbrakło z kolei cierpliwości. Broniąc się przed Tbilisi, postawili na Moskwę, która rozgrywała swoją grę. Potrzebowała Abchazji, aby utrzymać przy sobie Gruzję i cały Kaukaz. Dziel i rządź, polityczny elementarz.

Wojnę zaczęli Gruzini. W sierpniu 1992 roku ich armia przekroczyła Inguri i ruszyła na Suchumi.

Reportaż „Człowiek, który nie zatrzymał wojny” pochodzi z najnowszej książki Wojciecha Góreckiego „Buran. Kirgiz wraca na koń”, która ukaże się jesienią 2018 r. nakładem Wydawnictwa Czarne.

Fragment tekstu, który ukazał się w kwartalniku „Więź”, lato 2018.

KUP „WIĘŹ” w wersji papierowej lub elektronicznej!

Więź, lato 2018

Kwartalnik WIĘŹ, nr 2/2018