Wypisywanie wulgarnych haseł na murach budynków to kibolski wandalizm. Nie przekona nikogo oprócz przekonanych.

„Oto ciało moje, oto krew moja. Wara wam”, „Mordercy”, „Pedofile”, „Dość piekła kobiet!”. Ktoś wymalował te hasła na ogrodzeniu Domu Arcybiskupów Warszawskich, na ścianach plebanii przy archikatedrze św. Jana Chrzciciela oraz siedziby kurii warszawsko-praskiej (tam dodatkowo: „Rwanda. Pamiętamy”), na schodach i na chodnikach. Nie wiadomo, kto jest autorem napisów. Pierwsi świadkowie widzieli je we wtorek rano. Sprawę bada policja. Są nagrania z monitoringu.

Według ks. prałata Bogdana Bartołda, proboszcza parafii archikatedralnej, sprawcami są zwolennicy aborcji. Pewna ich grupa poprzedniego wieczora przeszła przez miasto w niewielkim marszu przeciwników zaostrzenia prawa antyaborcyjnego. Projekt ustawy „Zatrzymaj aborcję”, który był tego dnia przedmiotem obrad sejmowej komisji polityki społecznej i rodziny, zakłada zniesienie możliwości przerwania ciąży ze względu na duże prawdopodobieństwo ciężkich i nieodwracalnych wad płodu. Jest on mocno popierany przez Kościół.

Podstawowa kwestia – wypisywanie wulgarnych haseł na murach budynków to kibolski wandalizm. Nie przekona nikogo oprócz przekonanych. Podobnie moglibyśmy powiedzieć, gdyby prawicowi fanatycy namalowali obraźliwe napisy na siedzibach lewicowych („lewackich”) organizacji.

Stosowanie tak mocnych kwalifikatorów (czy wszyscy księża to „mordercy” i „pedofile”?) jest nie tylko niesprawiedliwe, lecz także przeciwskuteczne. Od czasów Janusza Palikota wiemy, że agresywny antyklerykalizm po prostu nie ma w Polsce społecznego poparcia i po chwilowym sukcesie w sondażach – wcześniej czy później – ponosi klęskę.

Oczywiście, antyklerykalizm służy kościelnym strukturom, leczy on bowiem przedstawicieli Kościoła z poczucia triumfalizmu i wyższości. Nawet katolik powinien być antyklerykałem – jak uczy papież Franciszek (czy w Polsce ojciec Ludwik Wiśniewski). Niestety, napisy na murach w Warszawie to przykład nie krytycznego dystansu, ale antyklerykalnego rynsztoku.

Stosowanie tak mocnych kwalifikatorów (czy wszyscy księża to „mordercy” i „pedofile”?) jest nie tylko niesprawiedliwe, lecz także przeciwskuteczne

Trzeba też jednak trzeźwo zauważyć, że tego typu akcje nie wzięły się znikąd i są wyrazem frustracji wobec konkretnych negatywnych zachowań kościelnej hierarchii. Sprawa ustawy antyaborcyjnej i ślimaczy tryb jej rozpatrywania to klasyczna rozgrywka partii rządzącej, w którą niestety dali się wciągnąć przedstawiciele polskiego Kościoła. O konkretne działanie otwarcie apelował do parlamentarzystów rzecznik episkopatu ks. Paweł Rytel-Andrianik, który w swoich kilku (!) komunikatach pisał o „potrzebie dotrzymania składanych obietnic w tak podstawowej sprawie, jaką jest ochrona prawa do życia” czy o ubolewaniu biskupów, że „głos obywateli nie został dotąd wystarczająco usłyszany”. Abp Henryk Hoser (do niego odnosi się napis „Rwanda. Pamiętamy!”, choć nie mieszka on już przy katedrze św. Floriana) mówił z kolei o ciążach wynikających z gwałtu: „Tych przypadków nie ma wiele, z różnych względów. Stres jest tak silny, że do zapłodnienia dochodzi rzadziej”…

Ważny jest także inny kontekst. Wydaje się, że nieprzypadkowo rozpatrywanie projektu zaostrzenia prawa antyaborcyjnego Prawo i Sprawiedliwość zaplanowało w tym samym czasie, w którym w życie wchodzi ustawa demolująca Sąd Najwyższy. W ten sposób rząd próbuje sterować emocjami Polaków i przykrywać poważne łamanie praworządności ideologicznym sporem o aborcję (do którego przecież wcale nie jest przekonany Jarosław Kaczyński). Eskalacja konfliktu o projekt „Zatrzymaj aborcję” w tym momencie oznacza osłabienie zainteresowania innymi sprawami i jest na rękę władzy.

Wciąż potrzebujemy w Polsce rozmowy na temat napięcia w relacjach państwo-Kościół. Napisy na kościelnych budynkach to natomiast jedynie wulgarne „walenie po głowie” i przykład emocjonalnego rozchwiania. Ktoś wyraźnie strzelił sobie w stopę – umiarkowani obywatele, krytyczni przecież wobec Kościoła, będą zniesmaczeni. Akcja nie służy niczemu dobremu.