Papież najwyższy kościelny urząd daje komuś, kto nie zasłużył się publikacjami, nową teologią, zdolnościami organizacyjnymi, ale kto ma tylko jedną kompetencję: oddycha, żyje i karmi się Ewangelią.

„Patrzeć na kogoś z góry możemy tylko wtedy, gdy pomagamy mu wstać”. „Jedyną wiarygodną formą władzy jest ta, która ma swoje źródło w siedzeniu u stóp potrzebujących, by im służyć”. Tak mówił wczoraj Franciszek, mianując nowych kardynałów. Wśród 14. biskupów z całego świata, od Pakistanu, przez Japonię, Irak, Madagaskar, do Peru, jest też Konrad Krajewski, jałmużnik (czyli dyżurny „rozdawacz”) papieża, biskup największej diecezji świata, do której należą wszyscy, którzy „źle się mają”.

Kardynał to nie apgrejdowany ksiądz, najwyższym stopniem kapłaństwa jest biskupstwo (papież też jest „tylko” biskupem Rzymu). To funkcja, ważny symbol: każdy kardynał to – z grubsza ujmując – symboliczny następca biskupa, proboszcza albo diakona którejś ze starych rzymskich diecezji czy parafii. Mianowanie na kardynała to formalnie „włączenie do kleru rzymskiego”. Dziś księżmi w centrali Kościoła są więc ludzie z miejsc odległych od Rzymu o tysiące kilometrów, mają być łącznikiem następcy Piotra z każdym wierzącym żyjącym na tym świecie. Ich strój w kolorze krwi ma im przypominać, że muszą być gotowi by przelać za papieża krew, ale też – to już moja interpretacja – że mają być tętnicami i żyłami, które poniosą krew z Rzymu w świat, i przyniosą Rzymowi krew świata. Mają być nie „przebierańcami” (jak żartował papież), dumnymi nosicielami paszportów dyplomatycznych (które im przysługują), a hierarchicznym układem krwionośnym Kościoła powszechnego.

Jałmużnik papieski kardynałem zostaje po raz pierwszy. Franciszek coraz częściej nazywa go swoim „prefektem od miłosierdzia” (tak jak ma prefektów od doktryny, czy od „mianowania” świętych). Jeszcze nigdy człowiek „od biednych” nie był tak wysoko w hierarchii. Człowiek od biednych, ale i sam biedny (wiem, co mówię) – to naprawdę jest znak, że papież nie tylko chce „Kościoła dla ubogich”, a „Kościoła ubogich”. Najwyższy kościelny urząd daje komuś, kto nie zasłużył się publikacjami, nową teologią, zdolnościami organizacyjnymi, ale kto ma jedną tylko kompetencję: oddycha, żyje, karmi się Ewangelią.

Jeszcze nigdy człowiek „od biednych” nie był tak wysoko w kościelnej hierarchii

O Konradzie, którego mam zaszczyt nazywać przyjacielem, pisałem już tyle, że nie będę więcej. Mam tylko nadzieję, że udał mu się numer, który planował. Na konsystorz (czyli uroczyste mianowanie), wszyscy nominaci przychodzą z sekretarzami – asystentami. Konrad nie ma sekretarza (ani kierowcy, ani gosposi). Stwierdził więc, że do bazyliki pójdzie z nim jeden z jego podopiecznych bezdomnych, mieszkający w rzymskim parku bardzo sympatyczny gość ze Słowacji, którego miałem zaszczyt poznać w ubiegłym tygodniu na obiedzie u Konrada w domu. Na transmisji nie udało mi się go wypatrzeć, mam nadzieję że Rudolf jednak tam był, w imieniu wszystkich biednych, bo to było ich święto.

Osobiście jestem głęboko przekonany, że kardynał Krajewski jeszcze niejednym w Kościele będzie, że ta Franciszkowa rewolucja, polegająca na tym by odkorporacyjnić Watykan, jest już nie do zatrzymania, mimo że obu – Franciszka i Konrada – kosztuje ona tyle złości, plotek i nienawiści. Że to rzeczywiście będzie coraz bardziej Kościół Powszechny, a nie watykański, kurialny, klerykalny. Są już tacy, co prorokują, że „Krajewski na papieża”. Nie wiem jak będzie, wiem że będę spokojny o Kościół, w którego najściślejszym centrum jest człowiek, który nie ma nic, poza Ewangelią i biednymi.

Na wszelki wypadek zabrałem mu więc jego arcybiskupią piuskę (a przed każdym konklawe, w jakim będzie brał udział, będę mu też teraz zabierał tę czerwoną). Na pamiątkę, na swoistą relikwię – przypomnienie, że skoro on może rzeczywiście żyć tą Ewangelią, a nie tylko o niej gadać, to może mogę i ja? Pisałem to już, ale nigdy dość uczciwego stawiania sprawy: to jemu zawdzięczam swoje – pełzające wciąż bardzo powoli, bardzo rachityczne i wciąż zbyt zalęknione – nawrócenie.

Będę spokojny o Kościół, w którego najściślejszym centrum jest człowiek, który nie ma nic, poza Ewangelią i biednymi

W liście, który Franciszek napisał do nowych kardynałów, przestrzega ich też przed tym, by swojej nominacji nie świętowali z użyciem „światowych form świętowania i celebracji. Boża radość jest zawsze trzeźwa i głęboka”.

W Rzymie w ramach tej radości po pompach wczoraj wieczorem odbyła się kolacja z udziałem bezdomnych i ubogich podopiecznych jałmużnika oraz – rzecz jasna – Franciszka (był też na niej abp Grzegorz Ryś, który odbiera od papieża oznakę swojej władzy w Łodzi – paliusz). Ja zastanawiam się, co zrobić dziś, by moja radość z tego faktu też miała w sobie – poza publicystyczną ekstazą – coś z głębi.

Mam taki pomysł: każdy z nas dobrze zna swoje otoczenie, słyszy, czyta o różnych potrzebach świata. Widujemy bezdomnych, znamy smutnych, śledzimy różne inicjatywy, fundacje. Może dotąd woziliśmy się z decyzją, odkładaliśmy, kombinowaliśmy. Nie ma chyba lepszej metody, by uczcić ten dzień, niż iść za słowami Franciszka: popatrzeć na kogoś z góry, ale tylko po to, by pomóc mu wstać. Do roboty!

Tekst ukazał się 28 czerwca na facebookowym profilu Szymona Hołowni.